Wpisy z tagiem: Doctor Who

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Po dłuższej przerwie (i nadrobieniu zaległości w bieżących odcinkach) wróciłem do przygód pierwszego Doktora. Doktor akurat trafia do kosmicznego muzeum - najwyraźniej wtedy jeszcze jeszcze nazywano rzeczy w kosmosie "kosmicznymi" - w którym sam okazuje się być zamrożonym w czasie eksponatem. Okazuje się to być pułapką w czwartym wymiarze, z którym Doktor zawsze miał problem (jak sam mówi).

kadr z odcinka 09x09 'Sleep No More'

kadr z odcinka 09x09 'Sleep No More'

"- People never do that, you know? They never put the word "space" in front of something just because everything's all sort of hi-tech and future-y. It's never "space restaurant" or "space champagne"or "space"... you know..."hat". It's just "restaurant","champagne" or "hat".", mówi Doktor Clarze w odcinku 09x09. A tymczasem Doktor w odcinku s02e07 zwiedza Space Museum.

Zagmatwane to strasznie, ale przez to, mimo błędów i wypaczeń, wciągające.

'Decide, my dear? Spinning a coin would be just as appropriate.'

Doktor czasem potrafi błysnąć zgrabnym bon motem.

Dziwi jednak Doktor, który po zetknięciu z osobami, które przeszły trzy metry obok niego nie zauważając go i które rozmawiają nie wydając głosu oraz niedającymi się dotknąć przedmiotami, mówi, że nigdy się z czymś takim nie zetknął. Wydawałoby się, że telewizja trójwymiarowa i hologramy powinna być w przyszłości instalowana standardowo na zaawansowanych technologicznie planetach, takich jak Gallifrey.

Gentleman w starym stylu.

Chesterton jest zaiste szarmancki w starym stylu. Żeby panie nie musiały mieć kontaktu z bronią, każe im trzymać podniesioną ciężką pokrywę, gdy sam sięga po broń. Ech, ci niegdysiejsi mężczyźni...

W drugim odcinku siódmego epizodu drugiego sezonu Doktor dopiero po raz pierwszy pokazuje, że nie jest byle safandułą. Wcześniej ratowali go inni lub zbiegi okoliczności, on zaś sam był niczym liść na wietrze. Tu udaje mu się udawać nieprzytomnego i obezwładnić z zaskoczenia rebelianta w sile wieku (i tenisówkach; kosmiczni rebelianci chodzą w pepegach).

Ale chwilę później Doktor znów ładuje się w kłopoty i tym razem ratuje go reszta drużyny: gdy zostaje zamrożony (potem twierdzi, że wszystko wtedy słyszał i knuł plan, ale możliwości ruchu to jednak nie miał), ratuje go Chesterton terroryzując obsługę zamrażarki, a gdy obaj zostają schwytani - ratuje ich Vicky rozpętując na miejscu udaną rewolucją[citation needed]. A już myślałem, że to wreszcie Doktor zacznie innych ratować z opresji.

Tor: Jeremy Bulloch

Dopiero na napisach końcowych zorientowałem się, że jedną z ról gra mój ulubiony aktor. Wiedziałem, że w "Doktorze Who" zabił strzałą z łuku Sontarianina, ale nie wiedziałem, że także udanie poprowadził rewolucję Xeronów przeciwko Morokom. Nie poznałem go, ale na moje usprawiedliwienie późniejszy sołtys wioski sprzyjającej Robinowi z Sherwood wyglądał wtedy tak:

Jeremy Bulloch

Z trzech towarzyszących mu w rolach Xeronów aktorów, podobnie jak sam Bulloch w serialu ponownie pojawił się jeden. Tak samo zrobił kierownik złych Moroków. Jego przełożony także, wcielając się w postać Odyseusza. Inny aktor grający Moroka najwyraźniej tak polubił towarzystwo Bullocha na plani "Doktora Who", że podążył za nim na plan "Gwiezdnych Wojen", bo jego zdjęcie profilowe na IMDB.com wygląda tak:

Wydaje mi się, że raz minąłem go na ulicy...

Ponoć grał też w "The Benny Hill Show", ale jakoś nie mogę skojarzyć.

W epilogu widzimy śledzących Doktora i jego kompanów Daleków. Jak Doktor wybrnie z kolejnej konfrontacji z Dalekami? Czy znów uratuje do Chesterton, jak za pierwszym razem? Czy Vicky znów wywoła rewolucję, jak uczyniła to teraz? Czy w ramach zaskakującego twistu fabularnego (zwłaszcza w latach 60-tych), teraz Doktora uratuje Susan?

Tagi: Doctor Who
16:07, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 sierpnia 2015

"Wraz z Doktorem wylądowałem na przełomie XII i XIII stulecia. Podobnie jak w Rzymie, zamierzam zabawić tu nieco dłużej, choć ten czas spędzić jakieś tysiąc mil na północ od Jaffy, gdzie wylądował Doktor z kompanami", napisałem w marcu 2014 roku. I faktycznie dłużej zabawiłem, choć inaczej niż w Rzymie: tam przetrzymała mnie chęć zdobycia wiedzy o nowej lokalizacji, a tu miałem kłopot, by przebrnąć przez drugi odcinek epizodu (choć w międzyczasie odwiedziłem XII/XIII-wieczny turniej, przeczytałem pierwszy tom "Mongoliady" (ISBN: 978-83-7480-432-5) i obejrzałem kilka programów i produkcji fanowskich o epoce; wszystkie posiadane książki o templariuszach i kulturze materialnej Europy zachodniej czasu krucjat przeczytałem jakieś 15 lat temu, gdy intensywniej zgłębiałem temat).

Tak się bowiem złożyło, że z drugiego i czwartego odcinka zachowała się tylko ścieżka dźwiękowa. Czwarty odcinek udało mi się znaleźć uzupełniony zdjęciami z planu (co daje niezłe efekty, jak mogłem się przekonać w epizodzie "Marco Polo"), drugi jednak - jedynie w postaci czystej ścieżki dźwiękowej. Nie jestem zwolennikiem audiobook'ów i kłopot mam, by się na nich skupić, więc przeszło rok zbierałem się, by wreszcie przez ów drugi odcinek przebrnąć. Potem już było z górki.

Epizod poprzedza fantastyczne wprowadzenie przez starego Iana Chestertona. Nadaje ono odcinkowi uroczego nastroju opowieści rodzinnej, którą w gruncie rzeczy jest. Rozpoczyna zaś go scena, gdy Ryszard Lwie Serce ze swą świtą krąży po lasach Ziemi Świętej, a dwóch saracenów śledzi rycerzy, starając się zorientować, który wśród nich to król.

To ten nie obesrany.

To proste, to ten nie obesrany.

Strasznie dużo żelu do włosów używali na tych krucjatach. Czy to przez kłopoty z dostępem do wody w klimatach pustynnych? Dzięki temu stanowi rzeczy, fryzura Barbary, będąca typowym dla lat 60-tych tapirem, nikogo tutaj nie dziwi.

typowa XII-wieczna fryzura męska

Tak właśnie strzygli się XII-wieczni rycerze.

Stroje XIII-wiecznych postaci są iście historyczne - tak właśnie, drogie dzieci, wyobrażano sobie XIII-wieczną modę w latach 60-tych XX wieku:

typowy zestaw strojów późno-XII-wiecznych

Tak właśnie na przełomie XII i XIII wieku ubierali się: dziewczyna nieudolnie starająca się udawać chłopaka, kosmita oraz saraceński kupiec. Looks legit.

Z odcinków drugiego i czwartego ostała się tylko ścieżka dźwiękowa. Choć więc słychać, co się dzieje, to nic nie widać. Wobec czego, czego żałuję, nie widać twarzy Doktora, gdy po pasowaniu na rycerza (Sir) Iana Chestertona, mruczy "Szkoda, że mnie nie pasowano". Młoda towarzyszka odpowiada mu na to: "No, to byłby dopiero dzień...". I faktycznie był, Vicki, gdy pasowała go królowa Victoria.

A przez to, że słychać, a nie widać, ostatnich kilka minut drugiego odcinka to sama, nad wyraz dramatyczna, ścieżka dźwiękowa. Po tym odcinku jeszcze bardziej doceniłem rekonstrukcje odcinków złożone ze zdjęć z planu.

Dalej opowieść snuje się wielowątkowo, jak to drzewiej w "Doctorze Who" bywało, każdy z TARDIS-owiczów przeżywa swe własne przygody (Barbara w haremie, Doktor z Vicki dworskie intrygi, a Ian - pełne akcji i walk), by ostatecznie dotrzeć do TARDIS z własnym bagażem wspomnień i ruszyć w stronę kolejnej przygody, podczas gdy Ryszard Lwie Serce po nieudanej próbie rozejmu odjeżdża w stronę Jeruzalem.

Tagi: Doctor Who
17:40, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 stycznia 2015

Odcinek, który zapowiadał się świetnie. I choć miał chwile, w których potrafił oszołomić, jednak nie dorównał zapowiedzi.

Sam początek jest nad wyraz widowiskowy. I przypomina, że TARDIS to spaceship, a nie planetship i potrafi dryfować w przestrzeni, bez opierania się o planetę. Scenka wprowadzająca żarliwego dialogu między Doktorem i Clarą średnio udana, ale nad wyraz udatnie tłumaczy, czemu stało się to, co stać się musiało, by odcinek mógł się zdarzyć.

TARDIS bowiem zostaje zaatakowana i zaczyna się bronić, a podczas tego ataku gdzieś w nieskończonej (jeżeli prawdą jest to, co mówi Doktor i choć może mieć rację, jakoś I don't think so) lub przynajmniej gargantuicznie gigantycznej przestrzeni CiWWwP zaginęła Clara i trzeba ją czym prędzej znaleźć.

Trzeba więc chodzić po wnętrzu TARDIS, czyli spełnić marzenie każdego Whomana, a podczas tej wędrówki ów ma szanse to wnętrze wreszcie obejrzeć. Niestety - poza biblioteką - w większości niewykorzystaną. Biblioteka była IDEALNA, gabinet Doktora uroczy, ale poza nimi mignęły tylko basen i teleskop z odcinka 02x02 "Tooth and Claw" podczas wędrówki Clary. Podczas wędrówki Doktora i ekipy zbieraczy widać tylko korytarze, korytarze, znane już podwozie konsoli i małą salkę z Systemem Rekonfiguracji Architektury. Nic więc dziwnego, że szef grabieżców każe bratu rozmontować konsolę: nic ciekawego poza nią tu nie widział (kto wie, może był to system obronny TARDIS, ale wtedy powinna pokazać mu cel zamienny, gdy wydaje ten rozkaz).

Myślę, że wystarczyłyby ze dwie scenki w innych pomieszczeniach i czułbym się usatysfakcjonowany. Dopiero blisko finału dostajemy też fantastyczne "Eye of Harmony" w postaci zamrożonej w momencie implozji supernowej (choć nie wygląda to tak efektownie, jak brzmi) i niezłe wyjście nad przepaścią, czy widowiskowe samo wybuchające Serce TARDIS (choć efekt przypomina scenę w arsenale w filmie "Matrix").

Gdy pojawił się pierwszy potwór (chyba tylko po to, by niepotrzebnie napędzać akcje i nie pozwolić przycisnąć Doktora, by wreszcie na jakieś pytanie odpowiedział), wpierw pomyślałem, że to Ood. Wszak Jedenasty ("Dziesiąty") Doktor przygarnął kiedyś Ooda na TARDIS i ni słowa nie było o tym, by później go wysadził. Ale nie, był to z nieznanych (bo nie było czasu wytłumaczyć) powodów straszny sobowtór postaci z przyszłości.

Które to sobowtóry same z siebie były paradoksalne. Nie w znaczeniu potocznym, że miały przeciwstawne cechy, tylko w ścisłym: były to nadtopione szczątki naszych bohaterów, którzy zginęli od promieniowania Oka Harmonii. Ale to one przeszkodziły bohaterom wydostać się z tego pomieszczenia i gdyby ich nie było, nie umarliby tam i tym samym ich nie stworzyli. Czyli potwory te nie mogły powstać, bo wymagają swego istnienia do swego powstania. I nawet, gdy uznać to zdarzenie za timey wimey stuff, to kłóci się ono z zasadą przyczynowości.

Ciekawa była idea ech sterówki TARDIS. I nawet fajnie wykorzystana, poza zwykłą możliwością, że są w niej różne osoby w tym samym czasie i nie mają ze sobą kontaktu. 

Nawiązaniem do leitmotiv'u sezonu, czyli The Impossible Girl jest zdanie Doktora "You died again." i późniejsze jego tłumaczenie na skraju przepaści. Poza uzewnętrznieniem znanych już wcześniej myśli Doktora nic w tym wątku nie ruszyło się do przodu, co może nieco rozczarowywać. I leitmotiv Szczeliny w sezonie piątym i leitmotiv śmierci Doktora 04/22/2011 5:02pm w amerykańskim sezonie szóstym i leitmotiv Missy w sezonie ósmym poprowadzone są znacząco lepiej.

Sama Clara zaś znów wydaje się być o wiele gorszym kompanem niż Clara Wiktoriańska lub Clara Dalekowa. Aż w pewnym momencie pomyślałem, że szkoda, że to akurat ta nie zginęła. Producenci jednak, po intensywnym wątku umierającego Rory'ego nie szafują już śmiercią z pakietem regeneracyjnym, więc nie ma nadziei na wymianę tej Clary na inną, z innego czasu i przestrzeni.

Po pewnym czasie obejrzałem ten odcinek ponownie z Nieuczesaną i po projekcji oboje odczuliśmy pewne niespełnienie i rozczarowanie odcinkiem. Różniliśmy się tylko jego skalą: Nieuczesana uznała odcinek za bardzo kiepski, bo nie potrafił dobrze rozwinąć fantastycznego pomysłu, a ja tylko za nieco kiepski, bo nie udało się go dobrze ukazać, za to przynajmniej miał fantastyczny pomysł, którego porządne wykonanie wymagałoby czasu trwania, czasu produkcji i może budżetu hollywoodzkiej produkcji. Niezależnie jednak od punktu widzenia, czegoś zabrakło jednak do poziomu pełnej szklanki.

Tagi: Doctor Who
21:30, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 grudnia 2014

Ucieszyłem się niezmiernie, wyczytawszy w sieci gdzieś tak w czerwcu, że premiera nowego sezonu będzie już w sierpniu. Potem się ucieszyłem niezmiernie, że odcinek premierowy trwa aż godzinę i kwadrans, czyli pół godziny dłużej niż zwykły.

Przed obejrzeniem cieszył mnie też nowy Doktor. To miło, że wreszcie znów jest z twarzy (znaczy: z metryki grającego go aktora) starszy ode mnie. Znaczy, grający Jedenastego Doktora David Tennant jest starszy ode mnie, ale w mym obecnym wieku już miał za sobą półtora sezonu bycia Doktorem (równo półtora - gdy był w mym obecnym wieku, było akurat między emisją szóstego i siódmego odcinka trzynastoodcinkowego trzeciego sezonu). Jestem też wielkim fanem Pierwszego Doktora, choć - a może właśnie dlatego - że bywał on nieporadny i wiem, że Doktor potrafi też nie ograniczać do zasady: "Basically Run" ("Seriously, there's an outrageous amount od running involved"). I że potrafi ratować sytuację nawet stojąc w miejscu, oparty o laskę. A raczej nie będzie musiał się do tego ograniczać, bo mimo, że grający Trzynastego Doktora Peter Capaldi jest dokładnie w tym samym wieku, w którym był w momencie startu serialu William Hartnell, to jednak jest w nieco lepszej kondycji fizycznej.

No dobra, oglądamy.

Nawiązania, wszędzie widzę nawiązania. Gdy Doktor decyduje się wyjść z pokoju przez okno, mówiąc "Door - boring!" (zwłaszcza z porównaniu z ruchem wyrazistych brwi) zalatuje mi Sherlockiem (podobnie przy frazie "Names - not my area."). Gdy mówi, że nie potrafi odróżnić lewej od prawej - przypomina mi się odcinek House'a, gdy wycinają Foremanowi część białej substancji mózgu i pomieszały mu się strony. Słowa Clary "You've redecorated. I don't like it." są nawiązaniem tak oczywistym, podobnie jak wzmianka Doktora o długim szaliku, że same z siebie, a nie jako przykład większego trendu, nie byłyby warte wzmianki. 

Tyle się zwraca uwagi na zmianę twarzy przez Doktora - a czy ktoś zauważył zmianę koloru włosów u jego towarzyszki?

Błąd montażowy: Doktor wychyla się spośród gałęzi przed koniem, po czym robiąc fikołka w dół ląduje na nim, a gdy odjeżdża - zostawia woźnicę z dorożką w absolutnie niezadrzewionej części Londynu.

Takie, jak tu prezentowane, zachowanie towarzyszki Doktora byłoby absolutnie zrozumiałe u każdej innej, ale dziwi nieco i Clary, która w sercu TARDIS widziała wszystkie twarze Doktora, w tym i te wyglądające starzej.

I jak niby, to nie ona widziała w nim swego boyfriend, skoro w jej linii czasu ledwie wczoraj, przed Tranzalore, zaprosiła go na świąteczną kolację, przedstawiając go rodzinie jako swego boyfriend.

Finałowa scena przebudzenia się wroga w "Niebie", jak czytam w sieci, jest ponoć niejasna. Według mnie, na co wskazuje odniesienie do Doktora jako "my boyfriend" oraz ustawienie ogrodu idealnie oddające sterownię TARDIS, dzieje się gdzieś we wnętrznościach TARDIS, reprezentowanej tu przez Missy i jest skutkiem podłączenia resztek lub części z antycyborga do niej (w poprzednim odcinku, "The Time of the Doctor" Doktor podłączał tak głowę Cyberman'a).

Za pierwszym obejrzeniem odcinek nieco mnie rozczarował, może poprzez zbyt wygórowane oczekiwania. Ale obejrzałem go raz drugi i już bardziej przypadł mi do gustu. Odcinki poregeneracyjne mają swą specyfikę, związaną z zamętem w głowie Doktora. I ten na tle innych nie wygląda źle - nie ma może uroku i mocy wejścia Dwunastego ("Jedenastego") Doktora w "The Eleventh Hour", ale jest zdecdowanie lepsze od wejścia Jedenastego ("Dziesiątego") w "The Christmas Invasion". A by porządnie ocenić zmiany w serialu, poczekam jednak na kolejne odcinki.

Tagi: Doctor Who
19:20, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 września 2014

Utknąwszy w The Original Series na spotkaniu Doktora z Ryszardem Lwie Serce (podczas gdy w the new series Doktor ma niebawem spotkać się z Robin Hoodem; właśnie co też mój ulubiony ostatnio youtuber wrzucił właśnie filmik o hełmach krzyżowców i wreszcie ukazał się wyczekiwany przeze mnie pierwszy tom "Mongoliady" (ISBN: 978-83-7480-432-5) - ani chybi coś jest na rzeczy z tym XIII wiekiem), a w nowej serii czekając na uwagi o nowych odcinkach na obejrzenie z Nieuczesaną drugiej połowy siódmego sezonu, celem napisania i opublikowania wpisów w miarę w kolejności (może i dobrze, chcę się chwilę zastanowić, zanim stwierdzę, jak mi się nowy sezon podoba), I went a bit timey-wimey i obejrzałem dawno temu zapisany w zakładkach (jest lepsze polskie słowo na czasownik "bookmark", as in "I bookmarked it") Children In Need Special z 1993 roku powstały na trzydziestolecie serialu.

Filmik trwa tylko 13 minut (powyższa wersja, z wprowadzającą w temat postacią równie groteskową co gigantyczny kaktus zapowiadających koncert Flotsam&Jetsam, jest 4 minuty dłuższa), ale mimo braku czasu na skomplikowaną fabułę i konieczność (wszak to okrągła rocznica!) ukazania wszystkich żyjących Doktorów fabuła nawet nie wydaje się głupia. Brak oczywiście jej technicznego mumbo-jumbo, na które zabrakło czasu, ale potencjał jest.

Idea uwięzienia celem zgładzenia wielu inkarnacji Doktora przez złą Time Lady, Rani, na pierwszy rzut oka wydała mi się absurdalna: wszak wystarczy uwięzić i potem zgładzić pierwszego Doktora, a nic z jego dalszej linii czasowej zaistnieć nie będzie mogło - ale potem uświadomiłem sobie, że mówimy tu o regenerujących się podróżnikach w czasie - i Rani pewno dobrze wie co robi, by jej potem Doktorzy nie wyskakiwali z nieistnienia, niczym Ziemia Vogonom (ISBN: 83-7150-093-9).

Konieczność ukazania wszystkich inkarnacji i jak największej ilości companions ładnie rozwiązano sekwencją podróży po własnej linii czasowej Doktora. Trzeba przymrużyć oczy na wyraźnie starsze ciała aktorów niż granych przez nich przed laty Doktorów czy kompanów, ale i tak sekwencja ta jest niezła. I z chęcią zobaczyłbym taką samą na 75- czy 100-lecie serialu, gdy technologia pozwoli odtworzyć idealnie postacie wszystkich Doktorów.

Miałem kilka uwag, ale po dokładniejszym się przyjrzeniu stwierdziłem, że Susan całkiem sensownie odnosi się do Doktora per "Doktor", choć przez całą swą obecność w pierwszych sezonach, aż do jej pozostania na Ziemi XXII wieku zawsze zwała go dziadkiem, a pojawienie się deus ex machina wojskowego łazika i Brygadiera też miało nieco sensu. Jedynie wybiegająca z TARDIS'a Rani Leela sensu żadnego nie czyni - choć jej pojawienie szybko posuwa akcję do przodu, pozwalając się z nią zmieścić w trzynastu minutach.

Obawiałem się Star Wars Christmas Special'a, a okazało się to zgrabnym, choć na dzisiejsze standardy mocno przaśnym, filmikiem z ogromną liczbą Doktorów (pięciu!) i kompanów (nawet Susan się pojawiła! jest też i znana młodszym widzom Sarah Jane Smith) przewijających się przez ekran. Aż obejrzałem z wrażenia drugi raz.

PS. Na załączonym wprowadzenia, Doktor mówi prowadzącemu, że przybywa właśnie z roku 2010 i on wciąż występuje w telewizji. Faktycznie, wciąż był.

Tagi: Doctor Who
17:26, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 listopada 2013

Zajebista jest otwierająca film (niemal otwierająca; zastanawiam się, skąd znam parę aktorów biorących udział w scenie dialogu aktorów na samym początku.) z Piątym Doktorem oglądającym z dwoma chłopcami 2012 Christmas Special. Ale się przyczepię, że skoro ogląda go z dwoma około dziesięcioletnimi chłopcami, to zapewne przynajmniej jeden z nich jest jego wnukiem. A jeden z jego wnuków w tym wieku to pasierb Dziesiątego Doctora. Więc raczej nie mówiliby o nim używając pełnego nazwiska. Niemniej - perełka!

(Przy okazji się dowiedziałem, że Piąty Doktor, zwany Peterem Davisonem, jest de domo Moffett. Przez chwilę uznałem je za identyczne z "Moffatt" i sobie pomyślałem, że drugi z tych chłopców jest synem Stevena Moffatta.)

Fascynującą twarz ma Ósmy Doktor. Na obejrzanych urywkach filmu z nim tego nie ujrzałem. Z drugiej strony, był wtedy piętnaście lat młodszy. I miał loczki.

Całość urocza. I sprawiająca, że w programach jubileuszowych wystąpiło dziewięciu Doktorów. A dziesiąty miał fabularyzowany film dokumentalny o sobie.

Rozbawiła mnie scena, gdy Siódmy Doktor, po nakryciu prześcieradłem celem charakteryzacji, nałożył na głowę kapelusz.

Bardzo Doktorowy film: wszyscy w gruncie rzeczy biegają. 

Tagi: Doctor Who
18:34, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 listopada 2013

Film jest oparty na faktach, a dokładniej na fakcie rozpoczęcia serialu "Doctor Who", w przeddzień 50 rocznicy którego to rozpoczęcia został wyemitowany.

Nie jestem ekspertem, ale realia angielskiego życia lat 60-tych wydają się dobrze zrekonstruowane. W tym wszechobecny dym tytoniowy (choć główni bohaterowie, poza Doktorem, nad wyraz rzadko się zaciągają).

Doskonały jest aktor grający aktora grającego Doktora. Jest uderzająco do niego podobny. A wiem, bo jestem dość na bieżąco. Idealnie odwzorowuje jego zachowanie na planie, jego manieryzmy. Co ciekawsze sam William Hartnell, ukazany w wywiadzie po napisach końcowych przypomina Doktora znacząco mniej. Już bardziej przypomina mi w tym wywiadzie Lee Van Cleef'a.

Niezłe obsadzona jest też Suzan, Doktorowa wnuczka. Za to Chesterton i Barbara nijak nie przypominają oryginalnych: tutejszy Chesterton ma zupełnie inny typ urody i jest o kilka centymetrów za niski (jest nawet niższy od Doktora), a Barbara jest o jakieś 15-20 cm za wysoka.

Nie spodobał mi się też aktor grający Drugiego Doktora - wydał mi się o wiele za młody. A potem doczytałem, że Peter Troughton był w chwili swego pojawienia się w serialu ledwie o dwa lata od niego starszy. I choć oczywiście czterdziestopięciolatkowie wyglądali pół wieku temu o wiele dojrzalej niż współcześnie, to moje wrażenie najwyraźniej opierało się na obejrzanych urywkach epizodów z jego udziałem - a to były te, gdzie spotykało się więcej Doktorów, a on sam był o 5 lub 15 lat starszy.

Jak się okazuje, pierwszy aktor grający Doktora też nie lubił zakończeń. 

Jest kilka smaczków dla Whomen, ale nie są one nachalne, a część jest ciekawie przetworzona. Tymi smaczkami są: ujęcie budki policyjnej z lat 60-tych otwierające film, wzmianka o pomieszczeniu, które ma niewłaściwy kształt i jest "smaller on the inside" i Doktor rozpaczający nad koniecznością odejścia z serialu finałowymi słowami Dziesiątego "I don't want to go". Nawet obecność na ekranie Matta Smitha jest nienachalna, co doprawdy nie jest częstym przypadkiem.

Miło było znów ujrzeć przedstawicieli gatunku Mentoptra. Oglądając epizod z nimi się zastanawiałem, czy ich kostiumy były czarno-białe, czy raczej żółto-czarne, jest ubarwienie pszczół i os. Teraz, po ujrzeniu ich w kolorowym dokumencie, stworzonym przez BBC, która winna mieć te stroje gdzieś w archiwach, wiem, że były czarno-białe. Tu bowiem takie są, gdy Menoptranie się pojawiają. A pojawiają się dwukrotnie, z czego drugi raz kompletnie bez sensu (bo na przyjęciu na część odchodzącej pani producent; kto przychodzi na przyjęcie w ciężkim kostiumie? niemal nikt, poza właśnie dwoma Mentoprami).

Miło też było ujrzeć kostiumy z innych odcinków, jak szarfę Oficera Prowincji z epizodu o Rewolucji Francuskiej.

Sprawny umysł fana wyłapie też inny błąd. W fabule bowiem, gdy oglądalność pierwszego odcinka o człowieku pierwotnym jest niska, ze względu zbieżność czasową z zabójstwem Kennedy'ego (oraz zawaleniem się domu w Kings Lynn, co przewidziała zawczasu Agnes Nutter (ISBN: 83-7180-097-5)), przed emisją drugiego, o "robotach" Dalekach, producentka żąda powtórzenia pierwszego odcinka. Tyle że w rzeczywistości epizod o jaskiniowcach miał cztery odcinki i choć zapewne przed drugim ponownie puszczono pierwszy, to ów drugi nadal tyczył ludności pierwotnej. Dopiero piąty odcinek, nadany niemal równo miesiąc po pierwszym odcinku ever i zabójstwie Kennedy'ego (oraz zawaleniu się domu w Kings Lynn) miał w sobie Daleka. I to też tylko w finałowej sekwencji i tylko jego przetykacz, bez ani jednego wyskrzeczanego słowa. Cały Dalek na ekranie pojawił się dopiero w odcinku świątecznym wyemitowanym między Gwiazdką a Sylwestrem.

Pomimo uwag i zauważonych błędów film jednak się mi, fanowi Pierwszego Doktora, wielce spodobał. Przez chwilę po pierwszym obejrzeniu się nawet zastanawiałem, czy nie bardziej niż 50th Anniversary Special, który obejrzałem chwilę wcześniej, ale ostatecznie Special od tamtej pory obejrzałem już trzy razy, a Przygodę w Czasie i Przestrzeni tylko dwa.

Tagi: Doctor Who
22:32, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 listopada 2013

Co dwóch Doktorów, to nie jeden, jak skonstatowałem dawno temu oglądając odcinek 06x06 "The Almost People". A co trzech Doktorów, to nie dwóch.

(Zresztą ów odcinek z dwoma Doktorami obejrzałem dwukrotnie. Ten więc wypadało by trzykroć.)

W oglądaniu starej serii Doktora nie dotarłem jeszcze do odcinków z większą ilością Doktorów, ale widziałem ich urywki i zawsze żałowałem, że w nowej serii się takiego zabiegu nie stosuje. A potem nadszedł mini-odcinek z Piątym Doktorem i był uroczy. A teraz nadszedł ten, pełnometrażowy, tak przeze mnie wyczekiwany.

I miałem rację, sceny dialogów i trialogów Doktora są istnym samograjem. Czego dobrym przykładem jest już początkowe poznawanie się Jedenastego i Dwunastego, ale znacznie lepszym scena, gdy Dziewiąty beszta Jedenastego i Dwunastego.

Zapewne wiele mówi o moim wieku to, że najbardziej przypadł mi do gustu najmłodszy Doktor, który najstarzej wygląda.

Smaczkiem dla fanów było nie tylko widniejące w pierwszej scenie na tabliczce szkoły nazwisko Iana Chestertona (co zauważyłem), ale i nazwisko dyrektor W. Coburn.

Widok TARDIS zaparkowanej na poboczu drogi jest nad wyraz podobny do widoku budki policyjnej, którą William Hartnell, odtwórca Pierwszego Doktora, widzi na poboczu drogi w jubileuszowym filmie o nim.

Wikipedia potwierdza datę historii Jedenastego (tzw. "Dziesiątego") i królowej Elżbiety. I rzuca nowe światło na pochodzenie Doktora:

Wikipedia, strona poświęcona Elżbiecie I

Wikipedia, strona poświęcona Elżbiecie I

Jacyś dziwni ci Gallifreyanie. Wpierw się ich ukazuje jako potężną rasę, a potem się okazuje, że podobnie jak ludzi uratować ich może jedynie Doktor. A przecież nie był on chyba z zamysłu gallifreyańskim superbohaterem, lecz jedynie jednym z nich.

A jak na tak super-hiper-technologiczne cywilizację, to strasznie archaicznie wygląda scena walki. Rozumiem, XXII, czy nawet XXVII wiek na Ziemi - tak by to pasowało. Ale Gallifrey? Spodziewałem się czegoś więcej. Być może na przykład pokazania, że konflikt trwa wszędzie i zawsze, a nie ogranicza się tylko do obrony Gallifrey tu i teraz w nurcie życia Dziewiątego.

(Skądinąd określenie "Last Day of (the Great) Time War" jest nad wyraz urocze.)

Oglądając pierwszy raz miałem takie wrażenie, że ten trwający 75 minut special podzielono na 45 minut dobrego odcinka, po których zaczęło się pół godziny mrugania do fanów i jubileuszowej przesady. Potem sprawdziłem i okazało się, że proporcje są znacząco lepsze: dobry odcinek trwa ponad godzinę, a jubileuszowa przesada to ledwie niecały kwadrans.

Ta jubileuszowa przesada to między innymi przeszarżowana scena sławnego "Brilliant!" Jedenastego i jego powtarzanie "I don't want to go". Czy pokazanie wszystkich trzynastu Doktorów jako zaangażowanych w próbę ochrony Gallifrey. (I co, tak wszyscy potem zapomnieli?) Finałowe pojawianie się Czwartego też było nieco dziwne i nie przypadło mi do gustu, jakby nie pasowało do całego universum.

(Choć może jest tak, że jest to kolejne mrugnięcie okiem do fanów z podtekstem "Jak tylko technologia pozwoli, nakręcimy nowe odcinki ze starymi, klasycznymi Doktorami". Może na przykład na stulecie serialu CGI będzie już tak zaawansowana, że będzie można stworzyć siedmiogodzinny odcinek, w którym spotykają się wszyscy Doktorzy. To byłoby coś.)

Za to bardzo podoba mi się, że Gallifrey stands, i że znów może się pojawią inni Władcy Czasu.

W końcówce sceny regeneracji Dziewiątego dostrzegłem zarys oczu Dziesiątego.

A jednak mimo wszystkich ewentualnych krytycznych uwag obejrzałem odcinek po trzykroć. I pewnie jeszcze nieraz obejrzę, bo próba obejrzenia tylko kilku scen po raz trzeci skończyła się obejrzeniem całego odcinka. I już nie mogę się doczekać odcinka jubileuszowego na 60-lecie serialu. I tego na stulecie.

PS. Dwie rzeczy jeszcze przyszły mi na myśl, więc dopiszę je, póki jeszcze jestem "na świeżo" z odcinkiem:

- nie spodobała mi się przerwa w życiorysie Dwunastego Doktora. Właśnie co zostawiliśmy go pośrodku jego grobu, pośrodku jego timestream, skąd na rękach wynosił Clarę i liczyłem, że takie urwanie wątku w połowie jest oznaką tego, że następny odcinek zacznie się w tym miejscu. A tu nagle Clara dostaje wiadomość od Doktora, co oznacza, że oboje szczęśliwie opuścili już grób Doktora poza ekranem. Szkoda.

- zastanawiam się, dlaczego Dziewiątego Doktora, który później w numeracji pewnie występować nie będzie, "Doktora Wojennego", nie nazywać używając znanego fanom terminu Valeyard. Wszak to właśnie ten Doktor uwolnił swą mroczną stronę, zabijając wszystkich, Timelords and Daleks alike. I Valeyard'a Doktor na pewno chowałby głęboko w otchłani swych wspomnień, tak jak chował tam Dziewiątego. Jedynie jego miejsce pojawienia się w timeline Doktora (po ósmej, a nie po dwunastej regeneracji) tu nie pasuje - poza tym zaś byłoby to doskonałe nawiązanie do klasyki.

Tagi: Doctor Who
11:53, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 listopada 2013

Angus.

A nie, sorry, to imię MacGyver'a. (Serio.)

Tagi: Doctor Who
20:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 października 2013

Oh, how I missed the Doctor! Nie tego narwanego młodzieńca, wymachującego na lewo i prawo sonic screwdriver'em, ale starego, porządnego Doktora.

Ciekawy akcent, a raczej intonacje mają Gucie. Choć ich maniera gibania się jak rezusy wygląda raczej pociesznie. Patrząc na ich kostiumy zrozumiałem, jakie były początki maniery serialu, by wszystkich pokazywać jako podobnych Ziemianom (nawet pajęcza Imperatorka Racnoss miała ludzką twarz). A przynajmniej wszystkich posiadających inteligencję - gigantyczne mrówki z gatunku Zarbi ludzkich twarzy nie miały (choć miały ludzką parę nóg), ale z nimi dogadać się nie szło nijak, były tylko bezwolnym narzędziem w pajęczynie złego.

Pluskwiaki są jeszcze bardziej pocieszne niż Gucie. Ale przynajmniej inne. A ich rozmowy brzmią nieco jak dialogi Piździela i Dupogłowego.

Jak uroczo, jak ciekawie (choć czasem niezdarnie), jak odmiennie wygląda efekt latania przedstawicieli gatunku Menoptra bez użycia jakiegokolwiek CGI.

Hrostar musiał mieć jakąś piętę achillesową, skoro zabił go strzał w stopę. Z drugiej strony, ani nie znam specyfikacji użytej przez gigantyczną larwę broni, ani nic nie wiem o anatomii człekokształtnych gigantycznych motyli. 

W odróżnieniu od odcinków współczesnych długość epizodów z początku serialu pozwoliła każdemu z kompanów Doktora przeżyć odmienną przygodę i spotkać różnych bohaterów drugoplanowych.

A sam Doktor już wtóry raz nie robi nic w kwestii pokonania przeciwnika i ratuje go tylko działanie jednej z innych postaci.

PS. Być może powinienem teraz, dla podtrzymania tradycji, obejrzeć wszystko o owadach, najlepiej gigantycznych, ze szczególnym uwzględnieniem mrówek, motyli i pająków, ale po prawdzie filmy o Spider-manie i odcinek Pszczółki Mai "Maja wśród mrówek" już widziałem.

Tagi: Doctor Who
00:19, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA