Wpisy z tagiem: Doctor Who

środa, 05 czerwca 2013

Zacząłem oglądać ten epizod półtora roku temu i w połowie (po dwu z czterech odcinków) stwierdziłem, że skoro Doktor dotarł do antycznego Rzymu, to może warto by trochę ten temat zgłębić. Więc trochę go zgłębiłem przez te półtora roku i jako grand finale mego wątku rzymskiego - wracam do epizodu.

O rany, alem się stęsknił za Doktorem. Znaczy, za Pierwszym Doktorem. To wreszcie jest ktoś, kto wygląda jakby panował nad sytuacją, a nie tylko dawał się porwać biegowi zdarzeń. I nie nadużywa śrubokręta.

Doktor zasiedział się w Imperium Rzymskim. Lub też raczej utknął, dotrzymując złożonej reszcie załogi obietnicy, której nikt poza nim nie pamięta - że wreszcie odpoczną.

A zasiedział się tam miesiąc. Ja zasiedziałem się zdeczko dłużej.

Doktor jest cudownym ludzi manipulatorem. Aż miło patrzeć jak rozgrywa ich w rozmowach.

Niepoprawnie pokazali w scenie zamordowania barda ruch miecza. Gladiusy służyły raczej do pchania niż cięcia.

Oczami wyobraźni widzę przebitki między scenami z czesaniem Chestertona (odcinek "The Slave Traders") na modłę rzymską z ujęciami przedstawiającego Rory the Centurion.


Chesterton używa wielu walijskich wtrętów.

Po ujrzeniu dużej ilości dowodów na to, że legionista nosił miecz na prawym boku, a centurion na lewym, widzę jak tutejszy rzymski legionista wsuwa go za pas z przodu.

Ale trochę bardziej jednak z prawej.

Na statku u wioślarzy jest bęben, a nie piszczałki.

Według Moseha de la Cruz (ISBN: 83-7480-025-9) wioślarze na tej krypie są mocno nieoptymalnie posadzeni.

Przez chwilę wydawało mi się, że jednym ze statystów jest Owen Harper z "Torchwood". On jest ostatnio we wszystkich filmach.

Jeśli Barbara została niewolnikiem (niewolnicą), to powinna być oznakowana tatuażem. Ciekawe, ale o tym ni słowem nie wspominają.

Chestertona zresztą też to dotyczy.

Po raz pierwszy widzę czterdziestoletniego z wyglądu Nerona.

Rzymski skryba z piórem to też nieczęsty widok.

W obecności Nerona Doktor zagrał na lirze "4'33"" John'a Cage'a. Gdyby Neron mu odpowiedział, mógłby to być pojedynek na miarę tego z filmu "1900". A to wszystko w intrydze godnej bajki "Nowe szaty Cezara".

Cesarski handlarz niewolników, który kupił Barbarę, postać o zdumiewającej mimice, okazuje się  być chrześcijaninem. Nawet przez cały czas nosi pod tuniką drewniany krzyżyk na łańcuszku.

Wiele o Doktorze świadczy fakt, że chichocze pod nosem, gdy dowiaduje się podczas oglądania pożaru Rzymu, że to on niechcący podsunął Neronowi ten pomysł. Z drugiej strony, to był pewnie fixed point in history i nic się i tak nie dałoby zrobić, czemuż więc nie zadowolić się takim pięknym pożarem?

Pod sam koniec Chesterton molestuje Barbarę. Ech, te szalone lata 60-te...

Całość strojów i scenografii jest dokładnie na poziomie niskobudżetowej produkcji z lat 60-tych. A podczas sceny tonięcia statku widać, jak odjeżdżająca kamera niszczy tej scenografii część.

A na zakończenie Doktor z kompanią wsiadają do TARDIS (od której Doktor nie zawahał się znacznie oddalić, gdy ruszył do Rzymu) i odlatują w stronę innych przygód i innych historii. Co i ja czynię.


Jednak nim wraz z Doktorem opuszczę antyczny Rzym, na pamiątkę chciałbym zachować kilka ujrzanych tam twarzy, nawiązując przy tym do ostatnio popularnego centuriona z jego otoczenia:

Choć, prawdę mówiąc, bardziej poprawnie byłoby podpisać te zdjęcia następująco:


09:41, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 czerwca 2013

O, Brutus jest tu złym sowieckim oficerem. Ciekawe emploi. Czy tez przez te usta pijawki? (Ciekawe jest też, że tak jak my odróżniamy "radziecki" od "rosyjski", anglojęzyczna popkultura stosuje rozróżnienie "Soviet" i "Russian".)

A kapitanem ten łodzi jest sam Davos Seaworth, Cebulowy Rycerz. Też ciekawe, co on takiego ma w twarzy, że jego emploi to kapitan okrętu.

O, jak prosto się cyfrowa zbroja Marsjanina podłącza do analogowych sowieckich suwaków i kontrolek. I nawet nie trzeba żadnej przejściówki.

Miałem kiedyś okres fascynacji okrętami podwodnymi i jakiegokolwiek z tak obszernymi korytarzami nie widziałem. Słyszałem o radzieckim gigantyzmie, ale temu tu okrętowi bliżej chyba do "Leifa Ericksona" (ISBN: 83-7120-011-0) niż do autentycznych okrętów z epoki.

A w finale wszelkie problemy rozwiązano starą metodą UFO ex machina, a raczej Deux ex UFO. Dokładnie rzecz ujmując, był to Mars ex UFO.

Tagi: Doctor Who
12:26, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 maja 2013

Jest rzeczą dość oczywistą, że wrażenie, jakie widz odnosi po obejrzeniu filmu lub odcinka serialu, zależy zarówno od jakości tego kawałka kinematografii, jak i ogólnego nastroju widza. Jest rzeczą równie oczywistą, że nie tylko zresztą kinematografii to dotyczy. Dlatego dziwi mnie ocenianie dzieł sztuki w jakiejś sztywnej skali (np. od 1 do 5 gwiazdek albo 0,0 do 10,0 punktów), gdy wszystko zależy też od subiektywnego nastroju w chwili poznawania dzieła. Co czasem widać przy próbach uzasadnienia takiej, a nie innej oceny.

No i mam kłopot z nowymi odcinkami Doktora. "Boże, ratuj, jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca?" - pozwolę sobie zacytować Gałkiewicza (ISBN: 83-08-03305-9), bo mnie nie zachwyciły. Poprzednie - nawet zeszłoroczny Christmas Special - zauroczyły mnie bardziej. Ale może dlatego, że sam jestem w nieodpowiedniej kondycji psychicznej, a nie jest to żadna wina tych odcinków? Przeciwko takiej interpretacji zdarzeń przemawia jednak ma reakcja na obejrzany tuż po obejrzeniu powyższych z chęci ujrzenia dyskutujących ze sobą Doktorów (bo co dwóch Doktorów, to nie jeden) odcinek 06x06, "The Almost People" - spodobał mi się na tyle, że od razu obejrzałem dwa kolejne, "Good Man Goes To War" i "Let's Kill Hitler"; co prawda niektóre dłużyzny przewijając, ale nadal - obejrzałem to ciurkiem.

Przy czym ten brak zachwytu jest mierzony miarą Doktora. Co oznacza, że "The Bells of St. John" obejrzałem dwa razy, trzeci raz obejrzę z Nieuczesaną (albo: obejrzę trzeci raz, a potem czwarty z Nieuczesaną), a "The Rings of Akhaten" obejrzałem drugi raz, by przypomnieć sobie detale na potrzeby tej notki i też obejrzę trzeci raz z Nieuczesaną. Bo to jednak jest serial brytyjski, gdzie aktorzy grają, a nie wrzeszczą swe kwestie z mimiką głazu narzutowego. I to mimo wszystko jest Doktor.

Ale do tej pory - znów, może to wina nastroju, może winien jest maj, wiosenna pora, że w sercu twoim ogień płonie - oglądałem je bez zachwytu, nawet nieco "z musu", by się jednak spróbować przekonać. I bez normalnej chęci, by jak najszybciej obejrzeć kolejny odcinek.

Odniosłem wrażenie, że zbyt szybko i zbyt mocno usiłuje się zaintrygować widza Clarą. Która, nie wątpię, jest intrygującą towarzyszką, ale zbytnie skupienie się na jej postaci odsuwa na drugi plan same przygody. Sama Clara też bardziej uroczo wyglądała w sztafażu wiktoriańskim i nawet we wnętrzu Daleka niż jako everywoman z początku XXI wieku.

Doktor ponownie śledzi małą Clarę. Creepy.

Pierwszy odcinek samą główną osią fabuły przypomina przygodę Dziesiątego Doktora i Rose z czasów koronacji królowej Elżbiety II. Jakkolwiek upload Clary do sieci mógłby tłumaczyć jej późniejsze inkarnacje. (Nie pierwszy raz Moffat, zadając zagadkę, podrzuca fałszywe tropy jej rozwiązania).

Spotkałem się z opinią, że drugi z odcinków "jakby pisał [religijny] sceptyk". Odniosłem akurat zupełnie przeciwne wrażenie - wydaje się, jakby napisał go katolik. Akcent i mina Doktora mówiącego "It's what they believe.", fraza "cross my hearts", zachowanie na mszy (bo wszak ów śpiew to msza) - a dużo tego, w zbyt pozytywnym podane sosie, bym uznał to za dzieło sceptyka.

Doktor wspomina, że był tu wcześniej z Susan. Ponieważ dodarłem już do odcinka, gdy zostawia ją w XXII-wiecznym Londynie, a Pierścieni Akhaten nie pamiętam, musiało to mieć miejsce zanim wylądowali w Londynie AD 1963, a układ kamuflujący TARDIS zaciął się na budce policjanta.

Na Anhaten, gdzie walutą są rzeczy mające sentymentalną wartość, byłbym bogaczem. Zwłaszcza, gdyby udało mi się tam zabrać ze sobą całą szafę pamiątkowych rupieci.

Mina Doktora rozważającego oddanie sonic screwdriver za byle środek komunikacja wydaje mi się być naśladownictwem miny Harrisona Forda. Przede wszystkim z "Indiany Jonesa", ale po prawdzie robił ją w każdym filmie w swej złotej dekadzie.

Movie mistake: buty Clary są jasne, gdy goni Królową Lat, ale czarne, gdy ją znajduje.

Pytanie: jeżeli gwiezdny potwór zabiera wspomnienia, a nie tylko je sobie kopiuje, to czy teraz Doktor nie pamięta swych przeżyć z The Last Great Time War, nie pamięta oglądanych promieni kosmicznych błyszczących w ciemnościach blisko wrót Tannhausera? A jeśli kopiuje, a nie zabiera, to czemu zniknął liść Clary?

I czy to waga "najważniejszego liścia w ludzkiej historii" pokonała galaktycznego potwora, czy był on tylko płatkiem miętowym po obfitym obiedzie wspomnień Doktora?

Tagi: Doctor Who
00:10, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 marca 2013

Nie jest to spostrzeżenie nowe (sądząc po memie ze światka Whomans, przypominającym, że dwie miłości swego życia, Rose i River, Doktor widział już w kołysce i puentującym to brakiem zainteresowania bliższą relacją z Amy spowodowanym tym, że gdy ją spotkał jako kilkuletnią dziewczynkę "była już dla niego za stara"), ale żywot Jedenastego Doktora przypomina mi nieco historię wędrownego pedofila. Bez stałego miejsca zamieszkania i bez widocznych źródeł utrzymania włóczy się po placach zabaw i zagaduje ośmiolatki. W Ameryce policja by się zainteresowała, zadała mu parę pytań i zasugerowała się oddalić zanim jeszcze wygodnie rozsiadłby się na huśtawce.

Co nie zmienia faktu, że kilkuletnia towarzyszka Doktora mogłaby być ciekawym pomysłem fabularnym (Nieuczesana nieraz wspominała, że Amelia Pond byłaby dużo lepszym kompanem jako dziewczynka niż jako grown-up). Jednak Clarę Oswin Oswald poznaliśmy jako dorosłą osobę i tak już pozostanie, sądząc po reklamach nowego sezonu. Może następnym razem... Trudno tylko będzie tłumaczyć napotkanym osobom detale relacji między nimi - wszak Doktor, choć starszy, nie wygląda tak dojrzale* jak Pierwszy Doktor, który spokojnie mógł wszystkim wkoło mówić, że Susan to jego wnuczka.

* - to ciekawa sprawa, ale wygląda na to, że z każdą regeneracją Doktor wygląda młodziej. Zastanawia mnie, czy Dwunasty Doktor będzie wyglądał jak siedemnastolatek, Trzynasty - jak trzynastolatek, a Czternasty - jak przedszkolak...

Tagi: Doctor Who
11:17, nieuczesany23
Link Komentarze (2) »
środa, 27 marca 2013

Nad wyraz dobry odcinek. Scenografia przypominała jakością "Rome" (później, oglądając "Doctor Who Confidential" się dowiedziałem, że kręcono to w Rzymie, w największej dostępnej antycznej scenografii, więc być może faktycznie "Rzym", jak i "Pompeii: The Last Day" kręcono w tym samym miejscu), niezła fabuła, dramatyczny wybór moralny i kilka smaczków.

Sam wybuch przedstawiono dość realistycznie - jest wzmianka o powtarzających się wstrząsach i o wielkim trzęsieniu ziemi 17 lat wcześniej - ale znacząco zbyt szybko. Według brytyjskich naukowców, wszystko to trwało dwa dni - tu starano się to wepchnąć w ostatni kwadrans odcinka. W "Confidential" też widać, że graficy tworząc wizualizację wybuchu przyjęli złe dane - według nich dym wzniósł się tylko na 3 mile nad poziom gruntu, w rzeczywistości było to kilka razy więcej.

Rodzina Rzymian nad wyraz brytyjska (znów, "Confidential" tłumaczy dlaczego) - i znów, ani śladu po niewolnikach.

Zgrzyt: imię Spartacus chyba jednak powinno coś mówić Rzymianom półtora wieku po powstaniu. Zwłaszcza, że dotrwało do naszych czasów, w odróżnieniu np. od sprawców powstania niewolników na Sycylii 30 lat wcześniej.

Uznanie TARDIS za dzieła sztuki pojawia się w serialu nie po raz pierwszy.

W scenie prawdomówności wieszczków, po wyjawieniu tożsamości pary gości, Doktor słyszy: "She is returning", a Donna: "There is something on your back". Obie przepowiednie są prawdziwe i sprawdzają się w późniejszym odcinku 04x11 "Turn Left".

By wypatrzeć Amelię Pond trzeba nieźle wytrzeszczać oczy.

Uznanie Doktora i Donny za Lary przez rodzinę Lobusa Cecyliusza bardzo udane jako epilog.

(PS. Wciąż jestem w połowie oglądania przygód Pierwszego Doktora w Rzymie czasów Nerona, więc rzucona tu luźno wypowiedź: "I was here ages ago. Before you ask, that fire had nothing to do with me. Well, a little bit." jest dla mnie sporym spoilerem.)

16:16, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 stycznia 2013

Wow. I'm impressed.

Naprawdę. Jakkolwiek widać kilka luk logicznych i fabularnych:

- jak młody Doktor Simeon przechowywał śnieg, zanim zdobył fortunę godną Darvina Mayflowera? zbudował prototyp jako siedmiolatek? przekonał całą rodzinę, by pozwoliła mu trzymać latem śnieg w... zaraz, wtedy nawet lodówek nie było.

- TARDIS jest dużo mniej poobijana w scenie, gdy Clara widzi ją po raz pierwszy, niż gdy widzi ją po raz drugi. To by znaczyło, że Doktor między ich spotkaniami długo włóczył się sam - co nie pasuje do jego stanu apatii.

i trochę zbyt obvious nawiązań do innych współczesnych seriali: "The Winter is Coming" ("Gra o Tron"), "full body scan" ("House M.D.") i fakt, że na koniec Trzecia Clara Oswin Oswald okazuje się być koleżanką sierżant Sally Donovan, podwładnej Lestrade'a ("Sherlock") *

* - nie, nie uważam przebrania się Doktora za Sherlock'a Holmes'a za namolne nawiązanie do faktu, że mają tego samego reżysera. Stary, Merry Doctor, zrobiłby tak nawet bez tej zbieżności.

to byłem pod wrażeniem. Fabuła niezgorsza, a gra aktorska - wyborna. Clara, poza urodą, potrafi używać mimiki. Jako kompanion jest wreszcie kimś na intelektualnym poziomie Doktora. I z ciekawą historią postaci.

Po Doktorze widać upływ czasu i smutek w oczach. Być może dłuższa przerwa pozwoliła mu lepiej zagrać scenę z muszką, gdy przypomina sobie, "jak to drzewiej bywało".

A na koniec, w finale - intrygująca zagadka na kolejne odcinki. Jakkolwiek Oswin może się okazać po prostu daleką kuzynką Rory'ego, o tyle liczę na więcej. I doczekać się tego rozwikływania wątku nie mogę. Jedynie obawiam się, że jej wieloistnieniowość będzie dla Moffata dobrym wyjściem do teh dramy przy jej kolejnych śmierciach.

Tagi: Doctor Who
09:36, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 listopada 2012

Opis pod filmem całkowicie prawdziwy. I niczego więcej spodziewać się nie należy. Dobór gadających głów średnio ciekawy, zwłaszcza pod kątem branży aktorskiej. Michel Kaku zaś chyba nieco się pogubił w swej metaforze Wszechświata jako bańki.

Pod koniec każdego "działu" wybrani eksperci mają ocenić prawdopodobieństwo jego zaistnienia w skali jeden do pięć. Wynik ten później pokazywany jest małymi TARDIS-ami na dole ekranu, od jednego małego TARDISika dla rzeczy mało prawdopodobnych do pięciu dla rzeczy pewnych. Ciekawe jest, jak producenci zawyżają tą liczbę - gdy ekspert mówi "maybe two or three", pojawiają się trzy ikony TARDIS, gdy inny mówi "four and a half" - pojawia się pięć. Niby niewielka rzecz, ale znamienna.

Tagi: Doctor Who
16:50, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 listopada 2012

Dwuodcinkowe pożegnanie z Pondami (with the Ponds). Tak, dwuodcinkowe, bo choć wątek pożegnania pojawiał się już wcześniej, tu - w czwartym odcinku - stał się wyraźny. I dzięki temu, Pondowie pożegnali się z nami i w Anglii i w USA.

(Skądinąd, nieco namolne stało się wpasowywanie serialu na rynek amerykański. Rozumiem, że by podbić świat, trzeba podbić Amerykę, a i sam Londyn i okolice (Cardiff included) mogły się znudzić, ale natłok typowo amerykańskich memów stał się zbyt intensywny. W szóstej serii był i Nixon wraz z pierwszymi krokami na Księżycu i piraci z Karaibów, a w siódmej (przy znacząco mniejszej liczbie odcinków) i Dziki Zachód i kryminał z lat 30-tych. Wszystkie fajne, ale gdyby były nieco rzadsze i przeplatane np. odcinkami dziejącymi się w Indiach, Chinach, Australii - byłoby jeszcze lepiej, bez uczucia przesytu Ameryką. A może to tylko moje malkontenctwo? Wszak Amerykę poznaję przez dziesiątki innych seriali, ten mógłby zostać brytyjski.)

W czwartym odcinku genialny (brilliant!) był pomysł wyjściowy - Invasion of the small cubes. Rozwiązanie jednak już mu nie dorosło do poziomu. W dyspucie z Nieuczesaną i Nieogolonym o odcinku padło zdanie "Czasem może lepiej, jak zagadka pozostaje nierozwiązana" (jak np. w "Midnight", moim zdaniem najlepszym odcinku nowego Doktora).

A sama zapowiedź "one time the Doctor got to stay" niestety też nie pozostała spełniona, ograniczona w sumie do dwu-trzech scen. A przecież to temat-samograj, jak pokazał odcinek "The Lodger". Odczułem niedosyt.

 

W piątym odcinku - no cóż, jest Nowy Jork i są Anioły. Rory jak zwykle umiera (3 razy). Są nawet podróże w czasie wewnątrz narracji ("China 221 BC"; anyone noticed resemblance to 221B Baker Street?).

Lecąca na początku piosnka "Englishman in New York", z wyraźną frazą "I'm an alien, I'm a legal alien" nieco zbyt obvious.

Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, by nawet w latach 30-tych (ubiegłego wieku, wypada od paru lat dodać) nikt nie spoglądał na Statuę Wolności na tyle długo, że zdążyła się ona przemieścić na całkiem sporą odległość. A jeszcze trudniej, że nikt jej nie dostrzegł pochylonej nad "Winter Quay".

Stworzyć paradoks można było łatwiej niż zabijając Rory'ego (jakkolwiek nie tak dramatycznie): wystarczyło, by po cofnięciu się w czasie Rory dopadł Anioła i cofnął się jeszcze raz. I jeszcze raz... Wtedy, przykładowo z roku 1820 nie dożyłby roku 1938. Choć z drugiej strony - to jest Rory, on mógłby żyć i dwa tysiące lat.

Absurd finału ("nie możemy po nich wrócić, bo nie da się wylądować w Nowym Jorku") dawno temu ktoś trafnie wytknął na soup'ie Tardis: oto ów rysunek, z innego źródła. Sami Pondowie też mogliby w Ameryce przeczekać wojnę i 1946-tym wrócić do Anglii, by gdzieś tam spotkać się z Doktorem. Ale czas Pond'ów jako kompanów dobiegł końca i trzeba było jakoś ich obecność zakończyć. A tu udało się połączyć teh dramę (nieodwracalną ich utratę dla Doktora) z happy end'em (wszak przeżyli razem całe życie, pewnie na niezłym poziomie, znając wydarzenia z przyszłości (na miejscu Amy, przed finałowych the touch of an angel wziąłbym do ręki Grays Sports Almanac)).


A teraz nadszedł czas oczekiwania do Świąt na kolejny odcinek. By więc choć o parę minut skrócić to czekanie - bonus track:

 

PS. Tu i ówdzie natykam się na listę catch-phrases kolejnych Doktorów, więc dodam jeszcze, że moim skromnym zdaniem frazą Jedenastego nie jest wcale "Geronimo!", czy "Yowzah!", tylko "I know!".

Tagi: Doctor Who
01:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 października 2012

"...'ve decimated half of..." wywołało u mnie podskórny zgrzyt. Ciekaw jestem, czy zamierzenie. A może chodziło o to, że wróg wybił 5% populacji?

Być może odcinek byłby wiele lepszy, gdyby trwał półtorej godziny, jak klasyczne westerny. Być może jednym ciurkiem, być może w postaci kilku krótkich odcinków, jak to pierwszych seriach bywało.

A tak był... no, nie pasował do konwencji westernu. Oczywiście, dekoracja (użyłbym mego ulubionego określenia "sztafaż", ale kto jeszcze dziś używa tego słowa?) niczego sobie, ale nie tempo narracji. Wiele wątków musiało zostać zmarginalizowanych. (Uzbrojeni krowiarze z Mercy z nieznanych przyczyn nieco przypomnieli mi nieco Thalów z drugiego epizodu.)

Poświęcenie doktora jako rozwiązanie konfliktu było od pewnego momentu odcinka oczywiste.

Szeryf był jakoś mało amerykański. I jego przyklejony wąs też, przynajmniej na tą epokę.

Nie mogę oprzeć się myśli, że choćby Dziesiąty Doktor rozwiązałby ten problem tak samo, tylko bez śmierci doktora. Autodestrukcję statku by upozorował (tak, wiem, zepsuł by tym umoralniającą jak pastor wymowę gestu; ale uratowałby życie, człowieka, który is doing time w swym własnym czyśćcu).

I, come on, miasteczko na Dzikim Zachodzie, każdy mężczyzna ma broń, a nikt nie usiłował strzelać do Gunslinger'a? Co on, pianista?


Trochę jednak żałuję, że wciąż brnę przez wątek rzymski. Obejrzałbym sobie i "Purgatory", i "Cowboys and Aliens" ("Firefly" już widziałem) i trochę klasyki. I obowiązkowy film o Winetou produkcji NRD. I przeczytał pół półki dziecięcych westernów. Wraz z (popularno-)naukowymi publikacjami na temat kultury Indian - których w tym miasteczku nie było. Ani wzmianki o.

Ależ przecież! To Slurgh

{Slurgh - brzydki, silny, masywny i wytrzymały na ciosy przeciwnik (często pomagier głównego przeciwnika) protagonistów, który często używa jedynie monosylab. Idealny bodyguard. Zwykle nie miewa nazwiska, tylko imię lub przydomek. Albo bywa źródłem efektownej walki (wtedy zawsze ginie w roli Głupiego, Lecz Silnego Pomocnika Wroga) albo w finale przechodzi na stronę protagonisty. W roli głównej w "Shreku" (być może też w "Maczecie", muszę sprawdzić; Danny Trejo specjalizuje się wszak w tej roli).}

przecież. "Produkt machiny wojennej agresji" to przecież metafora końcowych samobójczych ataków Indian. A tu na koniec Ostatni Mohikanin zostaje Lone Ragner'em.

Tagi: Doctor Who
23:30, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 września 2012

Gdy Cohen Barbarzyńca porywa statek kosmiczny pełen dinozaurów, Doktor z pomocą m.in. Lestrade'a rusza na ratunek.

Może nie do końca taka jest kolejność, ale brzmi to nieźle.

Przy okazji Rory okazał się być bratem Rona Weasley'a, co tłumaczy wiele jego wcześniejszych zachowań. Jak się nie jest mugolem, to wnętrze TARDISa dziwić nie musi.

Tagi: Doctor Who
03:31, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA