RSS
sobota, 24 marca 2012

Captain Romana. A Bucky jest Brytem.

Sceny tańca nie dziwią, gdy się człowiek zorientuje że obu grali główne role w filmach tanecznych (Step Up oraz Billy Elliot; brakuje tylko Travolty do kompletu). A mimo to, są to nieograne twarze, co jest plusem. Poza Donaldem Sutherlandem, którego obecność też jest plusem

Film nakręcony zgodnie ze wszelkimi detalami pisania hollywoodzkiech scenariuszy -

- {dygresja: kiedyś przeczytałem poradnik jak napisać scenariusz filmowy; amerykański autor nawet nie pofatygował się dopisać "dla Hollywood", bo to było dla niego oczywiste. Był podany polecany czas trwania filmu (wtedy 90 do 120 minut, od tamtej się wydłużył), podział na trzy sceny (dwa punkty przełomowe między nimi) (znów: wtedy; teraz popularny jest trzeci punkt przełomowy), podany ich sugerowany czas ich każdej z nich, cechy protagonisty i wroga, kilka słów o tym, jak pisać sceny pościgu, a jak ustawiać plan w dialogach, etc. Rodzaju bohaterów drugoplanowych tam nie było, ale obejrzenie kilkunastu filmów made in Hollwood daje dobry pogląd: m.in. Stary Mędrzec, Weteran (Emerytowany Wojak lub Glina, w filmach wojskowych Sierżant), Przyjaciel Z Dzieciństwa, Kompleks Ojca (cudownie objechany przez Tarantino w "Pulp Fiction"), duet Romeo&Julia, czyli Para Z Innych Dzielni, Side-Kick, Damsel In Distress, Nawrócony Grzesznik, Urocza Blondynka i Knująca Brunetka, Głupi I Silny Asystent Wroga, etc. etc. Nie w każdym filmie występuje każdy typ, ale się regularnie pojawiają. Konwencja, utrwalona i wciąż utrwalana.} -

ze wszystkimi tego konsekwencjami (np. w odróżnieniu od Centuriona przyniósł zysk). Szkocka muzyka i beznamiętna brytyjska brutalność (szturmu) są miłym, ale tylko dodatkiem.

Scena z wozem przypomniała mi scenę z kozłującym w powietrzu samochodem w Live Free or Die Hard.

(jest też dyskretnie przemycony wątek chrześcijański)

Film szerzy rasistowski pogląd, że ludzie o innym (tu: niebieskim) kolorze skóry kipią żądzą mordu. Zresztą, niebiescy noszą skóry, mają irokezy i szerokie łańcuchy. Brakuje tylko odpicowanego wozu z końmi ze złotymi zębami do kompletu.

W finałowe walce biorą udział Szkoto-legioniści uzbrojeni w Lorici segmentaty z narzuconym pledem i sporran'y. Którzy są weteranami inwazji przegranej 20 lat wcześniej (See any resemblance here? Na przykład z innym mocarstwem, które ma weteranów sprzed 20 lat z miejsca obecnej (no, stosunkowo niedawnej, dlatego też film kończy się tryumfalnym powrotem) obecności swych wojsk?)

A na koniec inevitable happy-end otwierający drogę do sequel'a. Klasyka.

Tagi: Rzym
10:12, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 marca 2012

W 35-tej minucie filmu (spojrzałem na zegarek) stwierdziłem: "Wiem, kto zginie, a kto przeżyje. I chyba nawet znam kolejność ginięcia postaci drugoplanowych". Przewidywania się sprawdziły, tylko w jednym przypadku się pomyliłem: myślałem, że stary Niemal Emeryt zginie 'na ostatniej prostej', tuż przed osiągnięciem spokojnej przystani, czyli później niż Typowy Wojak, a kolejność była odwrotna (aczkolwiek to, że ów Niemal Emeryt zginie po wygranej walce z Główną Drugoplanową Złą Postacią od przypadkowej strzały (której rolę tu akurat pełniła włócznia) przewidziałem). No, i do momentu pojawienia się pozytywnej postaci kobiecej nie pomyślałem o obowiązkowym przecież w takim filmie wątku miłosnym. Chyba wyszedłem z wprawy.

Jednak mimo przewidywalności śmierci, film mi się nawet podobał. Kolejność walk była tak ustalona, że nie zawsze oczywiste było, czy dana postać zginie w tej, czy dopiero w kolejnej walce i czy ona pokona danego wroga, czy też pomści ją trzy minuty później sojusznik. Po wielu amerykańskich CGI-owych centuriach oczy me cieszyła naturalna gromada ludzka, która nawet wyszkolona, idąc krok w krok nie jest w stanie utrzymać jednostajnego wahania włóczni i ekwipunku. Powstałe we wnętrznościach komputera maszerujące pod linijkę grupy zawsze nasuwają mi na myśl parady północno-koreańskich wojsk.

Dodatkowym smaczkiem był "Mickey the Centurion". Jego pojawienie sprowokowało mnie do zorientowania się w możliwości obecności czarnoskórego legionisty w Brytanii. Jak się okazuje, się zdarzały takie przypadki, choć później niż czas akcji filmu i raczej byli to "bardzo północni Afrykańczycy", więc nie tak ciemnoskórzy jak Mickey.

(To, że rolę główną grał Magneto, nie rzucało się w oczy i nie przeszkadzało.)

Zaś oglądając wątek miłosny zamiast popcornu przegryzałem gotowaną marchewkę.

Tagi: Rzym
02:54, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Odcinek przypomniał mi rozważania podjęte podczas zapoznawania się z religiami starożytnego Rzymu: czy nie jest tak, że rzymski politeizm był religijnym odpowiednikiem władzy Senatu? Nawet podczas deifikacji cesarzy stawali się oni tylko jednym z bogów panteonu. Sam zaś Panteon, niczym Senat, nie był monolitem. Były w nim sprzeczności interesów i konflikty. Jeden bóg zaś jest religijnym odpowiednikiem jednowładztwa - więc ugruntowuje rolę Cesarza i minimalizuję rolę niereprezentowanego już w życiu religijnym Senatu, stawiając go na przegranej pozycji w konflikcie z otoczonym opieką jedynego boga cesarzem.

Zastanawia mnie też, czy tylko mnie przemówienie Konstantyna pod łukiem tryumfalnym z okrzykiem: "One Empire! One God! One Emperor!" skojarzyło się z przemówieniami innego znanego unitarysty, czy też taki był zamysł reżysera.

02:43, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

"Right, gentlemen. Dżu-de-a! First thing - these Jews are tough bastards!"

Te zdanie, wypowiedziane przez Wezpazjana tonem porucznika amerykańskich marines (brakowało tylko cygara w zębach) sprawiło, że straciłem jakiekolwiek zaufanie do realności pokazywanych tam postaci.

Syn Wezpazjana, wyjęty prosto z amerykańskiego college'u, na pewno nie pomógł w tej iluzji utrzymaniu.

02:42, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Podejrzewam, że podobnie jak większość krajanów (i nie tylko krajanów), przed obejrzeniem odcinka miałem obraz Nerona jako psychopatycznego mordercy od początku swych dni. Po obejrzeniu zaś zmieniłem nieco zdanie, dowiedziawszy się o jego zasługach w pożarnictwie.

02:40, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Sześcioodcinkowa seria "docudramy" produkcji BBC z roku 2006.

Nie ukrywam, że przed rozpoczęciem jej oglądania moja wiedza o Rzymie była mizerna, ot na poziomie liceum i to skończonego dawno temu. Po obejrzeniu wiem znacząco więcej. Ale...

Ale zastanawia mnie to: sam wybór z tysiącletniej historii Rzymu sześciu "punktów przełomowych", będących treściami poszczególnych odcinków, równie wiele co o historii Rzymu mówi o czasach, w których była ta seria kręcona i te punkty wybierane. Wiadomo, Cezar to mus. Rozumiem obecność Konstantyna, wszak faktycznie zmienił świat. I samo splądrowanie Rzymu musiało się pojawić, by tytuł serii wypełnić. Ale trzy pozostałe? A gdzie Pax Romana? Gdzie Hannibal?

We wszystkich też odcinkach sytuacja wygląda tak, że mamy kilku walczących o władzę samców alfa. Wnioskować by można, że tak "od zawsze" było w Rzymie: nie jeden Cesarz, czy nie wieloosobowy Senat, lecz trzech (triumwiraty), czterech (tetrarchia) lub podobna ilość viri walczyła między sobą o władzę, lecz czy tak właśnie było przez większość czasy trwania starożytnego Rzymu? Nie sądzę, za to ten aspekt podkreśla i sama forma odcinków, jak i - być może - czas kręcenia serii.

Podobał mi się w serii dobór aktorów. Poza Marcusem Marcellusem, którego grał Katon Młodszy same wcześniej nieznane twarze.

Na początku każdego odcinka leci tekst: "This film depicts real events and real characters. It is based on the accounts of Roman writers. It has been written with the advice of modern historians." i ja nie wątpię w ogólną poprawność uzbrojenia (aczkolwiek w szczegółach wyraźnie widać niedoróbki), czy wyglądu miast (urocza jest panorama Rzymu oczami któregoś z najeżdżających go cesarzy), ale brakuje dopiska "Characters has been played by modern american actors.", bo to niestety czasem wyraźnie widać.

Zabawna jest powtarzająca się przebitka z legionistami maszerującymi przez pustynię ubitą drogą 10 metrów przed tym, jak się to ubicie sztucznie kończy. Albo się wytycza szlak (wtedy droga nie powinna przed nimi w ogóle być ubita), albo idzie się drogą dokądś (wtedy nie powinna kończyć się w środku niczego).

Niemniej jednak skłoniła mnie seria do dalszego pogłębienia swej wiedzy, pogłębiając temat ewolucji kształtu scutum.

(Skądinąd ciekawe, co było przyczyną odejścia od rektangularnego kształu scutum, który przecież pozwalał stworzyć antycznego Transformatora. Czy to tak, że spowodowana brakiem dalszej ekspansji Rzymu zmiana zadań armii z ofensywnych do defensywnych, poprzez zmianę struktury i wielkości grup przemieszczających się poza fortami spowodowała inną taktykę obronną i inne uzbrojenie? (LX legionistów uformuje "żółwia", V legionistów - nie, więc im kształt rektangularny niepotrzebny).)

02:38, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 marca 2012

Jestem fanem serialu Wiedźmin. Na tyle, że za aktorów uznaję tylko osoby w nim występujące. Widziałem go - całego, każdy odcinek od początku do końca - jakieś pięć-sześć razy, a gdy ostatnio się zorientowałem, że cały dostępny jest w sieci - zacząłem szukać wolnego czasu, by obejrzeć go po raz kolejny i znów się w tą fikcję zanurzyć po czubek głowy.

Faktem tłumaczącym moje dość niespotykane uwielbienie dla tego serialu może być to, że zawsze gdy go oglądałem, byłem nietrzeźwy. Dzięki temu, mimo wcześniejszego przeczytania prozy Sapkowskiego i zanurzenia się w niej z zachwytem (choć, gdy czytałem ją po raz kolejny, to luki fabularne wielkie jak smok wynurzający się zza kamienia, wyraźnie dostrzegałem i radość czytania mi one psuły), udało mi się zachować dobry humor go oglądając. Dobry humor to podstawa przy oglądaniu komedii, a "Wiedźmin" moim zdaniem jest najlepszą polską komedią od lat 80-tych.

Gumowe smoczki, wiedźminki, Daniel Olbrychski oraz gumowa maska małpiszona jako strzyga. Bez wątpienia na żadnym innym filmie polskim od dawna tak się nie uśmiałem.

Dodatkowym posmakiem komizmu jest wykorzystanie bardzo ograniczonej ilości zamków jako tła fabuły. Miałem okazję w swym życiu być na większości (poza jednym, zamkiem w Grodźcu, który grał rolę Świątyni Melitele), nierzadko dłużej, więc rozpoznawałem widoczne w tle mury i bramy. Jedna z mych ulubionych scen przedstawia Geralta, który wyjeżdża jedną z bram z Malborka (pełniącego rolę stolicy jednego z królestw), po czym jedzie przez mierzeję wiślaną, Bieszczady i nadbałtycką plażę tylko po to, by wjechać do Malborka (obecnie stolicy innego królestwa) inną bramą. Istne cudo!

Na uwagę zasługują też wykorzystane wnętrza. Komnata królewska pusta niczym refektarz klasztoru, boć to przecież muzeum i nic nie wolno w ekspozycji zmieniać. Cudo!

I wreszcie sam Geralt, który może i ma dwa miecze ze sobą, ale notorycznie robi maślane oczy i przeżywa swe dylematy jak przystało na bohatera romantycznego. Cudo!

Im więcej go tu wspominam, tym bardziej mam ochotę obejrzeć wszystkie odcinki ponownie.

Tagi: fantasy
15:27, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Czasem zdarza mi się coś obejrzeć. Film, odcinek serialu - czyli fikcję - czy program dokumentalny - czyli fakt.

Czasem zdarza mi się, że po obejrzeniu danego kawałka sztuki wizualnej mam jakieś przemyślenia, uwagi, komentarze. Które zwykle po kilku dniach lub tygodniach się rozwiewają.  Do tej pory "all these moments were lost, like tears in the rain", ale teraz spróbuję dać odpór przynajmniej częściowy temu zanikowi, korzystając z poniższych (powyższych?) wpisów.

Nie będę udawał, że zamierzam tu opisywać każdy obejrzany film czy dokument. Niektóre po prostu nie skłaniają do przemyśleń - albo skłaniają do zbyt głębokich, by bez dokładnego przemyślenia sprawy cokolwiek pisać.

Nie będę udawał, że oglądam kino ambitne. Niczym fraa Orolo, lubię filmy z wybuchami, zwłaszcza science-ficton. Podobnie jednak, jak to jest z książkami i muzyką, przyswajam różnorakie treści, które tworzą jedyny w swym rodzaju konglomerat konotacji. Obecnie na przykład, ze względu na wątek rzymski, oglądam filmy o starożytnym Rzymie.

A mym ulubionym dziełem filmowym, którego fanem jestem przeogromym i dozgonnym, jest serial Wiedźmin. Wypada więc od niego zacząć - mimo, że minęło już kilkadziesiąt dobrych miesięcy, odkąd widziałem go całego po raz ostatni.

PS. Zdarza mi się też zauważać aktorów znanych mi z innych ról. Zdarza się to na tyle regularnie, że skłania mnie do wniosku, że aktorów jest dość niewielu. Czasem więc może się zdarzyć, że głównym mym przemyśleniem po odcinku serialu może być to, że Mały John usiłuje zabić Allonsy - Allonsa.

03:40, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA