Wpisy z tagiem: popularnonaukowe

wtorek, 10 października 2017

Zupełnym przypadkiem obejrzałem ten film. Spodobał się mnie, spodobał się też mej siedmioletniej córce, co uważam za najlepszą rekomendację (a pięcioletni hiperaktywny syn wytrzymał bez marudzenia ponad połowę filmu, co stanowić może kolejną). A dla ponad miliona polskich widzów, którzy ruszyli szturmem do kin w ostatnich dniach, mogę dodać, że są w tym filmie ujęcia z drona i brak jest składnej fabuły. I że "żadna wypowiedź nie została wymyślona".

Przypadkiem, bo tytuł zauważyłem w od niechcenia wertowanej gazecie, gdy dumałem nad zapewnieniem dzieciom weekendowych atrakcji. Jest o kotach, Rozczochrana akurat uwielbia koty (Rozczochrany raczej zaledwie je lubi), więc będzie w sam raz, pomyślałem. Dopiero odbierając zarezerwowane bilety spojrzałem dokładniej i ujrzałem, że film jest od lat 15. Cóż, pomyślałem, będę dzieciom zakrywał oczy podczas wszelkich strasznych scen, a w razie czego wyjdziemy z kina. O tym, że film jest od lat piętnastu, bo nie ma dubbingu ni lektora, tylko napisy, pomyślałem dopiero gdy siedzieliśmy na sali kinowej. I faktycznie, miał napisy. A wszyscy w filmie mówili po turecku.

Co, prawdę mówiąc, niewiele zmieniało odbiór filmu. Film spodobałby mi się tak samo i bez napisów. Choć miałbym wtedy problem odpowiadać na pytania dzieci, jak nazywają się koty.

O ile bohaterami filmu są koty wałęsające się po stambulskich ulicach, to wypowiadają się osoby nimi opiekujące. I skutkiem tego więcej mówią o kotach, a mniej (ale także, tłumacząc m.in. jak koty pomogły im wyjść z psychicznych dołków) o sobie. Rozszerza to odbiór, ale już same ujęcia kotów często wystarczały.

Wyjątkiem jest ładna legenda o tym, skąd się wzięło tyle różnych kotów w Stambule. Bez napisów nijak bym tej opowieści nie pojął.

Mimo cezury wiekowej, nie ma w filmie grama przemocy (ani razu nie musiałem dzieciom oczu zasłaniać). Pokazywanie walki kotów kończy się w chwili prężenia przed walką, syczenia i machania pazurami w powietrzu, szczur spokojnie się oddala przed polującym na niego kocurem, większość wzmianek o przemocy wobec kotów to pojedyncze zdania w opowieściach pojedynczych opiekunów. Wyjątkiem jest scena, gdy podczas wywiadu przynoszą jednemu z nich kociaka, którego poranił dorosły kot. Nawet ten wątek jest jednak delikatny raczej niż brutalny i z zakończeniem zawieszonym nieco w próżni pozostawia widza oczekującego raczej szczęśliwego zakończenia tej historii.

Tempo filmu jest powolne. Zdarza się, że przez całe minuty z ekranu nie pada ani jedno słowo. Wtedy jednak kamera towarzyszy kotu (lub kotom) w jego podróży przez miasto i nie odczuwa się tego milczenia jako problemu. A nawet wręcz przeciwnie, lektor mógłby widza rozpraszać (sprawdzić, czy nie sir David Attenborough).

Co, po prawdzie, dobrze oddają oba ujrzane (post factum) trailery filmu. Ten film cały tak wygląda, tylko miast dwóch trwa osiemdziesiąt minut. Jak ktoś lubi koty, nad wyraz przyjemnych. Jak nie lubi, to ani chybi jest antysemitą i niech cierpi. Lub ekscytuje się ujęciami z drona.

22:09, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 września 2017

Choć XVII wiek to nigdy nie był moją ulubioną epoką historyczną (jakkolwiek dekadę temu mą ulubioną epoką były czasy o kilka dekad wcześniejsze), tak się akurat obecnie złożyło, że stłoczyło mi się kilka pozycji z lub o owej epoce w krótkim okresie czasu. Zaczęło się od "Żywota Łazika z Tormesu" (ISBN: 83-05-11909-2), który choć pochodzi z owego wcześniejszego, swego czasu przeze mnie preferowanego, okresu II połowy XVI wieku (z roku 1554, dokładnie rzecz ujmując), to uzupełniony był długim wstępem o literaturze pikardyjskiej Złotego Wieku Hiszpanii, czyli już XVII-wiecznej. "Żywot Łazika" (który kupiłem na Allegro dekadę temu pod błędnym tytułem "Żywot Kazika z Torresu") uzupełniłem zeszytem "Wiedzy Powszechnej" z 1948 roku (brak ISBN) o teatrze hiszpańskim wieku złotego autorstwa Kazimierza Zawanowskiego, a gdy zmienić chciałem zupełnie klimat i sięgnąłem po książkę o tytule "Lucyfer" (ISBN: 97883-242-0655-1) - okazała się ona sztuką niderlandzkiego literata ze złotej epoki Holandii, która czasowo zbiegła się w czasie ze złotą epoką Hiszpanii (oraz, na przykład, Gdańska), Joosta van den Vondela z 1654 roku. Film o polskim konkwistadorze, żyjącym w latach 1592-1656, idealnie się w ten trend wpasował.

Ale prawdę mówiąc, obejrzałem go raczej ze względu na tytuł, jako że ćwierćwiecze temu byłem członkiem commodorowskiej demogrupy o takiej nazwie, a o Arciszewskim nie wiedziałem nic (i sądziłem, że będzie raczej korsarzem późnosiedemnastowiecznym lub wręcz osiemnastowiecznym.

Dokument jest drastycznie różny od większości filmów dokumentalnych, które w ostatnich latach widziałem. Były to bowiem bardziej współczesne produkcje amerykańskie, produkowane na inny rynek, dla innego widza i przez to z wykorzystaniem innych środków stylistycznych.

Przykładem takiej wyraźnej różnicy jest brak jakiegokolwiek CGI. Brak ten jest rekompensowany współczesnymi ujęciami z miejsc (Warszawa, Amsterdam, Pernambuco) lub uroczystości (latynoamerykańska fiesta), o których w dokumencie mowa oraz scenkami z udziałem aktorów we wnętrzach i strojach z epoki. Brzmi to nieco paździerzowato (i może nawet jest, skoro obejrzenie pięćdziesięciominutowego dokumentu musiałem sobie podzielić na trzy części), ale jest ożywczą zmianą. A ujęcia holenderskich kanałów, brazylijskich rzek i fortów lepiej ukazują prawdę o miejscu akcji niż w pełni komputerowo stworzone prostokąty armii walczące na wyssanym z palca grafika terenie. Nie uświadamiałem sobie, na przykład, że pełna rzek Brazylia jest tak płaska.

Niestety, w Warszawie nie spytano o zdanie prof. Warszawskiego.

typowy mieszkaniec Pernambuco

Są obecne oczywiście, jak to w dokumentach bywa, gadające głowy. Tu też ciekawym pomysłem jest to, że o dziejach Arciszewskiego w danym miejscu opowiada osoba tam mieszkająca. Poza, co mnie zdumiało, szantymenem, który na małym akordeonie akompaniuje sobie do śpiewanej szanty o Arciszewskim. Tego się nie spodziewałem.

A szanty po holendersku, którą można usłyszeć w okolicy ósmej minuty, już zupełnie. Nie sądziłem, że w tym języku w ogóle da się szanty śpiewać.

Mimo nietypowej i nieco niedzisiejszej formy, gdy już przebrnąłem przez dokument, okazało się, że co nieco z wtłoczonej w ten sposób wiedzy z mej głowie pozostało. Zorientowałem się, że Arciszewski bliski był Żoużanom[citation needed], po wygnaniu z kraju z katolikami walcząc przeciw protestantom, a z protestantami - przeciw katolikom. Może to dlatego, że był wychowany w wierze ariańskiej, zakazującej wszelkiej wali zbrojnej, a może - na co wskazywałby przykład Joosta van den Vondela - kwestie wiary w siedemnastowiecznej Holandii były nad wyraz skomplikowane.

Dowiedziałem, że że wyspa Nassau, znana mi doskonale z gry "Pirates!" na Commodore C-64, nazwę swą wzięła od europejskiej dynastii, której przedstawicielem był m.in. gubernator holenderskich kolonii w Brazylii, skłócony z Arciszewskim, ale poza tym nad wyraz wychwalany przez historyków i autochtonów.

Zorientowałem się, że Arciszewski poza tym, że wojował, także obserwował ludność tambylczą i słał swe obserwacje do Europy. Ukazały się drukiem w dziele Grarrda Vossa "De theologia gentili et physiologia christiana sive de origine et progressu idolatriae", ale potem ponoć uległy zapomnieniu.

A na koniec się zorientowałem, że jak się zostało w XVII-wiecznej Polsce skazanym na infamię i banicję za morderstwo, to wystarczyło zostać wodzem naczelnym innego państwa w koloniach, by po 23 latach zostać przez kolejnego króla ściągniętym z powrotem i uznanym za godnego dowodzenia artylerią koronną. Nic dziwnego, że Arciszewski - jak śpiewa w jednej ze zwrotek szantymen - "chciał sławy, a złoto miał w dupie, ahoj!". Złotem by się do kraju nie wkupił.

W roli Krzysztofa Arciszewskiego - Donald Tusk z "Ile waży koń trojański?". W roli zamordowanego przez niego prawnika - zmiennik Jacek ze "Zmienników". W rolach gadających głów: czterech profesorów, jeden doktor, jeden archeolog, jeden dyrektor muzeum, jeden "aptekarz i historyk - amator", jeden pułkownik armii brazylijskiej polskiego pochodzenia i jeden szantymen z miniaturową harmonią.

13:22, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 kwietnia 2017

Tak się składa, że mam dzieci. Dzieci mają swe fascynacje i obsesje, a moim akurat przyszło na fascynację Kosmosem, co skrzętnie hoduję. Skutkiem tego, gdy dzieci zażądały filmu o Układzie Słonecznym puściłem im powyższy.

Budowę Układu Słonecznego poznałem w dzieciństwie dość dobrze, bo był to wtedy jedyny znany ludzkości układ planetarny. Gdy przestał i zrozumiałem, że nie jest to uniwersalny wzorzec powstawania układów planetarnych, przestałem się nim interesować. Interesowały mnie ogólne modele, nie chciałem tracić czasu na szczegółową analizę jednostkowego przypadku. Moja wiedza na jego temat jest więc nieco przedwczorajsza (a jej trzon pochodzi z końcówki lat 60-tych, lat 70-tych i 80-tych ubiegłego wieku). Obejrzałem tym chętniej, że akurat przed projekcją Rozczochrana mnie spytała, która planeta powstała pierwsza i nie znałem odpowiedzi, bo w książkach wdanych jeszcze za czasów PRL-u jej nie było.

Przekonany byłem, że proces łączenia planetozymali i protoplanet mniej więcej wszędzie wyglądał podobnie czasowo, a tu dowiedziałem się, że wpierw powstały gazowe giganty, a gdy one się ustabilizowały, ciała niebieskie bliższe Słońcu wciąż jeszcze były na etapie protoplanet. Tak więc nie wszystkie planety powstały równocześnie (o tym, że Ziemia, po której stąpamy, to "Ziemia 2.0", powstała na skutek zderzenia "Ziemi 1.0" z Theją, wiedziałem; mógłbym od biedy "Ziemię 2.0." uznać więc za młodszą od sąsiednich planet, ale tylko wtedy, gdybym miał pewność, że w przypadku innych planet tak nie było; a dziwaczne obroty Wenus i Urana według wyczytanych wtedy hipotez takimi zderzeniami mogły być spowodowane), a moje dzieci wiedzą o tym w wieku, w którym ja jeszcze sądziłem, że Pluton to planeta (albo, co bardziej prawdopodobnie, nie wiedziałem nic o obiektach w zewnętrznej części Układu Słonecznego).

Drugą nieznaną mi wcześniej ciekawostką była informacja, że Uran i Neptun zamieniły się kolejnością na liście planet: na skutek synchronizacji wpływów grawitacyjnych Jowisza i Saturna ich orbity uległy takiej destabilizacji, że Uran wylądował bliżej Słońca.

Ciekawi mnie, czego nowego się dowiem, jak przez ten etap fascynacji otaczającą rzeczywistością przechodzić będą moje wnuki. I czy wreszcie pojawią się programy, w których nie rozpoznam z twarzy żadnego z zaproszonych naukowców (tu po raz kolejny widziałem i natychmiast rozpoznałem Aleksieja Filippenkę i Clifforda V. Johnsona).

19:40, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 marca 2017

Najwyraźniej obejrzenie jednego programu popularnonaukowego wywołało u mnie tęsknotę za podobnymi, bo sięgnąłem po ten program miast po kolejną porcję akcji.

W temacie podróży w czasie uwagę mam taką, że zakładać ona musi albo wiele równoległych Wszechświatów, w których dana decyzja została podjęta inaczej, albo pełen determinizm (powrót z przeszłości do tej samej teraźniejszości, z której się wyruszyło możliwy jest wyłącznie w tym drugim przypadku). Mam drobny problem z uznanie hipotezy pierwszej (nie wykluczam, że jest ona poprawna, wydaje mi się jednak zbyt naciąganym tworem), druga zaś nie wzbudza żadnych moich uwag. Wykluczyć bowiem nie mogę, że jesteśmy w pełni zdeterminowanymi tworami i wszystkie nasze wybory życiowe są znane od chwili naszych urodzin, podczas gdy nasza subiektywna świadomość, twór uboczny procesu wzrastającej złożoności naszych mózgów, jedynie daje nam iluzję wolności wyboru. Niewykluczone, że dzięki niej jesteśmy w stanie funkcjonować - co nie zmienia faktu, że nie można z całą pewnością stwierdzić fałszywości hipotezy pełnego determinizmu - tak jak nie można z całą pewnością stwierdzić fałszywości hipotezy solipsyzmu[citation needed]

Większy problem już w przypadku podróży w czasie mam z koordynatami czasoprzestrzennymi. Wszystkie chyba programy i filmy temu poświęcone zakładają wylądowanie w tym samym miejscu. A przecież każdy z nas pędzi przez kosmos z niewyobrażalnymi prędkościami w skomplikowanym tańcu, na który składają się ruch obrotowy Ziemi, ruch Ziemi wokół Słońca, ruch Słońca wokół centrum Galaktyki i ruch samej Galaktyki w stronę Wielkiego Atraktora. Jestem przekonany, że widokiem, który ujrzymy przenosząc się w czasie choćby o jedną sekundę będzie malejąca, oddalająca się od nas, zawieszonych w próżni, planeta Ziemia. Nie znane mi jest żadne fizyczne prawo czy teoria mogąca stanowić podstawę takiego założenia. Czyżbym nie przeczytał jakiejś pracy, w której mowa, że oba końce trasy przez czas muszą znajdować się w tej samej studni potencjału grawitacyjnego? Czy po prostu "jak już fantazjujemy, to na całego i załóżmy, że lądujemy też na Ziemi"? 

Po tych wstępnych uwagach dotyczących samego tematu, pora na garść uwag o programie.

O, zdaniem narratora z teorii Newtona też wynikał predeterminizm.

No tak. To nie jest program o eksploracji kosmosu, więc nie można dać ujęć na zrujnowany po ataku rakiet V-2 Londyn. To jest program o czasie, naszą wiedzę na temat którego rozszerzył też i Einstein, więc można dać zdjęcia wybuchu bomby atomowej, mieszając (niezbyt poprawnie, jeśli dobrze pamiętam) do jej powstania ww. Einsteina.

Ech, dalej też nad wyraz uproszczona wersja fizyki. Nie jest tak, że "teoria Einsteina mówi, że nie da się podróżować szybciej od światła". Teoria Einsteina mówi, że obiekt mający niezerową masę przyspieszając do prędkości światła zyskuje tej masy nieskończoną ilość, więc nie ma siły, która by była w stanie rozpędzić go bardziej. Nie wyklucza jednak - a przynajmniej nie wykluczała kilkanaście lat temu, gdy zgłębiałem temat - możliwości istnienia cząstek (nazwanych tachionami), które poruszają się szybciej niż światło i nie mogą do tej prędkości nijak zwolnić. Pamiętam też teoretyczne projekty statków kosmicznych zakładających podróż z prędkością ponadświetlną nie łamiąc teorii Einsteina. Zakładały one, że prędkość liczy się względem otaczającej przestrzeni, więc należało tę przestrzec "zagiąć i pociągnąć za sobą". Były te projekty wysoce teoretyczne (co więcej, przypuszczam że ich udane użycie oznaczałoby poważne perturbacje w otaczającym trasę zakątku Wszechświata), ale sam fakt, że były, oznacza, ze zasada ta nie brzmi tak prosto, jak tu przedstawiono.

Pamiętam, jak na moich studiach jeden z wykładowców na pierwszym wykładzie opowiadał, że dobry mówca co jakiś czas musi rozluźnić atmosferę żartem, by umysły słuchaczy miały chwilę przerwy i nie zmęczyły się zbyt szybko. Czy sam tak faktycznie czynił - nie wiem, to był jedyny jego wykład, na którym byłem, ale widzę teraz, że tu rolę comic relief robi gość, co twierdzi, że sam zbudował maszynę do podróży w czasie i udało mu się przenieść w przyszłość o pół roku i wrócić. Sama maszyna okazuje się prostym zlepkiem elektroniki z dumnie brzmiącymi nazwami ("time coil", "time switch", "the Chip"). Próba podróży w czasie w czasie nagrywania oczywiście się nie udaje. A wizja owej przyszłości (czyli roku 2005) jest zaiste uroczo fałszywa (no, chyba że zakładamy istnienie wszechświatów kwantowych; to wtedy kto wie).

Looks legit.

Po chwili wytchnienia pora wreszcie na informacje merytoryczne. Wpierw jest dłuższy - i dla mnie ciekawy, wcześniej nigdzie się na to nie natknąłem - fragment o znalezieniu przez Kurta Gödla, z zamiłowania paranoika, a z zawodu genialnego matematyka, rozwiązania pozwalającego obejść zakazy teorii Einsteina. Rozwiązanie okazuje się być nie do zastosowania w naszym wszechświecie, ale to nie ograbiło Gödla z poczucia sukcesu. Gdyby się chciał bowiem zajmować takimi szczegółami, zostałby fizykiem. Matematycznie rozwiązanie jest poprawne i to mu wystarczało.

Potem o kontynuatorach jego rozważań na temat pętli czasowych, prof. Franka Tiplera (o którym Google pisze, że jest "transhumanistą"; ach, ten gender... ludzi powinna obchodzić jego praca, a nie to, czy jest homo sapiens, heterozygotą, czy transhumanistą). Trzeba przyznać, że jego rozwiązanie jest ciekawe i znacznie bardziej praktyczne - choć bez ujrzenia wyliczeń nie podzielam jego pewności, że "skoro to możliwe, to kiedyś ludzkości się to uda". Być może ograniczeń wytrzymałości materiałów, by zaproponowany przez niego cylinder obracał się wystarczająco szybko i nie rozpadł się, przeskoczyć się nie da i także i to rozwiązanie pozostanie wyłącznie teoretycznym.

Potem nadszedł chyba pora na kolejny comic relief, bo na ekranie pojawił się prof. J. Richrad Gott o twarzy, charyzmie i humorze sprzedawcy używanych samochodów i tak ekscentrycznym stylu ubierania się, że gdy jego krawat rusza się na wietrze, okoliczni ludzie dostają drgawek.

O, jest jasno i wyraźnie powiedziane, że jednym z minusów wehikułów czasu opartych na pętlach czasowych jest to, że nie da się nimi cofnąć do czasów sprzed ich uruchomienia. Tego się obawiam i temu też - jeżeli podróże w czasie są możliwe - nie ma w naszych okolicach czasowych turystów z przyszłości: nikt jeszcze nie odpalił pierwszej z tych maszyn.

Na koniec mowa o komputerach. Zafascynowana usłyszeniem prawa Moore'a narratorka mówi, że "w dalekiej przyszłości supercywilizacja będzie miała komputery, przy których nasze obecne są słabowite (puny)". To nieprawda. Komputery, przy których nasze będą zdawać się niesłychanie słabe, będą w powszechnym użyciu jeszcze w pierwszej połowie bieżącego wieku - o ile prawa Moore'a nie zatrzyma (lub już nie zatrzymały, nie sprawdzałem tego od kilkunastu lat) rozwój technologii lub same prawa natury - tak jak nam mizernymi się zdają komputery sprzed 20-30 lat (choć, jak czytałem, w kraju jest warsztat motoryzacyjny, w którym oprogramowanie do wyważania wałów napędowych chodzi na Commodore 64). A w dalekiej przyszłości supercywilizacja dojdzie do takiego poziomu technologicznego, że naszej obecnej technologii nie uznają jeszcze za komputery, tak jak my za komputery nie uznajemy liczydeł.

Zamiast więc podróży w czasie, ta propozycja sugeruje zagłębić się w precyzyjnie odtworzonej symulacji danego momentu w czasie. To nie jest podróż w czasie. Oczywiście wrażenie dla odbiorcy mogą być praktycznie identyczne (choć też mam swoje uwagi, o których poniżej), ale to tylko symulacja, bardziej zaawansowana Wirtualna Rzeczywistość. 

Co więcej nie wierzę - mimo prawa Moore'a - w coś takiego jak "nieskończenie szybciej i potężne komputery" o "nieskończonej mocy obliczeniowej". Będą komputery przyszłości potężniejsze niż możemy to sobie wyobrazić, ale nie będą nieskończone. Będą miały swe ograniczenia i co więcej - swój pobór energii potrzebnej do działania. Symulacje takie będą więc "lokalne", tyczące tylko najbliższego otoczenia osoby doświadczającej podróży "w czasie". Nie ma więc mowy o ciągłym utrzymywaniu rzeszy ludzi, z których każdy będzie symulacją autentycznego człowieka tak dokładną, że może wręcz mieć świadomość, że nim jest. Nie jestem przekonany, czy kiedykolwiek się komputerowi uda dokładnie odwzorować umysł człowieka (och, nie wątpię, że kiedyś pojawią się "wgrane z mózgu do komputera" świadomości, które będą głosić, że udało się - ale to nie jest zbytnio dowód), ale jeśli się uda, to pewien jestem, że zajmować będzie to tyle mocy obliczeniowej, że się ludzie nie będących w bezpośrednim otoczeniu "podróżnika" będzie wyłączać, każąc im działać w tym czasie według prostszego, mniej pamięcio- i energożernego, algorytmu. Jeżeli więc nie zauważamy czegoś takiego u siebie (medycznie nazywa się to fugami), to nie ma obawy, że jesteśmy tylko komputerową symulacją.

Ja takowych luk nie miewam, ale też - nie wykluczam swego solipsyzmu[citation needed], który idealnie pasowałby do wizji mnie jako "niesymulowanej osoby w symulowanym wszechświecie", w czym upewniają mnie fizycy, mówiąc o "idealnej symulacji" to samo co ja o swym solipsyzmie: z wnętrza nie da się rozpoznać, czy to rzeczywistość, czy tylko jej iluzja. Naukowcy twierdzą, że zgodnie z prawami statystyki dla każdego z nas jest bardziej prawdopodobne, że jesteśmy symulacją niż to, że jesteśmy prawdziwi. Ma rację, co nie zmienia faktu, że niektórzy z nas są autentyczni, nie symulowani. Kto wie, może łatwo takich poznać po solipsyzmie.

Dodatkowym plusem jest muzyka z czołówki "Doctora Who" podłożona pod napisy końcowe. Kilka scen z serialu - starego, program nakręcono w 2003 roku, przed początkiem emisji nowszej wersji - pojawiło się też jako tło w jednej scenie. Niewiele, ale zawsze cieszy oko.

13:09, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 marca 2017

Tematyka wykładu - tym bowiem okazał się ten link, zapisany w katalogu "do obejrzenia w przyszłości" wiele miesięcy temu - nie była mi przed projekcją obca. Książkę o tym samym tytule, której wykładowca był współautorem (ISBN: 83-909570-0-0) dostałem na Gwiazdkę (jestem dość mocno przekonany, że od babci) pod koniec zeszłego tysiąclecia i choć nigdy jej do końca nie przeczytałem, orientowałem się już w chwili otrzymania dość dobrze w zawartości.

Choć teorie jego brzmią niczym kolejna teoria spiskowa ("Archeolodzy ukrywają prawdziwą historię człowieka!"), wykładowca mówi merytorycznie, a za swoimi tezami podaje rzeczowe argumenty w postaci autentycznych odkryć przedmiotów wytworzonych przez istoty rozumne oraz szczątków biologicznie współczesnego człowieka w nienaruszonych (co akcentuje) warstwach geologicznych datowanych na dziesiątki, a nawet setki milionów lat.

Opowiada o tym, że znaleziska te są dyskredytowane ze względu na nieprzystawalność do obowiązującego paradygmatu. Zauważa, że tam, gdzie za jego hipotezą przemawiają badania XIX-wieczne, odmawia im się ważności argumentem "bo w tamtych czasach archeologia była w powijakach, ludzie nic nie wiedzieli o datowaniu warstw geologicznych", podczas gdy popierające obowiązujący paradygmat odkrycia z tamtych czasów uznawane są za bezdyskusyjnie poprawne z punktu widzenia metodologicznego. Wykluczyć oczywiście nie można - o czym autor nie wspomina - że akurat te badania faktycznie były przeprowadzone rzeczowo i dlatego badania XX-wieczne je potwierdziły w całej okazałości, podczas gdy te przytoczone w jego wykładzie były przeprowadzone błędnie i to był powód, dlaczego dawały takie wyniki. Poziom wiedzy XIX-wiecznej nie był uniwersalnie dobry lub uniwersalnie niski - był mocno zróżnicowany. Dopiero XX-wieczna popularność uniwersytetów oraz znacznie zmniejszenie się populacji bajecznie bogatej szlachty, która zajmowała się hobbystycznie archeologią, to zmieniły i poziom wiedzy ludzi zajmujących się wykopkami się wyrównał.

Dodatkowo mówca podczas wykładu obficie cytuje swych krytyków, zaznaczając powtarzającą się pozytywną uwagę o tym, że książka jego zadaje pytanie o miarodajność metodologii pomiarów i otrzymywanych wyników. Nie mnie wdawać się w szczegóły, ale mam podobny problem z astrofizyką. Przy badaniu kosmosu do szacowania odległości używa się świec standardowych: cefeid i supernowych typu Ia. Są to obiekty od nas znacząco odległe, w związku z czym: a/ trzeba było używać innych, nie tak oczywistych (skoro straciły na popularności), metod do wyznaczenia odległości do nich; b/ obserwujemy ich stan sprzed dziesiątek, a nawet setek milionów lat. Świadom ograniczeń czasowych własnej percepcji, nie jestem tak jak ogół kosmologów pewien niezmienności w czasie stałych i praw fizycznych. Wykluczyć nie mogę, że to, co lokalnie uznajemy za wartość stałą (np. prędkość światła) zmienia się w miarę rozrostu Wszechświata. Te niezauważalne z naszej perspektywy czasowej zmiany, powodować mogą zmianę w czasie jasności "świec standardowych", a przez to zafałszowanie wszystkich opartych na nich wyników badań. Której to hipotezy wykluczyć nie można, zważywszy na problem z wynikami badań kosmologicznych (by wszystko się zgaszało, należało zaledwie ad hoc zapełnić 96% Wszechświata wyłącznie teoretycznymi obiektami o niewyjaśnionej naturze).

Niewykluczone, że podobne błędy tkwią w archeologii. Metody badań mogą być źle skalibrowane - choć tu akurat pomyłka stukrotna (o której akurat wykładowca opowiada; o ile narzędzia datowane na milion lat temu da się wytłumaczyć jeszcze przesuwając ewolucyjnie obowiązującą teorię nieco wstecz, o tyle odkrycia szczątków anatomicznie współczesnych homo sapiens sprzed 20 milionów lat - czyli akurat sto razy dawniej niż współczesna teoria określa początek naszego gatunku - tak wytłumaczyć się już nie da) wydaje mi się mało prawdopodobna. Ale w astronomii też mi się na przełomie lat 80-tych i 90-tych, przed czarną materią i energią, wydawała. 

Dodać do tego trzeba mizerność materiałów kopalnych - zachowują się pojedyncze jedynie szczątki, reszta ulega recyclingowi w wielkim kole życia. Anegdotycznie - choć o czasach wcześniejszych - wspomnieć mogę wyczytaną gdzieś anegdotę, że jeden z popularnych gatunków dinozaurów uznaje się za wymarły podczas Wielkiego Wymierania sprzed 65 milionów lat, bo najświeższe znalezione jego szczątki są datowane na 71 milionów lat. Podobny problem, z tego co czytałem, tyczył początków ludzkości. Jeżeli więc istnieją gdzieś jeszcze dawniejsze szczątki hominidów, jest wcale niewykluczone, że jeszcze na nie nie trafiliśmy - a jeżeli istniały wcześniej hominidy, jest wcale niewykluczone, że nigdy nie trafimy na ich pozostałości, jeśli nie padły na podatny grunt w chwili śmierci właściciela (co oznacza, jeżeli dobrze pamiętam, przede wszystkim bagna).

Ja jednak zaproponować chciałbym inne wyjaśnienie zachowanych szczątków, nie psującej obowiązującej teorii. Otóż szczątki anatomicznie współczesnego człowieka oraz pozostawione przez niego ślady da się wytłumaczyć tym, że człowiek dokonał w końcu podróży w czasie. Niekoniecznie udanej - szczątki oznaczałyby, że do powrotu do przyszłości nie doszło. Proste narzędzia wykonane oznaczać mogły, że brakło podstawowego sprzętu, co oznaczać może, że są to nieudane pierwsze próby temporalnych wojaży ("Cofnę się tylko trzy dni... Zaraz, co tu robi ten dinozaur?"). Jeżeli na wyprawę udała się większa grupa ludzi, niewykluczone, że doszło tam do narodzin chronologicznie pierwszego człowieka na Ziemi. Mogłoby powstać nawet całe pokolenie, gromada, która potem, zgodnie z nieubłaganymi procesami ewolucji (por. Kurt Vonnegut, "Galapagos", ISBN: 83-07-02276-2), zdegenerowałaby się bez współczesnej wiedzy i najprawdopodobniej wymarła. Jako zbyt genetycznie oddalona (przynajmniej według mojej wiedzy) od ówczesnych gatunków nie zostawiłaby w puli genetycznej swych alleli. Gdyby jednak jeden z nich - lub potomek gromady podróżników - trafił akurat kilkaset tysięcy lat temu do wschodniej Afryki i tam postanowił spółkować z hominidem wystarczająco pokrewnym genetycznie, w ten sposób spełniając rolę ewolucyjnego Adama, wątpiący w skutek losowych mutacji ludzie mieliby wreszcie odpowiedź na to, skąd wziął się człowiek: stworzył się sam. To dopiero byłoby ostatecznie zrzucenie boga z piedestału i sukces antropocentryzmu. Podejrzewam, że w takim przypadku Dawkins z radości aż wszedłby z powrotem na drzewo.

13:15, nieuczesany23
Link Komentarze (3) »
niedziela, 29 stycznia 2017

"Tajemnicze archiwa ZSRR UFO Odc.1"

Zerknąłem, bo właśnie czytam książkę parapsychologiczną (ISBN: 83-86385-49-9) i chciałem bardziej się wczuć w klimat.

Bogini, co za bzdury! Omawiane sprawy są trzy: tajemnicza śmierć radzieckiej wycieczki w górach Uralu, "mongolski robak śmierci" i rumuński seryjny zabójca. Wszystko, co da się wytłumaczyć prosto, autorzy postanawiają uznać za tajemnicze i niesamowite.

Na Uralu ginie hobbystyczna wycieczka studencko-pracownicza. Akta założenia tej sprawy są datowane na kilka dni zanim ktokolwiek mógł wiedzieć o ich zaginięciu, okoliczni piloci wojskowi przyznają się, że nad tym terenem zrzucano nowe rodzaje bomb do testów, a fala uderzeniowa powoduje uszkodzenia narządów wewnętrznych podobne do zaobserwowanych u denatów - ale być może, docieka narrator, te światła, które dostrzeli nad górą odlegli obserwatorzy, to było UFO, które porwało wędrowców i części z nich popsuło anatomię, bo "czuć, że za sprawą tkwi jakaś tajemnica". Oczywiście - wojskowa. Jakoś nie poczułem się przekonany o niesamowitości wypadku - choć zrobiło na mnie wrażenie, jak dobrze rolę "adwokata diabła" wykonał narrator - udało mu się mnie przekonać dość stanowczo, że to był zwykły wojskowy wypadek.

"Mongolski robak śmierci" to tamtejsza legenda o zwierzęciu, które porusza się pod ziemią, razi prądem i pluje kwasem, zabijając czasem wędrowców na pustyni Gobi. Jednego archeologa tam trafił szlag, a jego towarzysze stwierdzili, że widzą obok niego ruch pod powierzchnią pustyni. Przybywa więc ekipa badawcza, która wpierw od autochtonów dowiaduje się, że ten robak to demon, a nie jest w stanie znaleźć potwora, ale jej szefowi śni się on (serio!), a po obudzeniu okazuje się mieć on rany na plecach. Choć w opisywanym śnie robak skoczył mu "na plecy", a rana jest wyraźnie raczej z boku i sam narrator mówi, że "mogła powstać od spania na kamieniach", to jednak jest to wspomniane jako możliwy dowód na istnienie potwora. Serio serio. 

Seryjny morderca w Rumunii A.D. 1970 był tak brutalny, że podejrzewano go o bycie opętanym przez demona - strzygę. Podczas egzekucji krzyczał, że to wszystko wina jego ojca, a gdy ciało owego ojca po śmierci zbadano, okazało się, że odciski jego palców pasują do odcisków nigdy nie złapanego seryjnego zabójcy A.D. 1944, który ciąg zabójstw przerwał przed wykryciem w okresie, gdy urodził się jego syn, seryjny zabójca A.D. 1970. I stąd narrator wysnuwa wniosek, że to na pewno opętanie strzygi, które może być przenoszone z ojca na syna wewnątrz rodu. I tu się zacząłem zastanawiać.

Jeżeli "przejście" następuje w chwili narodzin - to jak? I dlaczego w noworodka, a nie na przykład w dorodnego nastoletniego potomka, by nie tracić czasu na dziecięce zabawy, lecz móc nieprzerwanie czynić zło? A jeżeli ma to podłoże genetyczne i przekazywanie następuje w chwili płodzenia potomka, to zważywszy, że po przeniesieniu dusza ojca jest już uwolniona od strzygi być może należy inaczej patrzeć na masowe aborcje za czasów Ceaușescu. Może to nie był objaw komunistycznych aberracji, lecz masowy program mający na celu eliminację strzyg w społeczeństwie? Może właśnie dzięki niemu braknie ich teraz we współczesnym rumuńskich społeczeństwie, które jest przez to tak nietypowe, że w odróżnieniu od swych sąsiadów ostatnie wybory wygrała tam postkomunistyczna lewica.

Bo to, że zaniechanie serii zabójstw mogło być po prostu związane z pojawieniem się dziecka (naprawdę, trudno jest przy małym dziecku nadal uprawiać tak absorbujące hobby, jakim jest seryjne zabijanie), a syn wychowywany przez ojca psychopatę był genetycznie i psychicznie predysponowany do powtórzenia jego drogi, nie było przedmiotem mego zastanowienia. To było zbyt oczywiste.

Gdy przeczytałem polski tytuł i zobaczyłem w rogu logo "National Geographic Channel" załamałem się poziomem dzisiejszej telewizji popularnonaukowej. Po obejrzeniu się uspokoiłem - nadal robi się w odcinku cuda-niewidy ze zdarzeń, których główną atrakcyjnością jest to, że zdarzyły się za czasów i pod panowaniem ZSRR, ale tłumaczy się je tak, by skłonić widza (ze mną się udało) do przyjęcia racjonalnego ich wyjaśnienia.

Wciąż jednak jestem zdumiony, że program, w którym "radzieckie" równa się "tajemnicze", powstać mógł tak niedawno, czyli w 2014 roku. Pamiętam tego typu programu z pierwszej połowy lat 90-tych, gdzie różne telewizje puszczały takie programy z lat 70/80-tych i pamiętam z nich amerykańską naiwną wiarę w to, że nad czymś niesamowitym pracują właśnie radzieccy naukowcy, bo pamiętałem tutejszą naiwną wiarę w latach 80-tych, że nad czymś niesamowitym pracują właśnie amerykańscy naukowcy. Wyglądało na to, że wszystko to, czego nie dało się naukowo udowodnić lub technologicznie stworzyć, przypisano naukowcom tej drugiej stronie konfliktu zwanego Zimną Wojną z dopiskiem "pracują nad tym, ale nie wiemy, jak bardzo są zaawansowani". Ale w 2014 wciąż się podniecać, że coś jest tajemnicze, bo było w archiwach ZSRR? Trąci myszką. Porwaną przez UFO, porażoną prądem przez mongolskiego robaka śmierci i dobitej przez opętanego strzygą mordercą.

10:54, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 czerwca 2016

Od dawna uważam, że możliwe jest, że przenikające nas cały praktycznie czas sieci elektromagnetyczne służące do przesyłu danych mogą mieć wpływ na nasze zdrowie. Choćby dlatego, że nie jest to naturalne środowisko dla naszego gatunku (sprawdzić, czy nie kreacjonista; faktycznie, w Raju zapewne zawsze był zajebisty zasięg). Dlatego się ucieszyłem znajdując w sieci program temu poświęcony.

Niepotrzebnie się ucieszyłem. Mimo mojej sympatii dla sprawy (i przekonaniu o jej słuszności), argumenty wysuwane przez panią doktor są nad wyraz kiepskiej jakości. A styl kręcenia i dobierania cytatów godny jest współczesnych polskich mediów propagandowych - cytaty tnie się i dawkuje widzowi, wybierając z nich jedynie pasujące do tezy fragmenty.

Appendix 2

Taki przykład. Pani doktor peroruje, a jako podkład graficzny ląduje powyższa plansza, z wspomnianym przez panią doktor "Appendix 2". Pani doktor mówi tak: "(...) The actual findings in technical Appendix 2 showed that there was a significintly increased risk of brain cancer in the heavy users". Tło zdaje się pasować idealnie: jest Appendix 2 i jest wyróżniony cytat, a w nim jeszcze zaakcentowania fraza, pasująca do słów pani doktor. Ale przyjrzenie się dokładniej ujawnia, że wyróżniony cytat nie pojawia się na stronie, a sam Appendix 2 zaczyna się od słów "We observe an overall decrease in risk of glioma and meningioma with any regular use of a mobile phone" (zaakcentowanie własne). Albo to paskudna literówka, albo pani doktor paskudnie kłamie.

Dialogi też są "subtelnie" kierowane: gdy fizyk mówi, że "badania nie wykazały szkodliwości telefonów komórkowych, jakkolwiek niektóre badania wykazały słaby związek między intensywnym używaniem telefonów a rakiem mózgu", dziennikarka nakierowuje: "Czyli badania nie mówią, że telefony są z całą pewnością bezpieczne?". Piękne, jakbym oglądał polski program polityczny opcji dowolnej.

Albo się zbyt sceptyczny na starość zrobiłem. Może jako 17-latek chwytałbym to wszystko i przyswajał bez cienia wątpliwości.

Nie przekonuje mnie też straszenie, że telefon jest "zagrożeniem rakotówczym klasy 2B", skoro do tej samej kategorii należą ogórki kiszone.

tabela klasyfikacji zagrożeń rakotwórczych

A propos tej klasy - narratorka na podstawie pojawiających się, ale rzadkich badań wskazujących korelację między częstym używaniem komórki a występowaniem raka, sugeruje przeniesienie telefonów z klasy 2B ("Możliwy czynnik rakotwórczy") do klasy 2A ("Prawdopodobny czynnik rakotwórczy"), ilustrując te słowa infografiką. Na infografice wyraźnie widnieje rozróżnienie między klasami. Przy 2B widnieje "Limited evidence in humans. Insufficent evidence in animals", przy 2A - "Limited evidence in humans. Sufficent evidence in animals". Pani narrator żąda zmiany klasy nie wspominając ni słowem o żadnych badaniach nad zwierzętami.

Co więcej, większość ich dowodów jest na - wydaje mi się zagrożenie klasy 1, czyli "Pewny czynnik rakotwórczy" - intensywne rozmawianie przez komórkę. Rozmawianie codziennie ponad pół godziny zwiększa szanse na raka mózgu (dokładnie glejaka) około 4-8-krotnie. Nie dziwi mnie to - ale to za mało, by obwiniać za to sieci bezprzewodowe - równie dobrze może być za to odpowiedzialne nagrzewanie ucha (i okolic) przez używany telefon w czasie długich rozmów. 

Warto też w kontekście tych badań wspomnieć o skokowym rozwoju technologii komunikacji bezprzewodowej. Badania wykazują, że przy intensywnym używaniu telefonów komórkowych po 10 latach jest kilkukrotnie większa szansa zachorowania na raka. A to oznacza, że intensywne używanie telefonów komórkowych sprzed 10 lat (dokładnie z lat 2000-2004) powoduje raka. Ale nikt już nie używa telefonów sprzed 10 lat. A co więcej, młodzież już nie dzwoni, tylko pisze. Wygląda na to, że gatunek się przystosował do zagrożenia.

Później zaprezentowane argumenty za owymi badaniami były już lepszej jakości i w pełni mnie utwierdziły w ich prawdziwości. Ale skoro pani doktor straszy nie tyle używaniem telefonów przy uchu, a samym ich noszeniem przy ciele, powinien się pojawić wzrost zachorowań na raka miejsc, przy których trzyma się telefon - na przykład biodra. Ale nic o tym nikt w programie nie mówi. Tak jak o nie padają żadne argumenty, wyniki badań, czy choćby teoretyczne modele, jak ludzkie zdrowie miałoby psuć zanurzenie w sieciach wi-fi.

Za to argumenty za jedyną tezą w programie, którą autorzy udowodnili, są wałkowane wciąż i wciąż. Pani doktor od raka mózgu pokazuje symulacje (bo to raczej nie są wyniki pomiarów, skoro nałożone są na nad wyraz stockowe zdjęcia) nagrzania temperatury głowy podczas rozmowy przez telefon. I OK, może przekonać, ale nie jest to argument, gdy sekundę temu mówiła, że "dzieci żyją w gąszczu sieci wi-fi, a ich czaszki mają mniejsza grubość, więc absorbują więcej energii fal elektromagnetycznych, tak jak absorbuje je danie w mikrofalówce".

stockowe zdjęcia mężczyzny z telefonem przy uchu i dziecka z telefonem przy uchu

umiarkowanie ładna symulacja nałożona na stockowe zdjęcie

mniej ładna symulacja nałożona na stockowe zdjęcie

A chwilę potem piękny dialog. Narratorka pyta o te symulacje panią doktor: "Do we know that this translates info health effects to the child?", a ta odpowiada "No. We don't". Dziennikarka dopytuje "So should we be concerned?", na co doktorka ripostuje zawsze skutecznym "You want to experiment on your children? Go ahead". Piękny bon-mot, ale za stosowanie go w dyskusji (no, starającej się za taką uchodzić) merytorycznej odebrał był pani doktor prawo do podpisywania się tytułem naukowym.

Jeżeli po obejrzeniu pozostałem nadal przy hipotezie, że przenikające nas sieci elektromagnetycznie mogę powodować choroby, to pomimo, a nie dzięki programowi. Przez chwilę nie mogłem uwierzyć, by tak kiepsko nakręcona propagandówka mogła przekonać kogoś wciąż w kwestii niezdecydowanego, ale potem przypomniałem sobie, że nie jestem miarodajnym miernikiem społeczności ludzkiej i pewnie znajdą się w niej tabuny podatnych na akcentowane sugestie debilów, którzy nie zauważają, że wszystkie rzeczowe argumenty w programie dowodziły jednej tezy i to wcale nie tytułowej.

12:02, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 października 2015

Krótki filmik popularyzujący naukowe uwagi na temat tego, jakby nam się żyło na Ziemi, gdyby nie doszło do kolizji Ziemi 1 z protoplanetą i nigdy nie powstałyby Ziemia 2, na której obecnie przebywamy (sprawdzić, czy nie astronauta) i Księżyc. I niby wszystko jest w nim OK, ale te zebrane od naukowców uwagi odnośnie detali nie tworzą spójnej wizji. Bo najwyraźniej łatwiej jest zebrać garść wiedzy i dosypać drugą garść przypuszczeń na dany specyficzny temat ("Z powodu wiatru nie powstałyby wysokie drzewa o płytkich korzeniach, takie jak palmy", "Z powodu braku drzew nasi przodkowie nie mogliby skakać po gałęziach"), niż zebrać to w jedną spójną wizję połączonego ekosystemu.

To tak, jakbym ja do listy dodał, że w warunkach zmiennego środowiska (bo Księżyc nie stabilizuje osi obrotu Ziemi) zapewne wyższe zwierzęta (w znaczeniu ewolucyjnym; zgadzam się z naukowcami przedstawionymi w programie, że w warunkach ciągłych wichur zwierzęta wyższe w znaczeniu potocznym by raczej nie wyewoluowały) byłyby torbaczami, a nie łożyskowcami. Argumentem za tym jest popularność tego taksonu w Australii. Czytałem kilkanaście lat temu wywiad z badaczem Australii, który twierdził, że znalazł dowód na to, że łożyskowce dotarły do Australii miliony (lub przynajmniej dziesiątki tysięcy) lat temu, tylko nie przetrwały w warunkach, gdzie nagłe zmiany pogody nie pozwalają urodzić i odchować młodych, co skutkuje często śmiercią i matki i potomstwa. Torbacze w takich sytuacjach wyrzucają młode z torby i przynajmniej matka przeżywa, mogąc potem ponownie starać się o potomstwo.

A dodając taki detal ani słowem nie zająknąłbym się o tym, że bez owej protoplanety Ziemia miałaby o wiele mniejsze żelazne jądro i prawdopodobnie podobnie jak na Marsie dużo szybciej niż nasze by ono zastygło. Tym samym zabrakłoby nam magnetosfery i życie nie wyszłoby na ląd. O ile w ogóle by przetrwało wybijanie atmosfery przez wysokoenergetyczne cząstki pochodzące ze Słońca. Tym samym dalsze rozważania o rozwoju życia stają się jakby nieco bezzasadne.

I tu się też o tym nie zająknęli. Ale wspomnieli, że palm ni dżungli by nie było. Trudno mi się z tym nie zgodzić, ale niedosyt pozostaje.

19:36, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 sierpnia 2015

Czasem, gdy jestem zbyt zmęczony, by skupiać się na zawiłościach fabuły lub nadążać za akcją filmów, oglądam sobie dla bezmyślnego relaksu programy przyrodnicze, zwłaszcza produkcji BBC. Zawierają piękne, cieszące oko obrazy i sceny, niespieszną narrację pozbawioną najczęściej fragmentów, do których mógłbym się przyczepić i kojący głos Davida Attenborough. Taka też jest seria "The Blue Planet".

kadr z odcinka

Pierwszy odcinek oglądało mi się miło, ale drugi mnie zauroczył. "The Deep", jak nazwa wskazuje, opowiada o niezmierzonych (no, zmierzonych w mniej niż 1%, jak mówi narrator) głębiach oceanów. Pięknymi widokami w tym odcinku są liczne gatunki zwierząt głębinowych i o ile w odcinku pierwszym, ukazującym ryby, walenie czy morskie ptaki, nie było nic nadzwyczajnego, o tyle tu wpatrywałem się w ekran niczym we współczesną sztukę, tak bardzo oddalone były te widoki od codziennie postrzeganej fauny. Niektóre ryby jeszcze nieco przypominały to, co znamy z płytszych wód, ale bezkręgowce były niesamowitą feerią barw i kształtów, które ujrzane w innym kontekście uznałbym za wyczyn ekipy od efektów specjalnych.

kadr z odcinka

Myślę, że nawet samo wpatrywanie się w nie, bez komentującego i pouczającego głosu sir Davida, poszerza horyzonty widza. Uświadamia nam (co narrator kilkukrotnie podkreśla), jak mało o obszarze pokrywającym 60% naszej planety wiemy i jak bardzo żyjąca tam fauna jest od nam towarzyszącej odmienna.

kadr z odcinka

Gdy mowa o mieszkańcach kominów termalnych, utrwalam sobie tą wiedzę, znaną mi od dekady lub dwu i potakuję ponownie słysząc całkiem reasonable hipotezę o genezie życia na Ziemi w owych kominach wulkanicznych. Za to odkrycie z lat 90-tych ekosystemu w Zatoce Meksykańskiej zbudowanego wokół bakterii przetwarzających wydobywający się tam z dna metan było dla mnie nowością. I kolejnym dowodem na to, że życie na planecie nie wymaga dużej ilości promieni słonecznych (choć niewątpliwie bywają one przydatne).

kadr z odcinka

A do tych - nieziemskich, chciałem rzec, ale one są ziemskie bardziej niż my (przypominam, 60% planety) - widoków dołożony jest brytyjski do cna głos Davida Attenborough, wyjaśniający co widzimy, czemu to widzimy i nierzadko dodający, że tych widoków nikt wcześniej nie oglądał. Chciałbym rzec, że jest bardzo pouczające, ale słuchając nienagannej angielszczyzny nazwy większości gatunków były i pozostały mi obce. Choć więc wiem, czemu te gatunki widziałem, wciąż niezbyt wiem, co właściwie widziałem, bo nie chciało mi się przerywać hipnotyzującego seansu, by sprawdzić nazwę gatunku w słowniku. Wyjątek zrobiłem jeden i teraz już wiem, że sea cucumber to strzykwa i nie wszystkie strzykwy są na stałe przyklejone do dna oceanu.

kadr z odcinka

Moją garść uwag okrasiłem kadrami z odcinka, dużo lepiej niż me słowa ukazującymi, co mnie zafascynowało. Teraz jednak należy się ostrzeżenie, że kolejne zdjęcie może okazać się niestosowne dla młodszych lub bardziej konserwatywnych czytelników - zawiera bowiem ono akt seksualny. W wykonaniu jeżowców (płci nieznanej):

seks jeżowców

Ostatnie zdjęcie jest już bezpieczne (SFW), mimo dużej ilości różowego, odsłoniętego ciała:

kadr z odcinka

17:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 lipca 2015

Natrafiłem na ten odcinek lata temu, w ramach szeroko zakrojonych poszukań na temat starożytnego Rzymu (inny odcinek serii opowiada o legionistach), który to wątek zgłębiałem, bo akurat Doktor tam bawił. Gdy więc znalazłem przypadkiem w ramach porządków tę zarchiwizowaną kopię akurat w momencie, gdy od półtora roku oglądam epizod, w którym Doktor bawi w epoce krucjat, nie wahałem się ani chwili, by go obejrzeć.

Przedstawienie tematu Norman ogranicza się do przybliżenia bitwy pod Hastings: są wzmianki o przygotowaniach, są cytowane źródła, jest popularna tkanina i jest rekonstrukcja samej bitwy. Na upartego mógłbym się jej nieco przyczepić, ale poza tym, że jest oryginału miniaturką, a reżyser strasznie szafuje efektem slow motion, to wygląda poprawnie.

Jest trochę wprowadzenia w sytuację historyczną przed bitwą, ale tylko dwa zdania jest o tym, co było po niej. "Wilhelm wygrał w tym dniu bitwę o Anglię i zyskał swój przydomek 'Zdobywca'. W dniu Bożego Narodzenia A.D. 1066 został koronowany na króla Anglii". Ni słowo nie pada na temat tego, co stało się po Hasting z królem Norwegii, który też najechał właśnie Anglię, by zdobyć jej koronę. Uciekł? Odbyła się kolejne epicka bitwa? Tego się tu nie dowiemy.

Poza obowiązkową tkaniną z Bayeux, pojawiają się tu zdawkowo i inne zabytki. Jeden mnie zastanowił: konny posąg diuka Wilhelma. Nie wiem, jak jest datowany (obawiam się, że na XIX wiek i tym samym nie stanowi źródła historycznego), a szkoda, bo ma ciekawostkę: przedstawia Wilhellma wyraźnie noszącego dwie kolczugi: o mniejszych kółkach pod spodem i o większych na wierzchu tułowia:

widać wyraźnie

Jeżeli waga nie przeszkadzałaby,

(a czy musiała? podawana przez narratora waga 30 funtów (13,6kg), która dwie dekady temu, gdy wyprodukowano program, była przyjmowana za akuratną, wydaje się być zawyżona względem dzisiejszych standardów produkcji kolczug; skoro współczesny szkolony dopiero od pełnoletności żołnierz chodzący na piechotę daje radę działać z obciążeniem ok. 30 kilo, to ówczesny, szkolony od maleńkości, jeżdżący konno rycerz byłby w stanie tyle na sobie dźwigać bez większego problemu)

to wydaje mi się to rozwiązanie sensowne: pełna kolczuga na całe ciało i dodatkowa osłona na korpus i może nogi, gdzie najczęściej padać będą ciosy, a między nimi pikowana przeszywanica tłumiąca siłę ciosów. Nie dla każdego, bo drogie zapewne, ale nadal sensowne.

A poza bitwą i taktyką walki (ograniczoną do tego jednego przykładu i jednego zdania, że czasem taktyka była inna, gdy inaczej walczył przeciwnik), niewiele się o Normanach dowiedziałem. Kilka zdań o obfitości ich ziem, skutkujących ich potęgą, dwa o szkoleniu rycerzy i jedno o tym, że byli potomkami Wikingów. Ale wykluczyć nie mogę, że w głowie przeciętnego widza, który przez pół godziny ogląda popisy brytyjskich grup rekonstrukcyjnych sprzed dwudziestu lat i słucha tych podstawowych informacji, wiedza o Normanach (obu, Daviesie i Mailerze) w tym czasie wzrasta znacząco.

16:28, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA