Wpisy z tagiem: popularnonaukowe

poniedziałek, 13 lipca 2015

Gdy już zaspokoiłem głód snu i głód pożywienia, a póki wciąż głód bezmózgiej popkultury udało mi się odegnać, naszedł mnie głód wiedzy. Po obejrzeniu współczesnego programu o matematyce, by odpocząć od eksklamejszyn marków - przesadnych hiperbol i szukania na siłę sensacji - postanowiłem obejrzeć kolejny odcinek "The Ascent of Man". I akurat trafił mi się odcinek o matematyce.

Pierwsze słowa Bronowskiego, który przyznaje, że nie da się powiedzieć, gdzie narodziła się matematyka, ale na wyspie Samos zaczęło się myślenie matematyczne, natychmiast w myślach ujrzałem we współczesnej wersji, gdzie brzmiały by "A teraz odwiedzimy miejsce narodzin matematyki...".

Czasem (co najmniej od czasu przeczytania opowiadania Williama Tenna pt. "Flirgelflip" w tomie "Wyzwolenie Ziemi" (ISBN: 83-85432-73-6) niemal dwie dekady temu) się zastanawiam, co jak byłbym w stanie dowieść swej wartości rzucony w mniej lub bardziej daleką przeszłość. Gdy narrator zaczął mówić o dokonaniach Pitagorasa, zastanowiłem się, czy byłbym w stanie wytłumaczyć i udowodnić antycznym Grekom znane mi doskonale twierdzenie Pitagorasa. A potem ujrzałem, jak doskonale czyni to Bronowski i już bym umiał. Choć wciąż niezbyt jestem przekonany, po co.

Przykład Samos, miejsca urodzenia Pitagorasa, jako wyspy na samym krańcu klasycznej Grecji, milę od brzegu Azji, doskonale wspiera mój TAŻ o tym, że najciekawsze rzeczy w kulturze dzieją się na obrzeżach cywilizacji.

Słuchając o matematycznych i mechanicznych dokonaniach islamu w epoce średniowiecza zdumiałem się, jak kreatywna i konstruktywna była to religia. Islam, what went wrong? Gdzie popełniłeś błąd, islamie, że skończyłeś jak skończyłeś?

Piękne są ujęcia ukazujące dwie kontrastujące twarze Alhambry - zewnętrzną i wewnętrzną. 

Gdy mowa o arabskim horror vaculi abstrakcyjnych wzorów na mozaikach, Bronowski ukazuje wzór z poszóstną symetrią ("six-fold"). Utrwalone, czytałem o tym w książce dla młodzieży jakieś 15 lat po powstaniu odcinka, jako o skutku podstawowej zasady układania nieskończonych mozaik: opierać się muszą na kształcie mogącym samodzielnie pokryć całą powierzchnię, a najprostsze z nich to trójkąt, kwadrat i sześciokąt. Stąd większość takich mozaik ma symetrię potrójną, poczwórną lub poszóstną.

Bronowski ukazać chce kontrast do świata islamu i jego abstrakcyjnych wzorów poprzez ukazanie niedalekiej od ostatecznej granicy Al-Andalus wioski, gdzie akurat rusza procesja z posągiem Matki Boskiej. Niby prawda, ale obraz tego porównania jest nieco zamazany brakiem wzmianki o VIII/IX-wiecznym (czyli już po tym, jak islam opanował Półwysep Iberyjski) sporze między ikonoklastami a ikonodulami. Gdyby ich gra potoczyłaby się wtedy inaczej i w ten wiosce też nie byłoby wizerunków Maryi ni innych świętych. Czy ściany byłyby gołe, czy pokrywałyby je równie abstrakcyjne wzory - to rzecz do dłuższej dywagacji.

O ile renesans narodził się we Włoszech, o tyle renesans karoliński narodził się w Toledo, stwierdza Bronowski. A ja się z nim nie kłócę, brzmi to sensownie, wszak była to granica cywilizacji.

Bardzo ładne zobrazowanie idei perspektywy "oka Boga", nieustannie spotykanej w średniowiecznej Europie. Dość powiedzieć, że ujrzałem jej sens,

Opowieść o matematyce kończy Bronowski na duecie Newton&Leibniz, konkludując, że to ich odkrycia wprowadziły czas do opisu natury. A tym samym, konkluduję już ja, zakończyły świat matematyki i rozpoczęły świat fizyki.

piątek, 10 lipca 2015

Czasem zdarza mi się obejrzeć program popularno-naukowy znaleziony gdzieś w dysuksji mniej lub bardziej znanych mi osób lub podsunięty przez algorytmy portali, zaciekawiony jego nazwą. Nierzadko kończy się to tym, że tylko utrwalam sobie to, co i tak już wiem.

Tytułowe pytanie "czy matematyka istnieje niezależnie od nas, czy tylko w naszych głowach?" uważam za zbędne. Oczywiście, że istnieje niezależnie od nas. Matematyka jest ponad-, czy nawet bezczasowa: jeżeli coś zostanie odkryte to znaczy, że istniało od zawsze. Tym odróżnia się od biologii, czy (prawdopodobnie) fizyki. Prawdziwe więc pytanie brzmi: czy fizyka istnieje niezależnie od nas, czy tylko to nasze próby znalezienia regularności w nieznanym otoczeniu?

No tak, ciągi Fibonacciego w płatkach kwiatów i szyszkach. Utrwalone.

Ciekawostkę o związku igły spadającej na poliniowaną kartkę z Pi wyczytałem, jeżeli dobrze pamiętam, w "Bajtku" z 1989 chyba roku (artykuł miał nazwę "Metoda Monte Carlo", czym mnie zaintrygował; myślałem, że będzie o rajdzie samochodów). Bardzo niewyraźnie zapamiętałem wartość prawdopodobieństwa, że igła spadając przetnie narysowane na kartce i odległe od siebie o długość igły równoległe linie, dlatego ta tutaj (2/PI), którą też pewnie zapamiętam niewyraźnie była pewną nowością. Przy okazji: to nie jest tak, że "tak wartość ma w sobie Pi, choć nie ma tu żadnego kółka". Te kółka są, tworzy je zbiór możliwych ułożeń igły ze środkiem ciężkości w danym punkcie. 

Za to informacja, że w przypadku rzek zwykle proporcje ich długości do odległości między źródłem a ujściem wynoszą Pi, mnie zaintrygowała. Kilka kolejnych ciekawostek mniej, koła w nich były bowiem widoczne.

Pan naukowiec z dziwnym akcentem mówiąc o bryłach platońskich kończy przemowę słowami "And finally the dodecahedron. This was the thing that signified the Cosmos as a whole". Ciekawe to, gdy się wcześniej słyszało, że nasz wszechświat może być sam ze sobą połączony poprzez ściany gigantycznego dwunastościanu.

A potem pojawia się na ekranie Amerykan przepytujący młodego matematycznego geniusza, który w wieku lat 11 zdobył 800 punktów na 800 możliwych na egzaminie SAT, zdawanym zwykle przez 16-18-latków i wypowiada się tak: "800 on the SAT Math. (...) Wow, that's like a perfect score!". Nie like, amerykański kretynie, to jest the perfect score

Ten sam Amerykanin, wraz ze swoją drużyną, sprawdza w MRI jak działa mózg tego geniusza, gdy ów zajmuje się matematyką. I miast dać mu porządne, trudne zadanie, solidnie angażujące umysł, na ekranie komputera pojawia się zadanie treści "3x25". W ten sposób na pewno like odnajdziecie co dokładnie dzieje się w mózgu matematycznego zdolniachy, kretyni.

Po przedstawieniu powyższego pomiaru przepływu posoki pośrodku mózgu, narrator duma, czemu tak jest, że w naszym mózgu istnieją połączenia służące do rozwiązywania zadań matematycznych. No cóż, odkąd usłyszałem lata temu o tym, ile i jak trudnych równań musi nieświadomie dokonać człowiek np. po to, by celnie rzucić przedmiotem, nie dziwi mnie to ani odrobinę.

Gdy mowa jest o grawitacji jako przykładzie opartego na matematyce fizycznego prawa, co ilustrowane jest zdjęciami z teleskopu Hubble'a, narrator mówi "And what those images show, is that throughout the visible universe, as far as the telescope can see, the law of gravity still applies". Że co?! Przecież cała ta zabawa z bliżej nam nieznaną ciemną materią (ang. Dark Matter) polega na tym, że fizycy wyliczyli, że przy takiej prędkości obrotowej jaką mają i przy takiej masie jaką widać galaktyki by grawitacyjnie nie utrzymały spójności. A cała ta heca z ciemną energią (ang. Dark Energy) wynika z tego, że wszechświat powinien grawitacyjnie zwalniać swe rozszerzanie - a je zamiast tego przyspiesza. Dlatego fizyczni rebelianci zamiast tych ciemności proponują zmodyfikowaną teorię grawitacji (ang. MOND). I jak przy tych wszystkich uwagach można powiedzieć, że "law of gravity still applies"?

Na frazę Eugene'a P. Wignera o "unreasonable effectiveness of mathematics" autorzy programu usiłują odpowiedzieć frazą o "reasonable ineffectiveness of mathemathics", ukazując nieudolnie jako przykład inżynierów. "Musimy ciąć tą matematykę i zaokrągląć", mówi jeden z nich, "by dało się z tego korzystać. Bo nie interesuje nas świat absolutnych idei, tylko praktyczne zastosowanie". Chwila, to nadal jest dowód na "unreasonable effectiveness" matematyki, skoro nawet uproszczona do poziomu amerykańskiego inżyniera daje radę. Gdzie tu niby jej objawia się jej nieefektywność, gdy pan inżynier do gotowego matematycznego wzoru podstawia zaokrąglone wartości?

I tyle. Co sobie miałem utrwalić, to utrwaliłem. A co bym poprawił autorów, to moje.

09:22, nieuczesany23
Link Komentarze (1) »
środa, 18 marca 2015

Bardzo nietypowe i fajne jest używane przy przedstawianiu prelegentów ("gadających głów") i przy kończeniu scen przejście między kadrem uchwyconym kamerą a jego plastycznym odwzorowaniem w stylu komiksowym. Gdy je ujrzałem, zacząłem żałować, że jest tak rzadkim urozmaiceniem programów popularno-naukowych. 

"If life is ever found beyond Earth it will be a vital pillar to the theory of panspermia". Tyle że nie. Znalezienie ich w miejscach, skąd nie dałoby się im dostać na Ziemię i gdzie nie mogły trafić z Ziemi będzie argumentrm za tezą wręcz przeciwną - że życie jest w stanie powstać wielokrotnie niezależnie od siebie, a więc i na Ziemi nie były do tego potrzebne ciała niebieskie przenoszące życie z kosmosu.

Zwolennikom teorii przybycia życia na Ziemię z kosmosu zawsze pragnę zadać pytanie: a skąd się ono tam wzięło? Które to pytanie prowadzi do następującej konkluzji: by życie na Ziemię trafiło z kosmosu, gdzieś musiało ono powstać samo z siebie. A skoro może (chyba że po prostu doczepiamy Inteligentnemu Projektantowi czułki i zmieniamy mu kolor na zielony), to czemu nie i na Ziemi?

(Może było za zimno? Czytałem dawno temu oparte na zgrubnych teoriach wyliczenia, że temperatury na Ziemi były wtedy niższe niż te wymagane do stworzenia się podwalin życia według wtedy aktualnych teorii, bo Słońce w swym cyklu gwiazdy typu G nie świeciło tak mocno jak teraz. Ale było to dawno temu, od tamtej pory wspomniane teorie się pewnie po trzykroć zmieniły. Jeżeli jednak uznamy zimno za powód niepowstania, to życie na Ziemi powstałoby samo z siebie kilkaset milionów lat później, gdy Słońce niczym jarzeniówka zaczęło świecić pełną mocą.)

Jakkolwiek więc ciekawie byłoby się dowiedzieć, że życie na Ziemię przywlekła kometa ("Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą kometową"), nie zmienia to faktu, że życie może powstać "samo z siebie". I ten fenomen też należy zgłębić, a nie uciekać w "żółwie coraz głębiej". (Niemal dokładnie tak samo mówi naukowiec w podsumowaniu pod koniec programu. Cieszę się, że się zgadzamy, doktorze Marku Butchellu z University of Kent Canterbury.)

(Tak jak uciekał Erich von Däniken, znany ufolog. Ćwierć wieku temu byłem fanem jego książek, a już po tym, jak okres fascynacji tej minął, widziałem wywiad z nim w TV. Został zapytany przez dziennikarkę podobnym wywodem jak powyższy tylko ukierunkowanym w stronę życia inteligentnego: "Twierdzi pan, że bez pomocy obcych nie stalibyśmy się ze zwierząt istotami rozumnymi. Ale jak w takim razie powstali owi obcy?", von Däniken odrzekł: "Ich zaś mogli doprowadzić do rozwoju kolejni obcy, a tych - jeszcze kolejni". "A pierwsi obcy jak powstali?", dopytywała dziennikarka. "Stworzył ich Bóg", padła odpowiedź z ust ufologa i ostatecznie zdezkredytowała go w mych oczach.)

Ładny jest przytyk Pana w Czerni do zwolenników teorii panspermii.

Narrator (podstarzały Bilbo Bagosz z Bagoszna) mówi, że "coraz więcej naukowców zgadza się z tezą, że życie na Ziemię przybyło z kosmosu, więc jesteśmy kosmitami". Myślę, że każdy szanujący się naukowiec w tej i pokrewnych dziedzinach zgodzi się z tezą, że każda cząstka istot żywych pochodzi z kosmosu, z czego spora część z okolicznej supernowej, która wybuchła ~4,8mld lat temu, dając początek Słońcu i wysyłając w nasze rejony metale (czyli wszystkie atomy cięższe od helu albo litu). Ale to nie znaczy, że wszyscy jesteśmy gwiazdorami i żaden z nich by tego nie powiedział (poza prof. Hoimarem von Ditfurthem; on mógłby).

W tle przewija się przez cały odcinek temat czerwonego deszczu w Kerali, który wygląda na dogodny punkt dla zwolenników teorii spiskowych w dziedzinie istnienia życia pozaziemskiego. Jestem pewien, że są gromady ludzi, którzy na forach wymieniają się uwagami o przyczynach i prawdziwych pomysłodawcach oficjalnej wersji zjawiska, tuszującej prawdę. Czy to kościoły ze względów ideologicznych, czy korporacje, które chcą owe inne formy życia zbadać, by zacząć na nich zarabiać? A może wojsko, od pierwszych chwil starające się przekształcić obcych na broń? Kiedyś z pasją czytałbym takie dyskusje. Na szczęście teraz nie mam na to czasu.

12:03, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 lutego 2015

Zaznaczyłem sobie dawno temu ten film do obejrzenia w wolnej chwili, bo fascynuje mnie temat superwulkanów. Fascynuje i napawa lękiem. Zwykłem myśleć, że podobnie jak w przypadku kilku innych nagłych globalnych katastrof nijak nie potrafimy im zaradzić, gdy do ich wydarzenia pozostaną dni, czy miesiące, a w odróżnieniu od asteroidy o średnicy ponad kilometra nie dostrzeżemy oznak zbliżającej się eksplozji z wieloletnim wyprzedzeniem ("I think we are smart enough as geoscientists now that we would probably have weeks to perhaps months of indicators before anything like that would occur", mówi w filmie geonaukowiec; dla porównania asteroida 1950 DA ma zakładaną trajektorię prawdopodobnie zbieżną z trajektorią Ziemi dnia 16 marca 2880 roku), by wymyślić w spokoju jakiś plan. Żywiłem też przekonanie, podsycone nieco filmem "Superwulkan", że erupcja Yellowstone oznacza klęskę całej naszej cywilizacji, the end of the world as we knowi it.

I nieco mnie ten program popularnonaukowy uspokoił. Paradoksalnie przede wszystkim stwierdzeniem, że istnieje "mniej niż dziesięć superwulkanów na świecie" uzupełnionym mapką z zaznaczonymi siedmioma, w tym trzema w okolicy Yellowstone. Skoro jest ich aż tyle, to nie ma co się przejmować jednym z nich. Ma walnąć, to walnie, nie tu, to tam, globalnie nie ma więc co się przejmować akurat Yellowstone.

Uspokoiły mnie też nieco wyliczenia i omówienie tempa wydarzeń. Po pierwsze, nie jest spodziewana jedna gargantuicznie gigantyczna eksplozja, tylko jedna gigantyczna eksplozja po paru dniach druga i potem w ciągu dwu tygodni następne. Po drugie, ostatnio pył i popiół zasypały kontynent tylko na zachód od Missisipi. Wygląda więc na to, że Wschodnie Wybrzeże przetrwa i choć szkoda trochę Kalifornii i Seattle w stanie Weishaput Washington, wiele Ameryka nie straci. Co ważne jest z powodu oczywistych światowych konfliktów zbrojnych po eksplozji.

Mowa też jest o tym, że ostatnim razem chmura pyłu potrzebowała miesięcy, by otoczyć całą Ziemię. To daje czas na reakcję, a nie wątpię, że kraje rozwinięte i niedotknięte samą erupcją będą chciały powstrzymać globalną zimę. Nie wiem, co zostanie rozpylone w powietrzu, by zniwelować skutki zablokowania przez chmurę pyłu słońca i być może naukowcy całego świata też jeszcze nie wiedzą, ale jestem pewien, że w ciągu tygodni po wybuchu pojawi się co najmniej tuzin pomysłów. I część z nich może nawet zadziałać, w pewnym stopniu niwelując oziębienie klimatu. Z pozostałej części dzisiejsi "ekolodzy" by się pewnie nawet ucieszyli.

Podobnie w ciągu nadchodzących miesięcy cywilizacja, pozbawiona nowych filmów i odcinków seriali, z czystych nudów zapobiec może innych skutkom wybuchu, które zwykły powodować globalne wymierania. Tym się wszak od zwierząt różnimy. Na pewno ludzkość nie będzie siedzieć z założonymi rękami czekając na koniec sześcioletniej nieprzerwanej zimy.

Skoro już mowa o naszym gatunku: narrator wspomina, że wybuch superwulkanu Toba 70 tysięcy lat temu "niemal wybił gatunek ludzki", zmniejszając jego populację stukrotnie (czyli centymując go, a nie decymując, jak błędnie mówi). Ja pozwolę sobie stwierdzić znając termin "wąskich gardeł ewolucyjnych", że wybuch ten raczej stworzył gatunek ludzki niż go zniszczył.

Jacob Lowenstern, geolog, ma nad wyraz telewizyjną twarz. Gdzieś tak w połowie między Joseph Gordon-Levittem a Doogie Howserem.

czyli tak

czyli tak

Epilog w postaci ukazania supererupcji mimo swej apokaliptyczności nieco utwierdził mnie w mych tezach. Fakt, North-West Stanów zostanie zniszczony - ale prawdę mówiąc jest mi to miejsce bardziej obojętne niż Radom. Fakt, padnie cała hodowla i większość upraw w Stanach - ale są zapasy z dzisiejszej nadprodukcji żywności i zostać Amerykanom powinno na tyle dużo armii, by zdobyć sobie gdzieś nową ziemię pod uprawę, wprowadzając demokrację przy tem. Fakt, pyły dotrą do atmosfery i zaczną się rozprzestrzeniać nad całą planetą - ale jak powyżej już stwierdziłem sądzę, że pozostałe kraje rozwinięte będą próbować ich rozprzestrzenianie powstrzymać, z sukcesem lub nie, i będą potem aktywnie przeciwdziałać ich skutkom.

Urok prognoz specjalisty jest taki, że bierze pod uwagę tylko - lub przede wszystkim - swą dziedzinę, zapominając lub umniejszając inne. I tu geonaukowcy ukazują erupcję i jej skutki pokazując człowieka jako biernego obserwatora tych wydarzeń, bo tak drzewiej bywało i 70 tysięcy lat temu i w latach 1815-1816. A człowiek będzie aktywnie im przeciwdziałał. Choćby dlatego, że obecna epoka - Antropocen - nosi nazwę pochodzą od niego i nie pozwoli byle kalderze być lepszą w masowych wymieraniach gatunków niż on.

13:19, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 lutego 2015

Film nakręcony w Polsce, za  mojego życia - ba, większość bohaterów jest młodsza ode mnie, a czuję się jakbym oglądał program na Discovery o egzotycznych plemionach na drugim krańcu świata.

Jak z tytułu i pierwszych scen się szybko idzie domyśleć, film opowiada o rodzinie z trzynastką dzieci. Jakby rodzicom (a właściwie samotnej rodzicielce) tego było mało, trzymają w domu jeszcze psy (doliczyłem się czterech) i koty (też co najmniej cztery). Koty te w pierwszej scenie biorą udział w powietrznych walkach, przy których wszystkie ujęcia walk zwierzęcych na Animal Planet bledną jak wszystkie hollywood'zkie sceny wyścigów przy scenie z "Sarniego Żniwa". A równocześnie znów na myśl przychodzi program Discovery o egzotycznych (które to słowo jest eufemizmem, zastępując określenie "prymitywnych") plemionach.

Gdy na ekranie w mieszkaniu rodziny pojawił się królik, złapałem się za głowę. "Niektórzy to chyba nie lubią mieć spokoju", pomyślałem. Ale chwilę potem jeden z najstarszych synów w obejściu zabija go trzema plaskaczami w kark. "Egzotyka", pomyślałem, po czym ujrzałem scenę dzielenia oskórowanego kicaka i już tylko programy Cejrowskiego równały do tego poziomu egzotyki. Późniejsza scena, gdy dzieci "pstrykają" sobie po stole odciętą głowę ryby wciąż próbującej złapać dech, bije brutalnym realizmem nawet i je.

Oglądając ten film, nakręcony niecałe dwie dekady temu w głowie zabrzmiała mi fraza "It's like I've landed on a different planet". Może dlatego, że na ekranie widać było prawdziwą XX-wieczną zimę z prawdziwym śniegiem po kolana.

Często się zastanawiam, na ile dokumenty takie jak ten są wiernym odwzorowaniem świata, a na ile jego wersją "podrasowaną", "podkręconą" dla zwiększenia emocji u widza. Tu dumałem nad tym przy scenie powrotu ze sklepu spożywczego. Czy naprawdę najkrótsza czy też najlepsza droga z domu rodziny wielodzietnej do najbliższego sklepu prowadzi prowadzi przez rzeczkę, przez którą można malowniczo przeskoczyć z worem wypełnionym chlebami? Naprawdę nie ma w okolicy drogi, mostku lub choćby kilku przerzuconych przez ciek wodny kłód?

W pewnym momencie filmu usłyszałem, że nie jest to rodzina 2+13, tylko 1+13. Przy tej samotnej matce Supermen to pikuś.

Patrząc na agresywne zachowania dzieci myślałem: "jak szczury zamknięte w za małej klatce". Co ciekawe, pamiętam, że w roku kręcenia tego dokumentu myślałem tak samo o swojej rodzinie, mimo że mieliśmy wielokrotnie więcej przestrzeni per capita.

Film ten dowodzi, że może być w domu bieda, można jeść tylko chleb i złapane w sidła zające, ale pieniądze na fajki i wódkę zawsze się znajdą.

W scenie z obcinaniem włosów jednemu z synów widać, że dzieci w tej rodzinie głosu nie mają. Co w rodzinie 1+13 oznacza, że Głos jest Jeden.

Zdumiewające. Zdumiewające jest pomyśleć, że dwie dekady temu ludzie w moim wieku żywili się suchym chlebem i złapanymi we wnyki zającami, skórowanymi na ich oczach lub złowionymi w przeręblu i własnoręcznie zabitymi rybami. Moje problemy egzystencjalne wydają się przy tej historii typowymi first world problems, mimo że mieszkam raczej w drugim świecie (no, po '89 zbliżamy się do statusu świata półtornego).

I zastanawiające. Zastanawiające jest, jak dalej potoczyły się losy rodzeństwa. Mimo podzielania przekonania samotnej matki, że rodzina winna się trzymać razem, obawiam się, że przez brak możliwości rozwijania swych umiejętności i fatalną dietę w okresie dorastania dzieci nie prowadzą teraz pełnego, szczęśliwego życia, a raczej wegetują gdzieś na obrzeżach społeczeństwa. Naprawdę chętnie bym się dowiedział, że się w swych obawach mylę.

14:35, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 września 2014

Bardzo fajny wykład wprowadzający w świat współczesnej fizyki. Kaku, cokolwiek by nie sądzić o niektórych jego poglądach, jest świetnym wykładowcą i wiedzę o czterech siłach we Wszechświecie przekazuje ciekawie i przystępnie. By nie znużyć widza, zgodnie z arkanami dobrego wykładowcy, do wykładu wprowadza anegdoty. Większość co prawda jest skoncentrowanych na nim samym, ale tej o Halley'u i Newtonie wcześniej nie słyszałem i wydała mi się interesująca. Dla mniej wyrafinowanego widza jest obowiązkowa anegdota o odbycie.

Wizualizacje są ładne minimalistyczne, nie przesadne (choć nic przeciwko przesadnym wizualizacjom w programach popularno-naukowych o fizyce i kosmosie akurat nie mam) i nie odrywają uwagi od wywodów.

Szkoda tylko, że program już się zdążył nieco zdezaktualizować - Kaku wspomina o budowie LHC i prognozach, że odkryje się w nim bozon Higgsa, co już się dokonało. Poza tym jedyną uwagę mam do doboru obrazów pojawiających się czasem w tle, gdy mowa o historii lub antycznych bogach: szkoda, że nie wybrał porządnych, ładnych obrazów z XVI wieku, tylko używa tej nowomodnych obrazów z XIX wieku. Ale cóż, trudno od fizyka wymagać dobrej znajomości sztuki.

22:30, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 września 2014

UFO Diaries makes no claim about the authenticity of the events in this program and considers the program a forum in which alleged events and issues can be shared with the general public. This veracity of the events is for the viewers to determine.

I to właśnie powinno starczyć za cały komentarz, ale dodam jeszcze ripostę do słów pana cywilnego inżyniera o tym, że w dzisiejszym budownictwie jak się w 200-metrowym drapaczu chmur utrzyma prostolinijność i równoległość ścian w zakresie 6 cali na ścianę, to jest to niemałym osiągnięciem - a piramida ma ową nierównoległość mniejszą niż ćwierć cala: no cóż, u was nie da się już użyć dwóch kijków i sznurka

17:23, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 sierpnia 2014

W skrócie: prezentowane tu poglądy wskazują, że nie, choć może mieć skończone wymiary, a jego przeciwległe boki są ze sobą sklejone niczym po bezargumentowym poleceniu sklej w LOGO (ISBN: 83-204-1313-3), tyle że w trzech wymiarach. 

Nie wczytywałem się w teorię dodekaedru (dodecahedron), czyli przeciwległych par połączonych ze sobą ścian w kształcie pięciokątów (hail Eris!), ale kształt jego na tyle przypomina kulę, że się zastanawiam, czy stojące za nią obliczenia nie wskazywały równie dobrze na kulę.

Pani fizyk omawia powszechny błąd stwierdzający, że skoro nasz Wszechświat jest "highly unlikely" (prawdopodobieństwo rzędu 10-128), to jest niemożliwy. Błąd: jeżeli istnieje nieskończenie (lub przynajmniej odpowiednio) wiele wszechświatów, to istnienie każdego możliwego, jakkolwiek nieprawdopodobnego wszechświata jest niemal pewne. Jeżeli zaś istnieje tylko jeden Wszechświat, to jego istnienie jest tak samo nieprawdopodobne niezależnie od specyficzności jego parametrów.

Szkoda, że program nie wspomina jak się owa "zimna plama" na mapie kosmicznego promieniowania tła, mogąca oznaczać obecność innego wszechświata, ma do kierunku Wielkiego Dryfu. Gdyby się pokrywały, byłaby to jakaś dodatkowa przesłanka. Gdyby były przeciwległe, też byłoby to ciekawe. Jeśli dobrze odczytuję współrzędne galaktyczne, nie zachodzi ni jedno, ni drugie (choć obie leżą na południowej hemisferze), ale pani fizyk Laura Mersini-Houghton twierdzi, że kierunek i prędkość dryfu pokrywa się idealnie z jej wyliczeniami dotyczącymi zimnej plamy. Miło wiedzieć.

20:59, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Pokrótce, odpowiedź brzmi tak. Choćby czas.

Rozumiem zachwyt Susan Berry, gdy uzyskała w późnym wieku umiejętność widzenia trzeciego wymiaru, której w młodym wieku wykształcenie uniemożliwił mocny zez. Pamiętam bowiem, jak nagle trzeci wymiar wychynął przed moimi oczami, gdy po kilkunastu latach noszenia okularów ubrałem po raz pierwszy soczewki kontaktowe. Tak jak ją zlew, mnie zachwycił trawnik pod gabinetem okulistki: wreszcie zyskał trzeci wymiar, obecne na nim kamienie, resztki śniegu i psie kupy odstawały, a nie były tylko teksturą na płaskim terenie, jak w "Wolfensteinie 3D".

A co, jeśli ciemna energia pochodzi z wybuchu gwiazd? Skoro materia zagina czasoprzestrzeń, a czarne dziury wręcz ją wciągają (co kończy się tzw. osobliwością), to przy ich wybuchu i rozszerzeniu się masy, czasoprzestrzeń tam musi ulec gwałtownym przekształceniom, które mogłyby skutkować rozszerzeniem czasoprzestrzeni - i przez to szybszym rozszerzaniem Wszechświata. Jeśli to ono właśnie równoważy przyciąganie grawitacyjne, to czekałby nas jednak Wielki Zgniot (bo za kilkadziesiąt miliardów lat skończą się gwiazdy do wybuchania).

I z drugiej strony - jeżeli czarne dziury wraz z materią wchłaniają przestrzeń (poprzez ugięcie asymptotycznie zmierzające do nieskończoności), to może powstrzymują przy tym rozszerzanie się Wszechświata? Jakaś zaawansowana cywilizacja (my w XXX wieku?) mogłaby "sadzić czarne dziury", by oddalić nieuchronne rozszerzenie ostateczne i śmierć cieplną Wszechświata.

Ech, jak brakuje tym Amerykanom wiedzy o Płaszczakach. I muszą potem nadrabiać jakimiś absolutnie nietrafionymi porównaniami. Przez to snują frazy o "wymiarach zwiniętych do nieskończenie małych wymiarów", podczas gdy można by nasz Wszechświat przedstawić jako dwuwymiarową płachtę istniejącą i poruszającą się w trójwymiarowej rzeczywistości.

Dzięki tej wiedzy też jestem w stanie pojąć, że możemy żyć na Wszechświecie o nieskończenie małej, wręcz zerowej długościoszerokościogłębokości w wyższych wymiarach - tak jak płaszczyzna jest nieskończenie małej, wręcz zerowej głębokości, linia - nieskończenie małej, wręcz zerowej szerokości, a punkt - nieskończenie małej, wręcz zerowej długości. Może być i tak, choć w fizyce, w odróżnieniu od matematyki wartości nieskończenie małe zwykle mają wartość różną od zera. Może na podstawie własnie słabości grawitacji udałoby się ustalić wartość tej długszergłębokość Wszechświata.

Myślę, że tak jak dwuwymiarowy przekrój trójwymiarowej struktury branowej, czyli gąbczastej (bo tak wyglądają wielkoskalowej struktury Wszechświata) też jest taką strukturą gąbczastą, tak przez nas pojmowana struktura trójwymiarowa jest tylko wycinkiem cztero- lub więcej wymiarowej struktury. W takim przypadku Wszechświaty sąsiadujące z nami w czwartym wymiarze byłyby podobne (choćby wielkoskalowym rozkładem masy) do naszego. 

Czasem się zastanawiam, jak wąska czasem jest granica między współczesną nauką a paranauką. Badania nad istnieniem innych wymiarów, czy nawet teoria M-bran, których prawdziwości nie sposób dociec doświadczalnie (jak głosi narrator) czym różnią się od scholastycznych badań, ile aniołów zmieści się na główce od szpiki czy badaczy eteru, a poszukiwania życia pozaziemskiego na innych planetach czym od ścigających UFO tu na Ziemi? Gdy stawia się na popularność bardziej niż naukowość programu, granica ta zdaje się zacierać. Gdy stawia się na naukowość to właściwie bez znaczenia, bo nikt i tak tego nie obejrzy.

23:31, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 sierpnia 2014

No i proszę, jak chcę znaleźć jakiś aktualny program popularno-pseudonaukowy, to nie ma problema. Ten w tytule ma jeszcze dopisek "new 2014". A w nauce robią program na temat i potem uważają, że przez 7 lat nie trzeba kręcić kolejnego. Nudy, panie, nudy. Najwyraźniej łatwiej i szybciej da się zebrać garść anecdata niż stworzyć nową sensowną teorię naukową.

Tak sobie myślę: jeżeli jakaś amerykańska rządowa agencja miała się zająć metodami podróży nadświetlnej, umożliwiającymi nawet podróż w czasie, to byłaby to raczej NASA niż CIA. Dziwne więc, że w żadnej z teorii spiskowych nie spotkałem się z tą akurat agencją jako "bad guys".

Jeżeli to o wykutym w Górach Sowich kompleksie "Riese" mówi narrator jako o "korytarzach wykutych w skale 100 km w głąb Sudetów", to akurat co czytałem wywiad ze znawcą kompleksu "Riese", w którym neguje on hipotezę, by były tam przeprowadzane takie badania. Nie mogę oczywiście wykluczyć, że to medialna prowokacja, a ów ekspert to nasłany agent, by zatrzeć ślady Prawdy.

Hmm, czemu na temat technicznych detali i fizycznych teorii tytułowego "nazistowskiego Dzwonu" wypowiada się "Lawyer, Ph.D."? A na temat sumeryjskich wierzeń wypowiada się "paranormal consultant"?

Tom Durant, Paranormal Consultant

Paranormalny konsultant wygląda właśnie tak.

Na temat tego, skąd nagle taka eksplozja cywilizacyjna u Sumerów, wyjaśniająco pisze Richard Rudgley w swej książce "Zaginione cywilizacje epoki kamienia" (ISBN: 83-7245-176-1), że to wcale nie była to nagła eksplozja, lecz tylko rozwinięcie wcześniej istniejących trendów.

To zdumiewające, że z tak wyprzedzającymi swą epokę działającymi Wunderwaffe (podróżami w czasie czy stargate'm) Niemcy przegrali wojnę. 

Mam wrażenie, że w amerykańskich teoriach spiskowych zawsze muszą być naziści, tak jak w europejskich templariusze[citation needed]. Aż sobie raz pomyślałem, że już czas na nową wojnę, bo ci naziści się nudni robią. Ale potem sobie przypomniałem, że dzisiejsza wojna, przy współczesnych środkach przekazu i powszechnej inwigilacji, nie będzie już tak mitogenna jak WWII. Mało który też przeciwnik ma w oczach konspiracyjnych teoretyków tak jak naziści zarówno dużo wybitnych naukowców, jak i majątku na badania. Teorie spiskowe o "radzieckich naukowcach" pamiętam doskonale z lat 80-tych (skupiały się na parapsychologii, a nie na przełomowych odkryciach naukowych), ale nie wyobrażam sobie przerażająco genialnych wynalazków od naukowców z Korei Południowej, czy Iraku, o talibach nawet nie wspominając.

"Saddam Husain with a stargate technology at his hands? No way our government would have sit around and let that happen." Jasne. Jako powód najazdu na Irak brzmi to o wiele sensowniej niż chęć przejęcia wydobycia ropy, czy daddy issues George'a Wissarionowicza Busha. 

Zastanawiam się, czemu nie ma ani wzmianki o teorii pustej Ziemi, której propagator twierdził, że "łączy się z każdą inną na więcej niż jeden sposób". Faktycznie: i tunele Hitlera w Sudetach były pod powierzchnią (może się dokopali do wnętrza Ziemi?), i gwiezdna brama na Antarktydzie (skąd, jak wiadomo wylatują wnętrzaki) była "zakopana pod lodami" i taka sama brama w Iraku miała "leżeć pod miastem" (może też jakiś tunel, czy szczelina prowadząca do wnętrza pustej Ziemi?).

23:42, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA