Wpisy z tagiem: Szczała

środa, 25 maja 2016

Odcinek czternasty trzeciego sezonu jest fantastyczny do tego, by sobie przypomnieć fabułę i postacie po dłuższej przerwie. Szczała z siostrą wyruszają na (niemal) bezludną wyspę, by walczyć ze swymi słabościami, więc by scenografii Starling City ani aktorów nie pozostawić niewykorzystanymi, w scenach reminiscencji o 5 lat młodszy Szczała wraca do swego rodzinnego miasta, gdzie - z przesadą typową dla amerykańskich produkcji - widzi wszystkie ważniejsze postacie drugoplanowe (poza A'Tomkiem): i te wciąż żyjące, i te już zmarłe; i te, z którymi miał wtedy kontakt i te, które poznał dopiero później.

A na wyspie, w przerwach między reminiscencjami, walczy z Kryksosem, którego tu uwięził pod koniec pierwszego sezonu.

Mniej więcej od piętnastego odcinka zaczyna się nowa maniera kręcenia scen walki: jest jedna scena z szerokim kadrem i długim ujęciem. Przy tym - być może ze względu na wybuchy w tle - rezygnuje się w nich z filtrów obrazu, wobec czego zamiast dynamicznych, zajebiście zmontowanych scen mamy parę ujęć, w których doskonale widać sztuczność dekoracji i dwóch umiarkowanie udanie kopiących gości w dziwnych kostiumach.

W odcinku szesnastym Szczale zaproponowano pracę w korporacji o nazwie Liga Zabójców, ale odmówił, mówiąc że woli zostać freelancerem.

Fabuła rozwija się jak w kiepskiej telenoweli: zły Raz Al-Ghul, który parę odcinków niemal poćwiartował Szczałę, teraz oddaje Szczale przywództwo w swej przestępczej organizacji. A mówi się, że to kobiety są niestabilne w uczuciach...

W odcinku 03x16 pojawia się znowu Suicide Squad. Ciekawe, czy to w związku z promocją wtedy powstającego filmu o tym samym tytule...

Pojawia się też A'Tomek, który korzystając z software'u Felicity do identyfikacji twarzy dowiaduje się w trzy minuty, że Szczała to Oliver Queen. Reszta świata nie ma o tym pojęcia, bo najwyraźniej na całym świecie tylko Felicity umie napisać kod softu do rozpoznawania twarzy. 

Ha, that's the beginning of a beautiful friendship: córka szefa zabójców, która wcześniej była w związku z Sarą Lance zaprzyjaźnia się z jej siostrą, Laurel Lance. Ciekawe, jak daleko scenarzyści posuną ten wątek...

wtorek, 08 grudnia 2015

Fantastyczni są ci asasyni z Ligi Zabójców. Potulnie czekają na swą kolej, gdy jeden przeciwnik rozprawia się po kolei z całą ich trójką. Jeden z nich nawet katany z pochwy nie wyjął, patrząc jak przeciwnik zabija jego kolegę, po czym robi widowiskowy obrót, by na koniec ściąć mu głowę. Zamarł z podziwu. Zamarł i zmarł.

Równie fantastyczną siłą jest armia przestępców, która opanowała Mroki the Glades. Uzbrojeni po zęby w broń palną, w tym karabiny maszynowe, gdy dostają rozkaz do ataku na stojącą kilkadziesiąt metrów dalej na ulicy armię autochtonów - zaczynają szarżę. To jest tak głupie posunięcie, że nawet nie sprawdziłem, czy przypadkiem aby w tej szarży nie wymachują trzymanymi kałaszami.

Odcinki mimo wszystko są ciekawe, bo pokazują formowanie się i działanie "Team Arrow" bez samego Szczały. Dwa "tanki" w postaci Arsenału i nowego Czarnego Kanarka są wciąż niewprawne w walce, co kończy się tym, że ich akcja - w odróżnieniu od wszystkich akcji z udziałem Szczały - kończy się niepowodzeniem, a w odwecie za nią ginie jeden zakładnik.

Szczała zaś wraca do zdrowia. Musi żreć chińską ręcznie robioną penicylinę dwa razy dziennie, bo w ranę od miecza wdały mu się bakterie, których nie zabił ani mróz, ani nawet upadek z 30 metrów. I po mniej więcej tygodniu od śmierci, Szczała wolnym krokiem wraca do miasta. 

Świąteczne pole prawdomówności dotarło z Central City do Starling City w trzynastym odcinku. Szczała wreszcie się przyznaje siostrze do swego hobby, a Laurel mówi ojcu o śmierci siostry. Dzięki temu jedynym bohaterem serialu, który nie wie, że [spoiler]Szczała to Oliver Queen[/spoiler] pozostaje zasłużony policjant Lance.

Siostra zarzuca Oliverowi, że zawsze miał nad wyraz lamerskie wytłumaczenia swych niespodziewanych nieobecności, a daje się zaciągnąć do łóżka DJ-owi, który mówi, że, cytuję, wrócił do knajpy, w której grał, po dysk ("drive") z muzyką, mimo że wcześniej był już po sprzęt nagłośnieniowy. Może Szczała też takich lamerskich używał po prostu dlatego, że skoro działały, to po co udziwniać?

A na koniec odcinka zapowiedź nostalgicznych powrotów w kolejnym. Przeszły Szczała w swej reminiscencji trafia z Hong Kongu do rodzinnego Starling City, a Teraźniejszy Szczała trafia na wyspę Czyściec, na której zaczęła się jego reminiscencja.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Aargh! Na samym początku odcinka scenarzyści mi przypomnieli, z jakiej jakości serialem mam do czynienia. Laurel Lance stojąc nad grobem swej siostry Sary, mówi napotkanej przypadkiem przyrodniej siostrze Szczały Thei, że Sara została zamordowana i ona ją w tym grobie pochowała. "Powiedziałaś o tym komuś?", pyta Thea. "Nie, nikt nie może o tym wiedzieć", odpowiada Laurel. I właśnie dlatego opowiada o tym przypadkiem napotkanej znajomej.

Wcześniej w reminiscencja Szczała rozpracowywał zagadki cudownego leku mirakuru ("miraculous cure"), teraz natrafił na wirusa O My God! Tak bowiem wymawia jego nazwę, po czym dodaje "co jest chińskim tłumaczeniem słowa Omega". No więc chińskie Omega to po prawdzie Ōumǐjiā, ale wymawia się to zupełnie inaczej. Na tyle, że porucznik Aldo Raine z "Bękartów Wojny" zyskał godnego konkurenta w konkursie na najbardziej amerykański akcent w słowach innego języka.

Podoba mi się, jak filmowi bohaterzy łatwo jednym rzutem wbijają miecz w ziemię, nawet gdy ziemia jest litą skałą. By go wyciągnąć potem potrzeba króla Anglii, ale by wbić wystarczy być nieco wypasionym bad-ass'em.

Wygląda na to, że zrobiłem sobie niemal roczną przerwę w oglądaniu serialu o jeden odcinek za szybko. Odcinek dziewiąty kończy się bowiem cliffhanger-em. Albo nawet nie hanger-em, bo pchnięciu mieczem między żebra Szczała zostaje z klifu zepchnięty. Byłby to więc raczej cliffdropper albo clifffaller.

Ja pierdzielę, jaka stereotypizacja rasowa. Diggle nawet w stroju strzały nie nosi maski. Przecież kto w Starling City odróżni po twarzy jednego Afroamerykanina od innego?

Vinnie Jones jak Cegła ("Brick") przywołuje miłe wspomnienia. I daje nadzieję, że teraz Vinnie zacznie się pojawiać w co drugim serialu fantastycznym. Jak do tej pory, widziałem go jedynie w bardziej mainstream'owym serialu detektywistycznym "Elementary"

(nie licząc, rzecz jasna, "Przekrętu". I "X-Men: The Last Stand", gdzie nie rozpoznałem go mimo fantastycznej sceny jako Juggernauta. I już widzę, że gra w serialu historycznopodobnym "Galavant" i grał w nieznanym mi jeszcze chwilę temu "The Cape". I w rosyjskim filmie science-fiction "Bычислитeль". Jak i kilkudziesięciu innych, bliżej mi nieznanych pozycjach.)

O, już wiem, jak Szczała przeżył niemal śmiertelne pchnięcie mieczem między żebra i zepchnięcie z gigantycznej góry w przepaść. Otóż - po wcześniej przeciętym przedramieniu - otrzymał pchnięcie mieczem na wylot w okolicy serca, po czym spadł z gigantycznego urwiska, ale - ale spadł tylko ze 20-30 metrów i tam padł nieprzytomny na półkę skalną, na której potem znalazł go kolega z wojska. Ani chyba trzeba będzie zapisać metodę leczenia śmiertelnych ran kłutych upadkiem z 20-30 metrów w temperaturze poniżej zera stopni Celsjusza do annałów medycyny Flarrowverse. Tu po samym upadku niezbyt byłoby co ratować.

A nie, jednak to nie upadek uzdrowił Szczałę. To żona kolegi z wojska, grana przez posiadającą medialne nazwisko Rilę Fukushimę i będącą najwyraźniej wioskową wiedźmą. Albo posiadaczką dawki mirakuru z pierwszego sezonu.

piątek, 12 grudnia 2014

Ten podwójny odcinek nie jest pierwszym przecięciem się dróg obu superbohaterów (dość powiedzieć, że Barry pojawił się w kilku odcinkach przygód Szczały, zanim się jeszcze sflashył, a i potem Szczała był jedną z pierwszych osób, które dowiedziały się o jego mocy), ale nad wyraz spodobała mi się ta idea. To urok całych superbohaterskich universów: można je łączyć i ze sobą konfrontować - przynajmniej tak długo, jak prawa do postaci należą do tego samego wydawnictwa komiksowego, a prawa do ekranizacji do tego samego producenta filmowego.

Pulchny Meksykaniec udający mowę Mistrza Yody - urocze!

Wow, Szczała ex machina

Gdy Flash i Szczała podają sobie ręce na znak współpracy, na ekranie telewizora za nimi wybuchają fajerwerki.

Przeciwnikiem był metahuman wzbudzający gniew. Taki Gniewosz, czy inny Złośnik. I pożałowałem trochę crossover'u, bo w odcinku Flasha znajduje się czas, by wytłumaczyć jakoś dogłębniej te moce lub pokazać ich przyczyny - a tu, przy tak ciekawym przypadku, nie było nic, bo był Szczała. 

O, w odcinku serialu Arrow znów zmieniona okolicznościowo czołówka.

Widzę, że w Starling City tak samo jak w Polsce rolę ochroniarzy pełnią renciści niezdolni do innych prac. A czasem, jak w tym przypadku, nawet do myślenia. Gdy masz broń i legalne prawo jej użyć, a gość naprzeciwko ciebie zamaszyście odchyla poły płaszcza ukazując tuzin metalowych bumerangów, po czym bierze jeden z nich do ręki, zamachuje się i nim rzuca, to do niego strzelasz - chyba, że jesteś owym niezdolnym amerykańskim ochroniarzem, wtedy tylko rozdziawiasz japę, wytrzeszczasz oczy i dajesz się zabić.

Gościowi od bumerangów dano w scenariuszu bon mot "What goes around, comes around". Żeby przełożyć to na tekst równie czerstwy jak oryginał, należałoby wspomnieć o śmierci czyhającej za rogiem.

Kolejny agent specjalnej troski stoi mierząc w niezbyt ruchliwy cel i czeka, aż rzucony bumerang uderzy go w tył głowy. Brawo. Agentów zresztą było z tuzin i żaden nie zdążył strzelić, podczas gdy wychowanek House of Batiatus rżnie ich hurtowo. No, kilku miało tej beczynności wytłumaczenie - śmierć na nich czyhała za rogiem.

Diggle jest rozdrażniony, bo czasy się zmieniają. "Nigdy nie widziałem kogoś zabijającego bumerangiem", mówi. To gdzie on był przez ostatnie 30 tysięcy lat?

Jak w pewnym momencie tłoczno jest w Arrowacave (zgadzam się ze Szczałą, durna nazwa)! Można by sobie aż zdjęcie rodzinne strzelić. A sekretnej tożsamości Szczały nie znają już tylko jego siostra oraz kapitan Lance, potomek emigrantów z Wąchocka.

Szkoda, że wroga Szczały, ukrywającego się pod nazwą Digger Harkness, nie zagrał kapitan Jack Harkness. Ów w ogóle się w odcinku nie pojawił, choć był wymieniony w credits-ach. Nie pojawił się też Clark Kent, a Thea Merlyn-Queen ledwie przez chwilę mignęła Flashowi.

Zamiast niego pod tym nazwiskiem ukrywał się Ashur z House of Batiatus, który na koniec został zesłany do celi obok Kryksosa. To se chłopaki powspominają stare czasy - w tym i Onomatopejosa, który się tu przewijał przez dwa poprzednie sezony.

poniedziałek, 08 grudnia 2014

O, w roli Chinki Rila Fukushima, znana mi z "Wolverine'a". Ciekawe czy w karierze filmowej pomaga jej bardziej charakterystyczna twarz, czy medialne i rozpoznawalne nazwisko?

W reminiscencjach tajnym kontaktem okazuje się być pan Li Kuan Hui. "Hłi?", zastanawia się nad wymową nazwiska Szczała. Hłi tam "Hłi". Nie wymawia się też tego nazwiska też i tak, jak wymówiłby je każdy Polak - jeżeli dobrze rozumuję, już dużo bliższe brzmieniu będzie "Hawaii" po hawajsku.

Zrobiłem sobie chwilę przerwy między szóstym a siódmym odcinkiem. Ale gdy tylko już w drugiej scenie siódmego odcinka okazało się, że Clark Kent, multimilioner - genialny naukowiec, zainstalował sobie w gabinecie to fajne urządzenie do ćwiczeń (po angielsku zwie się ono salmon ladder, nie wiem, jak po polsku), na miejscu przypomniałem sobie, z jakim serialem mam tu do czynienia. I ponownie poczułem, że źle zarządzam czasem. Albo jestem fatalny w multitaskingu.

Reakcja Felicity na to zjawisko jak zawsze zjawiskowa.

Wow, okolicznościowo zmienili czołówkę. I'm impressed.

Dużo się ostatnio mówi o zdrowiu psychicznym i ten odcinek dokłada swą cegiełkę: bierzcie przepisane przez lekarza tabletki, drogie dzieci, albo staniecie się rudymi psychopatycznymi morderczyniami.

A na koniec pojawia się Ashur ze "Spartacusa". No tak, aktorów w Ameryce mało, to ze Spartacusa biorą pół obsady: Kryksos już był, Onomatepojos (albo ktoś podobny) też był, to pora na Ashura. W następnych odcinkach pojawią się pewnie Legolas i Xena - Wojownicza Księżniczka.

piątek, 28 listopada 2014

Ja pierdziele, jacy z nich pierdziele. Felicity pojechała odwiedzić Flasha, to sami nie wpadli na to, że pusta kartka papieru ukryta przemyślnie w bucie zamordowanej członkini Ligi Asasynów jest zapisana niewidzialnym atramentem. I potem są zdumieni, gdy pouczeni o tym, patrzą jak podgrzana kartka zapełnia się cyframi. A przecież to takie oczywiste, że pierwsze co z nią zrobić, to poddać nieinwazyjnym badaniom, które pozwolą ukazać się najbardziej popularnym niewidocznym atramentom, a jedno z pierwszych takich badań to podgrzanie. A ci patrzą jak cielęta na malowane wrota, że można takie cuda robić.

Ekipa idzie zdobyć informacje od buddyjskiego mnicha i przez buddyjski park maszeruje sobie dwóch gości w skórzanych kubraczkach i w maskach oraz kobieta w skórzanym gorsecie i pelerynie, cała trójka zakapturzona, z kołczanami przewieszonymi przez plecy i z łukami w rękach. Rozbawiłem się absurdalnością tego widoku, a potem zwróciłem uwagę, ze odcinek wyemitowany został dwa dni przed Halloween. Ten halloweenowy korowód psuje tylko Diggle, chyba że uznać, że przebrał się za Murzyna w skórzanej kurtce.

Jego obecność jest tu o tyle kontrastem, że pozostała trójka jakoś tam zasłania swą fizys, a on - w żaden sposób. Czyżby producenci rasistowsko uznali, że nie musi, bo ze względu a kolor skóry nikt go nie rozpozna?

Barrowman! Malcolm Merlin ma zdumiewającą przemowę końcową. "Nie zabijasz", mówi do Szczały, "bo takie masz zasady, a nie ma na świecie takiego więzienia, z którego bym nie uciekł - więc mnie puść od razu", a ten nią oszołomiony się zgadza i puszcza Barrowmana wolno, mimo wszystkich jego przewinień i zbrodni. No nie wiem, ja nie mogąc go zabić, przynajmniej strzeliłbym mu w nogę lub rękę - co prawda w superbohaterskim świecie ta rana szybko się zagoi, ale przynajmniej przeciwnik będzie na kilka-kilkanaście tygodni rozbrojony.

Odcinek piąty otwiera nad wyraz fajna scena przeplatających się trzech par ćwiczących trzy różne sztuki walki, zakończona pytaniem Thei: "How do normal people spend their morning?".

Reszta odcinka poświęcona była zaś Felicity i jej zagmatwanej przeszłości sprzed 5 lat (co oni w tym serialu mają z tą pięciolatką? Nic nikomu się nie przydarzyło 4 lata temu, ani 7 - tylko 5, 5, ciągle 5) oraz jej relacjach z matką.

W kwestii owej matki mam trochę uwag. Rozumiem, że serial for drooling teenagers wymaga pań ubranych w sukienki mini biegających wkoło na wysokich obcasach, najlepiej do tego blondynki - idiotki, zwłaszcza, że odkąd Laurel też zaczęła ćwiczyć sztuki walki zrobił się wakat. Chciałem się przyczepić wiekowego obsadzenia tej roli, bo Donna Smoak wyglądała nad wyraz młodo jak na matkę Felicity. Sprawdziłem jednak: między grającymi je aktorkami są 23 (hail Eris!) lata różnicy, a starsza z nich będzie miała za 2 miesiące 47 urodziny, więc nawet uwzględniając, że Felicity jest trzy lata starsza niż grająca ją aktorka, i tak by się na młodą, samotną matkę nadawała. Jestem nad wyraz zdumiony i gratuluje pani Charlotte Ross bądź nad wyraz łagodnego starzenia się bądź dobrych chirurgów plastycznych. 

Jednak z badań naukowych wynika, że dzieci poziom inteligencji dziedziczą raczej po matce niż ojcu, więc robienie z niej takiej idiotki przy całym geniuszu córki jest raczej przekłamaniem o komediowym przeznaczeniu.

W odcinku zaś Felicity okazała się mieć mroczną przeszłość. Naprawdę mroczną: taką z glanami, farbowanymi na czarno włosami, krzyżem Ankh na szyi i makijażem na pandę.

Fascynujący jest kolor oczu Felicity. Wpierw myślałem, że w czwartym odcinku "The Flash", gdzie też występuje Felicity, popełniono błąd, bo jej oczy wyglądały na brązowe. A potem przyjrzałem się piątemu odcinkowi trzeciego sezonu "Arrow" i widzę, że albo ma zajebistą adaptację źrenic i zmieniają rozmiar od niewielkich (pozwalając ukazać się w pełni jej jasnym tęczówkom) do gigantycznych (sprawiając wrażenie, że oczy są ciemnobrązowe) albo osoby odpowiedzialne za continuity i dobór kolorowych soczewek kontaktowych winny być wywalone na zbity pysk albo ma takie same, zmieniające kolor oczu okulary jak jej szef, Clark Kent.

Po poznaniu uznanego za martwego Oliviera Queena, po poznaniu uznanej za martwą Sary Lance, po pokonaniu uznanego za zmarłego Kryskosa, po spotkaniu wciąż uznawanego za zmarłego Malcolma Merlina Felicity zdumiewa się, że jej uznany na zmarłego były chłopak żyje - co wytyka jej nawet Szczała, intelektem nie sięgający jej do kostek.

Co robi Szczała, gdy orientuje się, że są w niego wymierzone dwa szybkostrzelne działka z czujnikami ruchu i celownikami laserowymi? Rusza się, by zejść z linii strzału. I mimo, że nie jest Flashem - udaje mu się to bez problemu.

środa, 26 listopada 2014

Przemiana Diggle'a w dobrego ojca okazała się nad wyraz krótka. Może nie mógł znieść płaczu dziecka w domu.

Z rozpaczy głupieje ten Oliver: chcąc jak najlepiej poznać miejsce zdarzenia, jedzie tam w stroju cywilnym, a nie w kostiumie, jak zawsze robi.

Gdyby nie kolor oczu, ten arcybiznesmen, co kupił firmę rodzinną Szczały, wyglądałby z twarzy dokładnie jak Clark Kent. A no tak, to jest Clark Kent. Jak się okazuje, nie jest już drobnym dziennikarzyną, lecz magnatem w stylu Lexa Luthora.

Scena najazdów motocyklowych i strzelania do siebie w czasie tych najazdów jest akuratnie absurdalna. Trafianie strzałą w lecącą strzałę Szczały ani o jotę mniej.

O, z Thei zrobili Aryię, tylko nie uczyła się szermierki w King's Landing, a w Corto Maltese.

O rany, Laurel dostaje ulotkę szkoły walki, którą prowadzi przystojniak z białym i co dziwniejsze kompletnym uzębieniem. Coś mi się widzi, że za pięć odcinków już tylko Felicity nie będzie kopać złoczyńców z półobrotu.

Na swe pierwsze mordobicie Laurel idzie w butach na obcasie. Ale przynajmniej - to trzeba jej przyznać - niewielkim, a nie sześciocalowym.

W scenie, gdy po owym mordobiciu Laurel leży pobita na szpitalnym łóżku, nie poznałem jej. Nie ze względu na intensywność i rozległość obrażeń - po prostu po raz pierwszy w tym serialu (a to już trzeci sezon) pokazano ją bez makijażu. Normalnie inna osoba.

Złoczyńca znów jest głupi jak Niemcy w filmach wojennych i mówi nie zabitym, choć pokonanym protagonistom, kiedy odbędzie się wielki deal. W Bondzie złoczyńca mówi to choć uwięzionemu agentowi, tu mówi on Diggle'owi kiedy ucieka, zostawiając go wolnym. Czy to tak trudno wtedy skłamać, by zmylić przeciwnika?

(Kto wie, możliwe; Daniel Kahneman w książce "Pułapki myślenia" (ISBN: 978-83-7278-677-7) przedstawia teorię, że obie tego typu rzeczy wymagają uwagi i energii umysłowej Systemu 2, i gdy sama walka z przeciwnikiem zawiera jej dużo, na spokojne przemyśliwanie szczwanych odpowiedzi nie starcza już siły - i odruchowo (działającym przy zerowych kosztach energetycznych Systemem 1) mówi się prawdę.)

O rany, Szczała powalił trzech przeciwników jednym zamachem. Longinus Podbipięta byłby dumny.

sobota, 22 listopada 2014

Początek otwierającego trzeci sezon odcinka jest tak cukierkowy, pokazując tak idealne relacje między bohaterami oraz ich sytuacje, że od razu wiadomo, że zaraz się to wszystko widowiskowo spierdoli.

Zdumiewający jest high-tech'owy łuk Szczały, który po złożeniu mieści się w dłoni. Naprawdę zdumiewający.

Położnik narzeczonej Diggle'a wydaje się być rażąco niekompetentny.

Warto zwrócić uwagę, że w mowie Szczały, gdy otwiera się przed Felicity, na pytanie, gdzie spędził poza wyspą te 5 lat, odrzekł "Hong Kong. For one". To znaczy, że w kolejnych sezonach będą kolejne miejscówy i kolejni związani z nimi oponenci.

I mam wrażenie, że aktor w roli tytułowej wreszcie nauczył się grać. Wypada pogratulować, choć w mojej opinii serial wiele na tym traci.

Zdziwiła mnie idąca na randkę z Oliverem Felicity. Czyżby zapomniała, że ma chłopaka w śpiączce? I ten niewspomniany śpiący chłopak okazał się być chłopakiem Czechowa i obudził się pod koniec trzeciego aktu.

Nieodmiennie podoba mi się, jak w filmach i serialach akcji wszyscy szaleni naukowcy i złowrodzy biznesmeni są zarazem mistrzami sztuk walki. Jestem pod wrażeniem ich efektywności spędzania czasu: po całych dniach i nocach wynajdowania nowych trucizn lub przejmowania wielomiliardowych spółek mają jeszcze czas kilka - kilkanaście godzin na dobę ćwiczyć karate, czy inne kung fu, aż do osiągnięcia perfekcyjności (na tyle szacuję poświęcany na to czas, bo tyle trenuje Szczała, który w scenach walki prezentuje technikę na podobnym, by nie rzec: wręcz idealnie identycznym poziomie).

Zmiana zachowania i podejścia Diggle'a po urodzeniu mu się dziecka zdziwić może tylko nie-rodziców.

Na sam koniec ciekawe cameo Czarnego Kanarka. Obawiam się jednak, że jego fajność (w postaci zaakcentowania go ostatecznością) popsuje rezurekcja Sary w którymś z kolejnych odcinków.

Przyznać muszę, że albo się stęskniłem za tym serialem i przez sentyment patrzę zbyt pobłażliwie, albo jako pierwszy odcinek nowej serii odcinek nie jest zły: jest pokazane status quo, choć ohydnie cukierkowe, które następnie ulega zmianom; ukazuje starych bohaterów i wprowadza nowych, ukazanych tylko szczątkowo, przez co wciąż otoczonych aurą tajemnicy do rozwiania w ciągu całego sezonu; porusza wszystkie wątki, które poruszane w sezonie będą; i jest Felicity, co zawsze jest plusem.

niedziela, 15 czerwca 2014

Oba te seriale emitowano w tym samym czasie, więc oglądałem je naprzemiennie, co pozwoliło mi dostrzec serię podobieństw i paraboli między nimi.

Oba w swej zasadniczej linii fabularnej przestrzegały przed armią superżołnierzy pod wodzą evil overlord'a. W Szczale ich nadludzka moc wynikała z iniekcji cudownego leku, w Agentach - z cyborgizacji (aczkolwiek potencjalnie też z dodatkiem cudownego leku).

W obu bowiem ukazywany był cudowny lek, który okazywał się mięć paskudne skutki uboczne. W Szczale było to mirakuru, cudowny lek japońskich naukowców z II wojny światowej, a Agentach - tkanki pobrane od obcej formy życia. Oba działały nad wyraz skutecznie, oba okazywały się mieć rosnące z czasem w sile skutki uboczne. Wśród owych w obu powtarzała się psychosis, w Szczale uzupełniona agresją i halucynacjami, w Agentach - hipergrafią. W obu serialach lekiem tym "zarażony" jest jeden z członków drużyny. U Szczały udaje się znaleźć antidotum (jakkolwiek dopiero pod koniec drugiego sezonu), w Tarczownikach - nie.

W obu przeciwnikiem ekipy był podrasowany wojownik ze Śmiercią w nazwie: w Szczale był to Deathstroke, w Tarczownikach - Deathlok. W obu przypadkach byli to byli znajomi / przyjaciele protagonistów.

W obu kilka odcinków przed finałem sezonu odchodzi od drużyny postać kobiecej wojowniczki, by odcinek później wrócić w glorii chwały. W obu też finał jest mocno feministyczny, choć w inny sposób jest to ukazane.

W oby pojawiają się nad wyraz niebanalne postacie naukowców. Duet Fitz&Simmons jest nad wyraz uroczy, ale Felicity przebija wszystkich.

W obu jest obowiązkowy odcinek w Rosji, o czym już wspomniałem.

Seriale bawią, uczą, wychowują: w Agentów odcinku 20., a Szczały 22. są przykładowo ukazane skutki niezapinania pasów w samochodzie.

W obu serialach po zakończeniu sezonu bohaterowie zmuszeni są praktycznie od zera odbudowywać swoje bazy.

W finale główny przeciwnik zostaje wręcz komiksowo pokonany, a i same sezony kończą się dokładnie tak, jak nakazuje oparcie się na historiach komiksowych: zapowiedzią kolejnego zeszytu zmagań z innym już przeciwnikiem (choć ze starymi w wciąż tle).

Jednak mimo tych wszystkich (i wielu innych, niewymienionych) podobieństw, TARCZOwnicy są serialem o klasę lepszym. W odróżnieniu od Szczały, gra aktorska w nim nie boli, a sama idea finałowej rozgrywki i wątek ukrytych przeciwników są bardzo zacne, jak na serial sf-f wręcz zdumiewające. 

niedziela, 18 maja 2014

O ile w "TARCZOwnikach" feminizm objawił się w postaci pozostawienia odbudowywanej TARCZY w rękach kobiet, o tyle tu reprezentuje go strzelająca z granatnika stojąc z rozwianym włosem na płozie lecącego helikoptera, ubrana w stylową czarną skórzaną kurtkę pani zabójczyni wysokiego szczebla.

Zdumiewająco głupi ten Szczała. Ma Umiejętności Strzeleckie na poziomie 99, a gdy ma okazję wrazić dwie strzały ze szczepionką w przeciwnika, mierzy i trafia wprost w najlepiej uzbrojoną klatkę piersiową.

Nie rozumiem taktyki polegającej na tym, by oddział łuczników wysłać do walki bezpośredniej z oddziałem n-pla, by mierzył i strzelał do przeciwników z odległości nie większej niż metr. 

Tak się zastanawiam: skoro ekipa Szczały ma już i mirakuru i antidotum, to w praktyce mają eliksir życia: choremu lub umierającemu człowiekowi wpierw wstrzykuje się mirakuru, a gdy ów cud-lek wyleczy lub ożywi organizm (tak jak ożywił Isabel Rochev i uleczył z ciężkich poparzeń Slade'a Wilsona) i zaczną się prezentować negatywne skutki uboczne - podaje mu się antidotum, po którym znów staje się "czysty" od mirakuru, o zwykłej już sile, wytrzymałości i odporności na rany (i bez żadnych skutków ubocznych, co pokazuje uleczenie Roy'a).

Finał zaś spełnia wymagania kanonu: następuje kulminacja zmagań, bad guy przegrywa, ale nie ginie, by mógł powrócić w kolejnych seriach, a w przerywnikach kończy się kolejny etap reminiscencji (przy okazji pokazując, że Oliver Queen wcale nie "spent five years on this hellish island", lecz jedynie ułamek tego czasu).

Na sam też koniec producenci pokazują, co zmieni się w sezonie trzecim. Będą nowi wrogowie, wróci Barrowman, Czarny Kanarek odpłynie w siną dal (wykazując się sporą odwagą podczas rejsu po przeżyciu dwu już zatonięć statków), przygłupi detektyw Lance dostał kosę w brzuch (i już dalej wiecie), przyrodnia siostra Szczały przechodzi na ciemną stronę mocy, Dix ma być ojcem (lecz pewnie zabiją mu ukochaną w 9 miesiącu ciąży), a w reminiscencjach zamiast wyspy pojawi się Hong Kong, gdzie młody Szczała pracować zaczyna dla amerykańskiej agencji wojskowej. 

 
1 , 2 , 3

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA