RSS
środa, 27 września 2017

Jak wspomniałem, są polscy aktorzy, których kojarzę nazwiska, a nie twarze i tacy, których kojarzę twarze, a nie nazwiska. W przypadku współczesnych aktorek dochodzi do tego kategoria aktorek, których nazwiska i twarze kojarzę, jedynie nie kojarzę żadnej ich roli. Zamiast grać bowiem, brylują na ściankach, skąd zdjęcia umieszcza większość portali rozrywkowo-informacyjnych.

Jedną z takich aktorek jest Izabella Miko*, o której karierze za oceanem te wszystkie Plotki i Pudelki rozpisywały się równie obficie, co o analogicznie anemicznej karierze Alicji Bachledy-Curuś i przy równie mizernych rzeczowych informacjach o jakichś ich rolach (osobnych artykułów okazywały warte role, które wylądowały na podłodze montażowni, a epizod gdzieś to już było wydarzenie miesiąca, a może i roku). 

Pamiętam pewien artykulik o tym, że teraz już kariera Izy Miko miała nabrać rozpędu, ale niestety feralnym zrządzeniem losu serial o superbohaterze, w którym grała, został zakończony po pierwszym sezonie. Ksywa superbohatera nic mi wtedy nie mówiła (i nadal nie mówi), ale zapamiętałem, że będzie kiedyś taki serial do obejrzenia, by uzupełnić swą kinematograficzną geekowatość.

Nie jest tak, że nie mam innych, zapewne lepszych seriali o superbohaterach do nadrobienia. Ale ten, zakończony po dziesięciu odcinkach, daje w odróżnieniu od pozostałych mi szansę szybko mieć go za sobą i móc zająć się kolejnym. Lub nadrobić 50 zaległych odcinków wciąż trwającej "Szczały".

Wspomniane wyżej aktorki kojarzę głównie z czasu pracy na etat, która zezwalała na godziny cyberslackingu. W tamtych czasach byłem też regularnym czytelnikiem portalu sportowego ZCzuba.pl. W owych czasach, gdy polscy piłkarze robiący karierę na Zachodzie byli równie często spotykani jak polskie aktorki robiące karierę w Hollywood, podczas relacji live z meczów Ligi Mistrzów wprowadzali rubrykę w postaci "[Nazwisko] Watch", gdzie opisywali sytuacje, gdy kamera telewizyjna uchwyciła "naszego" zawodnika. Zdarzały się i mecze, gdzie ta obecność przed kamerą ujmowana była frazami "nadal siedzi na ławce" czy "wstał z ławki, żeby się porozgrzewać". Chcąc nawiązać to tych chlubnych tradycji, pozwolę sobie na użytek niniejszego serialu wprowadzić rubrykę "IZA MIKO WATCH", gdzie będę opisywał jej pojawienia się na ekranie. Jakoś nie sądzę, by z tego powodu notki te były ponadnormatywnie długie.

Przechodząc wreszcie do meritum...

Pierwsza scena zawiera okładkę komiksu "The Cape", nad którą przesuwa się kamera. Jak się później okaże, nie było to przypadkiem. Komiks ten namiętnie czyta syn głównego bohatera i to on podsunie bohaterowi pomysł, by wejść w buty tego akurat superbohatera.

Sam główny bohater ma twarz gdzieś w połowie drogi między Jasonem O'Marą, czyli typowym przeciętnym Joe Smithem, a Iwanem Rheonem, czyli Bękartem Boltona. Ów pierwszy bardziej by w owej epoce pasował na protagonistę, ale był zajęty wtedy "Terrą Novą", wybrano więc kogoś z twarzy podobnego. Te cechy wspólne twarzy jednak z Bękartem (uwypuklane niektórymi grymasami) sprawiają, że mam kłopot, by do końca polubić czy zaufać bohaterowi.

Potem ujrzałem nazwisko Summer Glau w napisach. Fakt, to jest serial z epoki, gdy w każdym filmie i serialu dla geeków grała Summer Glau.

O, jest i Vinnie Jones. A pomyśleć, że chciałem to oglądać ze względu na rzadko widywaną na ekranie (za to dużo w wieściach o celebrytach) Izę Miko.

Jak ten serial - a przynajmniej pilot - jest strasznie pocięty i zmontowany!** Niby poszczególne wątki są przedzielone ekranami z tytułami "rozdziałów", ale te rozdziały to nie tyle odcinki, co sceny czy zestawy dwu-trzech scen (doliczyłem się siedmiu takich "rozdziałów" w odcinku). I przez tę kompresję są wycięto z nich wszystko to, co nie posuwa naprzód fabuły. I wynikiem tego jest bohater, który nas nie przekonuje, w tarapatach, które wydają się naciągane i ćwiczący wyjątkowe umiejętności, które nie wydają się trudne (skoro udało mu się to już za trzecim razem...).

A przecież samo to, co działo się przez pierwsze pół godziny odcinka starczyłoby na cały sezon. Wtedy pewnie narzekałbym na to tak, jak narzekałem na rozwlekłość w przypadku Szczały. Niewykluczone, że zepsuł mnie ten serial.

Serial zaczyna się, gdy nasz bohater, dzielny policjant Vince Faraday (ciekawe, czy lubi w tej pracy zamykanie złych ludzie w klatkach), ma dyrygować ochroną komendanta policji w czasie jego publicznego wystąpienia. Zanim do tego dojdzie, jego koleżanka z pracy ukazuje mu ujawnione w Internecie przez tajemniczego Orwella dane o kolejnych przypadkach korupcji w policji, w tym dwa tyczące ich kolegów z pracy siedzących dwa biurka dalej.

Podczas konferencji komendant zostaje zamordowany. Dokonuje tego tajemnicza postać o pseudonimie Szachy (Chessw masce i ze źrenicami niby wiedźmin za pomocą nowej substancji wybuchowej. Protagonista dobija się do samochodu z zamkniętym w nim swym szefem w chwili, gdy ów samochód wybucha. Oczywiście, wychodzi z tego bez szwanku, zadrapania, oparzenia czy nawet utraty słuchu.

Zdenerwowany obrotem spraw i namówiony przez kolegę, nasz policjant przechodzi do prywatnej policji, która po tym wypadku dostaje zgodę na wprowadzenie pierwszej w Ameryce prywatnej policji na terenie całego Palm City. Nim jednak zdąży się w pracy zadomowić - a nawet nim (przy tym montażu przynajmniej) udaje mu się tam przepracować choć jeden dzień, dostaje maila od tajemniczego Orwella wskazującego na rolę tej korporacji w rozprowadzaniu owej nowej substancji wybuchowej, za pomocą której zginął szef publicznej policji.

Udaje się więc do odludnych wagonów z towarem i gdy upewnia się w podejrzeniu, dzwoni po swego kolegę, który go do tej firmy wkręcił. Ten miast mu pomóc, urządza na niego pułapkę i oddaje go pojmanego Szachowi, który prywatnie jest szefem ww. prywatnej policyjnej korporacji. Ów nakłada mu maskę Szacha i wypuszcza na wolność tylko po to, by dokonać efektownej próby aresztowania, zaplanowanej tak, by nasz bohater jej nie przeżył.

To się oczywiście niezbyt udaje, bo Hugo Protagonista po raz drugi w ciągu kwadransa przeżywa wybuch tuż obok siebie. Ten był na tyle blisko, by cały świat uznał go za zmarłego - ale nie na tyle, by wywołać w nim jakieś obrażenia. Co mi przypomina film "The Wolverine", gdzie główny bohater zostaje pozbawiony swych nadludzkich umiejętności leczenia ran, a i tak postrzelony goni biegiem nadal auto.

Tu jednak bohatera wybuch przynajmniej ogłusza i tak znajdują go napadający na banki cyrkowcy o wdzięcznej nazwie "Karnawał Zbrodni" - a cyrk to jak malowany: jest hipnotyzer, jest karzeł, jest gość na szczudłach, jest wytatuowana blondyna i jest szef cyrku, postawny Murzyn specjalizujący się w sztuczkach z linami i uwalnianiu się z więzów (oraz zawsze potrafi odgadnąć czyjąś wagę, niczym Olgierd Jarosz pogodę)

IZA MIKO WATCH: 16-ta minuta, głaszcze szopa i przechodzi przez kadr; w sumie 5 sekund na ekranie

IZA MIKO WATCH: 17-ta minuta; dwa razy po sekundzie w półzbliżeniu na ekranie; między nimi aktorka w planie ogólnym wyciąga palec i mówi ze wschodnim akcentem (to chyba życzenie producentów, bo mam wrażenie, że w "Coyote Ugly" umiała mówić bez akcentu) jedno zdanie

IZA MIKO WATCH: 18-ta minuta; rozkręca się: cztery mignięcia na ekranie - większość w planie ogólnym i do tego dwa wypowiedziane ze wschodnim akcentem zdania - jedno w zbliżeniu i jedno w towarzystwie

Cyrkowcy rezygnują z zabicia go ("wywieźcie go na pustynie, zabijcie, odetnijcie mu palce i głowę też, jak sądzę", mówi kierownik cyrku), gdy daje im możliwość obejścia zabezpieczeń korpolicji dzięki swej karcie bezpieczeństwa jej pracownika. 

IZA MIKO WATCH: 19-ta minute: jednosekundowe zbliżenie na twarz; a potem, jeżeli pod hełmem i żołnierskimi  goglami ukrywa się ona, a nie ktokolwiek inny, przez kilka sekund widać ją podczas sceny napadu na bank

IZA MIKO WATCH: 20-ta minuta; kolejny napad na bank w masce zasłaniającej całą twarz; nie wiem więc, czy to wliczać, ale napada grana przez nią postać...

Cyrkowcy śpią dzięki niemu na pieniądzach, ale nasz dzielny bohater nie jest szczęśliwy. Wciąż trenuje, bo chce się odegrać na szefie korpolicji. Wie, że tylko dzięki ujawnieniu, że to on jest Szachem uda mu się odzyskać własne życie i będzie mógł spotkać się z żoną i synem bez narażania ich życia. Teraz nie może, więc wykonuje tylko do nich głuche telefony.

Ćwicząc tak przypadkiem zauważa w rekwizytorni cyrku narzutę. Przypomina sobie o komiksie syna i zaczyna nią ćwiczyć. Zauważa to Max Malini, kierownik cyrku, cyrkowy mistrz tego i owego, pokazuje mu lepszy płaszcz, "uszyty wyłącznie z pajęczych nici" i zaczyna go ćwiczyć w walce z jego użyciem.

Równocześnie trenować go zaczynają inni cyrkowcy: karzeł w walce, a hipnotyzer w hipnozie. I, jak wspomniałem powyżej, już to by wystarczyło na parę odcinków, a może i cały sezon. A tak widz dostaje tylko urywki, z których wynika, że taki trening to bułka z masłem, a do postaci nie zdąży się przyzwyczaić.

IZA MIKO WATCH: 28-ta minuta: miga na ekranie niosąc tablicę z numerem rundy niczym profesjonalna ring girl

IZA MIKO WATCH: 29-ta minuta: widać ją w sumie przez kilka sekund w tłumie obserwującym walkę Peleryny z karłem

Lepsze miałem zdanie o grze aktorskiej Vinniego Jonesa. To chyba jednak raczej początki jego kariery w Hollywood niż jej szczyt. Liczę optymistycznie więc wciąż, że w "Galavant" będzie lepszy.

Właśnie z Vinniem Jonesem podejmuje pierwszą walkę Peleryna, chcąc zablokować dalszy transport środków wybuchowych. Pierwsze starcie Peleryna przegrywa, a Vinnie z łuskami na twarzy miast go zastrzelić związuje go łańcuchem i wrzuca do basen portowego, dzięki czemu protagonista ma szansę przeżyć. Wszak uczył się cyrkowych ucieczek od samego Maxa Maliniego przez jakieś siedem minut.

Gdy wraca na miejsce, zauważa inną zamaskowaną postać, robiącą zdjęcia handlarzom śmiercią. Po krótkiej gonitwie okazuje się, że to Orwell, owa tajemnicza informatorka z twarzą Summer Glau. Która jest tak tajemnicza, że zawozi swym Lamborghini czy innym Ferrari Pelerynę wprost do swej przekomputeryzowanej bazy (pewnie w garażu domu swych rodziców, sądząc po fakcie, że swą brykę parkuje tuż na zewnątrz pod gołym niebem). Tam proponuje mu współpracę w walce z Szachem.

W międzyczasie Szach się orientuje, kto mu banki okrada i zleca napad na cyrk, porywając kierownika. Skądinąd zlecając ten napad przez telefon komórkowy ze swego gabinetu na szczycie swego korporacyjnego wieżowca znów ma oczy niczym Geralt z Rivii. To pewnie oznacza, że jest jakimś paskudnym muntantem i to jego prawdziwe oczy, a te wyglądające normalnie i prezentowane światu to wynik soczewek kontaktowych. Zobaczymy...

Przegapiłem w pierwszej chwili: korpolicja ma pełnowymiarowy okręt podwodny. Bo przecież czemu nie, to podstawowe wyposażenie każdego komisariatu w nadmorskim mieście.

W czasie akcji ratunkowej Vinniego Jonesa na glebę powala karzeł, pomagając sobie przy tym kluczem francuskim niemal równie wielkim jak on. Peleryna zaś rusza walczyć z Szachem, po drodze pomagając postrzelonemu podczas próby ucieczki Maxowi Maliniemu, który robi mu dowcip i udaje, że od tego postrzelenia umiera. Gdyby to była śmierć naprawdę, byłby to dobry finał pierwszego sezonu rozwleczonego serialu - a tu zmieszczono to wszystko w 38 minut.

Pierwszą potyczkę Peleryna wygrywa, ale nie jest to zwycięstwo całkowite - Szachowi udaje się uciec, choć jego plan wysadzenia statku i połowy miasta przy okazji spala na panewce dzięki hakerskiej interwencji Orwell. 

A na koniec udający martwego gliniarz przebiera się w strój superbohatera, którego komiksy czyta jego syn i wskakuje w środku nocy na jego balkon, by tam mu przekazać ojcowskie mądrości licząc, że na oko dziewięcioletni syn nie pozna z odległości kilku metrów swego ojca w przebraniu. I faktycznie, nie rozpoznaje.

Powiedziałbym, że trzeba mieć mocno narąbane w głowie, by robić własnemu synowi taką wodę z mózgu jak Hugo Protagonista. Wcześniej czy później, gdy wciąż będzie powtarzać, że widział prawdziwego superbohatera ze swego komiksu, ktoś go weźmie do psychiatry i skończy na silnych psychotropach zapisanych mu celem zmniejszenia ilości halucynacji. Nie jest to droga życiowa, którą wymarzyłbym własnemu synowi. Powiedziałbym tak więc, ale trzeba mieć mocno narąbane w głowie, by po sfingowaniu własnej śmierci zostać superbohaterem.

Ten syn to grę aktorską ma równie udaną, jak Ciri w serialu "Wiedźmin". Zważywszy na ilość cięć w montażu, może już jest na owych psychotropach, tylko montażysta nie uznał tego za warte wspomnienia?

Naprawdę zabawny jest wieńczący odcinek komentarz sprzedawcy na temat pseudonimu Peleryny. Może to przypadek, a może oznaka, że będą jeszcze sceny, dla których warto ten serial będzie obejrzeć.

Grają: jako Max Malini, szef cyrku i nauczyciel trudnej sztuki kapaeiry: Abu 'Imam' al-Walid z "Kronik Riddicka", Big Tim z "Requiem dla snu" i King z "Plutonu"; Summer Glau jako Orwell; jako Szach: Sarek ze "Star Trek: Discovery", Azrael z "Gotham", Leet Brannis z "Agent Carter", Jarvis z "Tron: Legacy", czy Tomasz Cromwell z "Dynastii Tudorów"; Vinnie Jones jako Łuska, zwany tak ze względu na zmiany na skórze (rzekłbym, że mające go obrzydzić, ale mówimy tu o Vinnie'm Jonesie); jako karzeł Rollo: Marty z "Piratów z Karaibów"; Izabella Miko jako wytatuowana Raia; w roli hipnotyzera - ktoś kto wygląda jak Abelard Giza, ale nim nie jest; jako żona protagonisty: Ruth Tyler z amerykańskiej wersji "Life on Mars"; jako szef policji - Harris ze "Star Trek: Enterprise" i Kortar ze "Star Trek: Voyager" i kapitan Sanders ze "Star Trek: Deep Space Nine" i Voval ze "Star Trek: The Next Generation" (już nie mogę się go doczekać jego epizodycznej roli w "Star Trek: Discovery"); i jako jeden z mięśniaków - Baraka z "Mortal Kombat: Annihilation" i Rollo z odcinka 01x08 "T.A.R.C.Z.O.wników". Jak widać, obsada jest zacna i zawiera sporo twarzy znanych skądinąd.

 

* - przy czym szerze tu powiedzieć muszę, że widziałem co najmniej dwie role filmowe Izabelli Miko. Jedna, gdzie ją rozpoznałem, to Cammie w filmie "Coyote Ugly", gdzie wyglądała nad wyraz uroczo tańcząc na barze. Druga, gdzie jej nie rozpoznałem, to Dziewczyna Z Zapałkami w "Panu Kleksie w kosmosie".

** - po obejrzeniu odcinka, by spojrzeć skąd mogłem kojarzyć obsadę, zajrzałem na portal IMDB. A tam stało napisane, że pilot trwa 2 godziny, czyli 120 minut. Jeżeli obejrzeć mi dane było jakoś drastycznie skróconą wersję, to by tłumaczyło ten chaos montażowy - podobnie jak tłumaczyło w przypadku obejrzanego "From Here To Eternity" z roku 1979.

niedziela, 24 września 2017

Choć XVII wiek to nigdy nie był moją ulubioną epoką historyczną (jakkolwiek dekadę temu mą ulubioną epoką były czasy o kilka dekad wcześniejsze), tak się akurat obecnie złożyło, że stłoczyło mi się kilka pozycji z lub o owej epoce w krótkim okresie czasu. Zaczęło się od "Żywota Łazika z Tormesu" (ISBN: 83-05-11909-2), który choć pochodzi z owego wcześniejszego, swego czasu przeze mnie preferowanego, okresu II połowy XVI wieku (z roku 1554, dokładnie rzecz ujmując), to uzupełniony był długim wstępem o literaturze pikardyjskiej Złotego Wieku Hiszpanii, czyli już XVII-wiecznej. "Żywot Łazika" (który kupiłem na Allegro dekadę temu pod błędnym tytułem "Żywot Kazika z Torresu") uzupełniłem zeszytem "Wiedzy Powszechnej" z 1948 roku (brak ISBN) o teatrze hiszpańskim wieku złotego autorstwa Kazimierza Zawanowskiego, a gdy zmienić chciałem zupełnie klimat i sięgnąłem po książkę o tytule "Lucyfer" (ISBN: 97883-242-0655-1) - okazała się ona sztuką niderlandzkiego literata ze złotej epoki Holandii, która czasowo zbiegła się w czasie ze złotą epoką Hiszpanii (oraz, na przykład, Gdańska), Joosta van den Vondela z 1654 roku. Film o polskim konkwistadorze, żyjącym w latach 1592-1656, idealnie się w ten trend wpasował.

Ale prawdę mówiąc, obejrzałem go raczej ze względu na tytuł, jako że ćwierćwiecze temu byłem członkiem commodorowskiej demogrupy o takiej nazwie, a o Arciszewskim nie wiedziałem nic (i sądziłem, że będzie raczej korsarzem późnosiedemnastowiecznym lub wręcz osiemnastowiecznym.

Dokument jest drastycznie różny od większości filmów dokumentalnych, które w ostatnich latach widziałem. Były to bowiem bardziej współczesne produkcje amerykańskie, produkowane na inny rynek, dla innego widza i przez to z wykorzystaniem innych środków stylistycznych.

Przykładem takiej wyraźnej różnicy jest brak jakiegokolwiek CGI. Brak ten jest rekompensowany współczesnymi ujęciami z miejsc (Warszawa, Amsterdam, Pernambuco) lub uroczystości (latynoamerykańska fiesta), o których w dokumencie mowa oraz scenkami z udziałem aktorów we wnętrzach i strojach z epoki. Brzmi to nieco paździerzowato (i może nawet jest, skoro obejrzenie pięćdziesięciominutowego dokumentu musiałem sobie podzielić na trzy części), ale jest ożywczą zmianą. A ujęcia holenderskich kanałów, brazylijskich rzek i fortów lepiej ukazują prawdę o miejscu akcji niż w pełni komputerowo stworzone prostokąty armii walczące na wyssanym z palca grafika terenie. Nie uświadamiałem sobie, na przykład, że pełna rzek Brazylia jest tak płaska.

Niestety, w Warszawie nie spytano o zdanie prof. Warszawskiego.

typowy mieszkaniec Pernambuco

Są obecne oczywiście, jak to w dokumentach bywa, gadające głowy. Tu też ciekawym pomysłem jest to, że o dziejach Arciszewskiego w danym miejscu opowiada osoba tam mieszkająca. Poza, co mnie zdumiało, szantymenem, który na małym akordeonie akompaniuje sobie do śpiewanej szanty o Arciszewskim. Tego się nie spodziewałem.

A szanty po holendersku, którą można usłyszeć w okolicy ósmej minuty, już zupełnie. Nie sądziłem, że w tym języku w ogóle da się szanty śpiewać.

Mimo nietypowej i nieco niedzisiejszej formy, gdy już przebrnąłem przez dokument, okazało się, że co nieco z wtłoczonej w ten sposób wiedzy z mej głowie pozostało. Zorientowałem się, że Arciszewski bliski był Żoużanom[citation needed], po wygnaniu z kraju z katolikami walcząc przeciw protestantom, a z protestantami - przeciw katolikom. Może to dlatego, że był wychowany w wierze ariańskiej, zakazującej wszelkiej wali zbrojnej, a może - na co wskazywałby przykład Joosta van den Vondela - kwestie wiary w siedemnastowiecznej Holandii były nad wyraz skomplikowane.

Dowiedziałem, że że wyspa Nassau, znana mi doskonale z gry "Pirates!" na Commodore C-64, nazwę swą wzięła od europejskiej dynastii, której przedstawicielem był m.in. gubernator holenderskich kolonii w Brazylii, skłócony z Arciszewskim, ale poza tym nad wyraz wychwalany przez historyków i autochtonów.

Zorientowałem się, że Arciszewski poza tym, że wojował, także obserwował ludność tambylczą i słał swe obserwacje do Europy. Ukazały się drukiem w dziele Grarrda Vossa "De theologia gentili et physiologia christiana sive de origine et progressu idolatriae", ale potem ponoć uległy zapomnieniu.

A na koniec się zorientowałem, że jak się zostało w XVII-wiecznej Polsce skazanym na infamię i banicję za morderstwo, to wystarczyło zostać wodzem naczelnym innego państwa w koloniach, by po 23 latach zostać przez kolejnego króla ściągniętym z powrotem i uznanym za godnego dowodzenia artylerią koronną. Nic dziwnego, że Arciszewski - jak śpiewa w jednej ze zwrotek szantymen - "chciał sławy, a złoto miał w dupie, ahoj!". Złotem by się do kraju nie wkupił.

W roli Krzysztofa Arciszewskiego - Donald Tusk z "Ile waży koń trojański?". W roli zamordowanego przez niego prawnika - zmiennik Jacek ze "Zmienników". W rolach gadających głów: czterech profesorów, jeden doktor, jeden archeolog, jeden dyrektor muzeum, jeden "aptekarz i historyk - amator", jeden pułkownik armii brazylijskiej polskiego pochodzenia i jeden szantymen z miniaturową harmonią.

13:22, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 września 2017

Odcinek jak inne*, ale warta odnotowania jest scena, przy której parsknąłem śmiechem, gdy zrozumiałem metahumor.

Jest w pierwszym odcinku serialu "Sherlock" made by BBC noszącym tytuł  "A Study in Pink" taka scena, gdy obok zwłok kobiety da się odczytać słowo "Rache". Pełniący rolę wioskowego głupka Anderson zaczyna tłumaczyć, że to po niemiecku znaczy zemsta, ale mu w pół słowa przerywa Sherlock i dedukuje, że chodzi tu o imię "Rachel".

(o, ta scena)

W tym odcinku, noszącym tytuł "A Study in Charlotte", patrząc na zwłoki zamordowanej kobiety pochodzenia niemieckiego komisarz Gregson, pełniący tu rolę wioskowego głupka, zauważa na jej plecach wytatuowane słowo "Rache". "Co to jest, skrót od Rachel?" - pyta (bo sam najwyraźniej tak skraca imiona). "Być może, ale to po niemiecku znaczy zemsta", odpowiada grzecznie tutejszy Sherlock, bo od tamtego jest lepiej wychowany.

Scena sama z siebie średnia, ale tych dwóch scen w myślach zestawienie - fantastyczne!

A jeszcze zabawniejsze jest to, że w finale okazało się, że ten tatuaż skrywa klucz do ustalenia tożsamości mordercy, ale nie jest to żadne z tych słów.


* - to znaczy: zostaje popełnione przestępstwo, Sherlock przybywa na miejsce zbrodni, zaczyna się wypytywanie podejrzanych, aż wreszcie po mniej więcej piątym podejrzanym Sherlock i Watson dostają nowe informacje, dzięki którym dochodzą do wniosku, że przestępcą jest ktoś, kogo już w tym odcinku spotkali: ktoś przesłuchiwany albo takiej osoby współpracownik lub rodzina. W tym odcinku akurat jeszcze nietypowym smaczkiem jest scena, gdy Sherlock przybywa na miejsce zbrodni, którą badają nieznający go policjanci z innego komisariatu. No i może kogoś zainteresować, że ofiary zostają zamordowane poprzez zatrucie grzybów halucynogennych, którymi się raczą w ramach "mistycznej podróży".

Jako dupowaty podejrzany - szeregowy Eugene Sledge z serialu "Pacyfik". Jako morderca - jeden z wielu anonimowych żołnierzy z filmu "Szeregowiec Ryan". Naukowiec organizujący "mistyczną podróż" to Lile z odcinka 01x16 serialu "Miami Vice". W innej epizodycznej roli - aktor z epizodyczną rolą w odcinku 01x10 amerykańskiej wersji "Life on Mars". Jako sąsiad Sherlocka - burmistrz Aubrey James z serialu "Gotham".

13:30, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 września 2017

Zaczyna się kosmicznie - od ujęcia niewielkiego obiekty kosmicznego (asteroidy? komety?) w pobliżu Ziemi. Chwilę potem zaczyna się robić absurdalnie: para parkuje vana Dodge'a, by podokazywać sobie w środku. W środku dnia, w tak ustronnym miejscu jak środek osiedlowej uliczki, skąd musieli przeganiać dzieciaki grające w unihokeja. Looks legit. A potem się jeszcze okazuje, że w tych romantycznych okolicznościach przyrody chłopak chce się dziewczynie oświadczyć. 

Scena, gdy meteor uderza w Ziemię (w Pennsylwanię dokładnie), a wszyscy starają się zdążyć do schronu, powinna epatować emocjami. A tak jest tak nieudolnie zagrana i zmontowana, że zieje nudą. Nawet mimo tego, że w ostatniej chwili do schronu nie udaje się dostać głównemu pomysłodawcy, a prywatnie ojcowi ww. dziewczyny z vana (i jej brata, któremu także udaje się schronić).

Minęło 10 lat w schronie. Nikt nie postarzał się nawet o rok, jedynie dzieci wyrosły. Musi faktycznie postarzać nas światło słoneczne.

Po dziesięciu latach w schronie padło zasilanie. Okazuje się, że nie działają baterie słoneczne na dachu schronu. Na zewnątrz rusza więc - po oporach kierownika schronu, który nawet już wiedząc o tym, że bez zasilania umrą w nim wszyscy za trzy dni, nie jest chętny wysłać ekipy na zewnątrz - ekipa naprawczo-eksploracyjna, która jest stworzona wbrew wszystkim regułom logiki.

A więc, na wyprawę puszczają ludzi młodych, podczas gdy bardziej doświadczeni "dorośli" zostają w środku, choć to oni ewolucyjnie są bardziej zbędni. Podobnie, na ryzykowną wyprawę pozwala się wyjść chyba wszystkim płodnym kobietom w schronie. Z jakiegoś powodu te plemiona naczelnych, które przetrwały, tak nie robiły. A gdy otwiera się śluza, za którą kryje się nieznany postapokaliptyczny świat z np. nieznanym powietrzem, staje przed nią cała ekipa razem, by gdy coś na zewnątrz okaże się śmiertelnie trujące i błyskawicznie zabijające solidarnie zginąć razem zamiast jednego, wylosowanego królika doświadczalnego. A na zewnątrz natychmiast zdejmują maski, pierwsi nim da się zauważyć jakiekolwiek oznaki życia, a drudzy po to, by im powiedzieć, że powietrze może być skażone. Doprawdy, jeżeli to w owym świecie jest cała ocalała ludzkość, to nie wróżę jej miliona lat dalszego trwania (ISBN: 83-07-02276-2)

Wszyscy wychodzą w kamuflażu moro - ale u jednej dziewczyny spodnie w moro są różowe. Looks legit.

Eksplorując teren ekipa dociera na farmę. Tam atakują ich humanoidalne zamaskowane stworzenia, a gdy drużyna bez chwili wahania zabija wszystkich napastników, pierwsze ich skojarzenie jest takie, że to zwierzęta. Jedna z dziewczyn wprost wyraża zdumienie, gdy słyszy sugestię, że to mogą być ludzie. Mimo że atakujący wyglądają dokładnie jak ludzie w grubych kurtkach z kapturami i goglach narciarskich. Najwyraźniej preppersi w tym schronie byli akurat kreacjonistami.

Trzeba przyznać filmowi, że trzyma poziom. Po naszej dzielnej drużynie na farmę w poszukiwaniu paliwa przybywa dzielna pani ksiądz w koloratce, długim skórzanym płaszczu i kowbojskim kapeluszu. 

Talk to the hand.

A gdy reżyser chce pokazać, że kierownik schronu ogląda przekaz na żywo od ekipy, czyni to jedną ręką.

Potem jadą do warsztatu samochodowego. Para prowadząca wchodzi do środka, po czym w korytarzu obraca się tyłem do wnętrza, bo zagaduje ich idąca kilka kroków za nimi kierowniczka wyprawy. A gdy idą przez ciemne i kręte korytarze, nikt nie ubezpiecza tyłów.

Montaż jest taki, że wyraźnie widać miejsca, gdzie były planowane przerwy na reklamy. To chyba jednak nie był film kinowy już w zamierzeniu.

Jest jedno ciekawe ujęcie z kamery przymocowanej do aktorki, skierowanej na nią, gdy rozgląda się po korytarzach.

A potem zza węgła wychynął creepy mutant. Prawdę mówiąc bardziej przeraża jego uśmiech, niż zielone oczy czy maska z kielicha.

A propos mutantów. Okazuje się, że owe "mutanty" są praktycznie nieodróżnialne od zwykłych zombie: chodzą powłócząc nogami, mają zerową inteligencję i rzucają się na ludzi, by ich rozgryźć. Do tego są tak kiepsko zrobieni, że Cybermeni z pierwszego, oryginalnego Doktora Who przy nich wydają mieć dopracowane kostiumy.

Scena: idzie trójka członków drużyny. W oddali słychać strzały, więc na chwilę przystają. Pierwsza biegiem w stronę strzałów rusza jedna z pań, mówiąc "We move. Move!". Potem biegnie druga, a gdy pan zostaje z tyłu, odwraca się za siebie, widzi, że nikogo nie ma, więc krzyczy "Go, go, go!" i macha ręką do pustej przestrzeni, po czym sam zaczyna biec. 

Ekipa ratowniczo-remontowa jest tak zróżnicowana i wyrazista jeżeli chodzi o swych członków, że dopiero, gdy kilku z nich zginęło zorientowałem się, że na początku liczyła osiem osób, podczas gdy ja byłem przekonany, że sześć. Można by rzec, że są równie bezbarwni jak postapokaliptyczne krajobrazy.

Jako jedna z pierwszych umiera drużynowa medyczka. Zostaje zaatakowana i pogryziona przez zomb... mutantów. Gdy reszta ekipy ją wreszcie oswobadza i zauważając liczne krwawiące rany, pyta jej o postępowania w takim przypadku. Medyczka, choć wygląda całkiem zdrowo, instruuje ich, by poderżnęli jej gardło, bo rany strasznie ją bolą, który to zabieg eutanazji wykonuje kierowniczka drużyny, a prywatnie najlepsze przyjaciółka medyczki. Ja jednak dałbym jakieś środki przeciwbólowe i starał się ją dowieźć z powrotem do schronu, ale wtedy medyczka nie mogłaby jako swych ostatnich słów powiedzieć: "I powiedz mamie, że będą na nią czekać po drugiej stronie".

No tak, skoro była pani ksiądz w skórzanym kapeluszu kowbojskim na mechanicznym odpowiedniku konia, to oczywiste jest, że drzwi w barze w miasteczku będą z saloonu wzięte (choć sensu to nie ma, skoro powietrze jest radioaktywne i lepiej tkwić w zamkniętych pomieszczeniach). Po prostu western post-apo z zielonookimi mutantami miast czerwonoskórych Indian.

Po wyjściu z saloonu, drużyna idzie do szeryfa miasteczka. Bo jest rzecz jasna i szeryf, skoro jest saloon. Ów na pytanie o mutantów odpowiada: "Niektórzy uważają, że przyjechali na grzbiecie meteorytu jakby był płomiennym ogierem. Inni mówią, że meteor zaraził naszą planetę złem. A jeszcze inni głoszą, że mutanci wyszli z piekła w miejscu, gdzie ziemia się rozstąpiła". Dziesięć lat po dziejącej się w naszych czasach apokalipsie mówi to 50-letni mężczyzna. To nie najlepiej świadczy o poziomie amerykańskiej edukacji.

Gdy w środku nocy (o północy?) mieszkańcy miasteczka zamieniają się w zomb... w mutantów, będący w saloonie członek ekipy chwyta w obronie własnej oparty o kontuar miecz. Bo przecież w każdym amerykańskim miasteczku, w którym jest saloon, musi być miecz.

Skądinąd, nawet ci pół-mutanci, którzy za dnia wyglądają i zachowują się jak ludzie, po nocnej zamianie w zielonookich mutantów stają się głupi jak zlewozmywak. Drużyna ukrywa się w saloonie z dużymi oknami, a żaden z mutantów nie wpada na pomysł, by wybić okno i wejść do środka przez dziurę.

Pani kowbojka ma ksywę Kaznodzieja (Preacher) i twierdzi, że mutację spowodowało to, że meteor walnął w reaktor nuklearny "i wszystko w wybuchu zostało zmienione" ("everything in the blast got changed"; podaję w oryginale, bo nie wiem, czy na tyle znam język, by umieć przetłumaczyć bełkot, który nie ma żadnego sensu), a "im co jest głębiej, tym mniej zostaje zmienione".

Pan Kaznodzieja błąkająca się po postapokaliptycznym świecie ma nienaganny makijaż i nad wyraz zadbane długie włosy. Akurat czytałem niedawno o tym, by w przypadku skażenia radioaktywnego unikać odżywki do włosów, ale reżyser najwyraźniej nie. Albo Kaznodziejce jest już wszystko jedno.

Ojejku. Pani Kaznodzieja z szefową drużyny idzie po nocy do kościółka na uboczu, by tam przy ołtarzu, podczas ujęcia, gdzie pół ekranu zajmuje krzyż, wyznać jej swoje winy: wcale nie jest kaznodzieją, a tylko znalazła takie ciuchy lata temu; nie chce być żadnych oszustem ni heretykiem, ale ludzie lepiej ją traktowali, gdy była w tym stroju, więc go nadal nosi. Podczas tej sceny zrozumiałem: to nie tylko jest kiepski film telewizyjny, to jest kiepski telewizyjny film post-apo telewizji katolickiej. Ludzie noszą krzyżyki, mówią o piekle i miłosierdziu Bożym, ich wiedza naukowa jest niemal zerowa... to produkcja w sam raz film do telewizji Trwam.

Ponieważ pani Kaznodzieja wyznała swe grzechy w kościele, w kolejnej scenie dostaje kosę w brzuch (i już dalej wiecie...).

A dzieje się to podczas sceny, gdy kierowniczka drużyny spotka swego zmutowanego byłego chłopaka, który chciał się jej oświadczyć w vanie. Przed śmiercią z jego ręki ratuje ją Kaznodziejka, a gdy ów ją zabija, kierowniczka drużyny odcina jej biczem głowę swemu byłemu. Późniejsze odrzucenie znalezionego pierścionka zaręczynowego nie ma jednak ten mocy co Arnoldowe "Uznaj to za rozwód".

Film kończy się małe ekscytującym heppy-endem: po zabiciu mutantów w wiosce, ekipa wsparta resztkami z zaatakowanego w międzyczasie schronu rusza w stronę Przystani ("Haven", bo nawet w katolickim filmie "Heaven" jako cel wyprawy to byłoby już za dużo), czyli miejsca bez mutantów i radiacji. Zatrzymuje się, by zakopać zmarłą Kaznodziejkę, której strój przywłaszczyła sobie kierowniczka drużyny (bo zaśpiewały razem psalm w kościele i Kaznodziejka jej powiedziała, że z takim głosem też może mieć swoje stado; true story), a wtedy tuż obok wyłania się ojciec kierowniczki i jej brata, który w (umiarkowanie) dramatycznych okolicznościach nie zdążył do schronu w chwili wybuchu. Oczywiście jest zdrowy i strasznie się za dziećmi stęsknił (z kierowniczką podróżuje jej brat) i zaraz ich zaprowadzi do celu ich podróży. I tu następuje koniec, by przypadkiem nie nadwyrężać budżetu pokazywaniem jakiejkolwiek jeszcze lokacji.

Jedynym udanym wątkiem finału jest leżąca na zieli tablica, tłumacząca nazwę: wcześniej głosił "Chevenne" albo nawet "Cheyenne", ale "C" zostało niemal całkowicie zamazane i stąd owa na wpół mityczna nazwa.

Wśród tych bezbarwnych twarzy błąkających się po bezbarwnych bezdrożach bez problemu rozpoznałem tylko jedną. To ojciec kierowniczki drużyny, który pojawia się wyłącznie w kilku pierwszych i ostatnich minutach filmu. A rozpoznałem go dlatego, że grał w odcinku "Miami Vice" o piekielnych wikingach na motocyklach

Kaznodziejkę grała piosenkarka Ashanti, która do tej pory zagrała w 56 produkcjach, z których 90% miało jej imię w tytule. W roli szeryfa jakiś gość, co grywa głównie w westernach, sądząc po tytułach. W roli bezsensownie się pojawiającego i zmieniającego strony w czasie walki gigantycznego mutanta - Frankenstein ze "Stana Helsinga". Reszty aktorów nigdzie nie widziałem i raczej nie zobaczę (choć dwoje zagrało epizody w serialu "Fargo", a jedna zagrała reporterkę numer 3 w jednym z nowych odcinków "Szczały", więc może jednak...).

12:41, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 września 2017

W odróżnieniu od sąsiednich, odcinek ten zwrócił mą uwagę na tyle, by o nim coś skrobnąć, bo osią fabularną było morderstwo nieoficjalnego wysłannika Rosji w sprawie (między innymi) zakończenia wojny na Ukrainie. A dzięki temu trafiło się nawet słowo o Polsce.

Dwóch Rosjan zostaje zastrzelonych przed klubem nocnym, z którego w pośpiechu wychodzą. Zabójcy, para Ukraińców, odjeżdża z piskiem opon, ale tracą kontrolę nad samochodem, zaś ten, kto ją przejmuje sprawia, że auto z nimi w środku spada z mostu.

Dopiero jakiś czas później się okazuje, że rosyjski oligarcha (w odcinku jest jeden młodociany specjalista Sherlocka; to on w imieniu widza pyta "co?" przy każdej okazji, więc także i słowo "oligarcha" Sherlock mu tłumaczy; jako "opryszki - miliarderzy") poza ustalaniem szczegółów renowacji portu w Connecticut ustalał właśnie szczegóły "końca wojny" z US State Department Undersecratary For European's Affairs (która, by było bardziej na miejscu, etnicznie była Azjatką). Tak jest, koniec wojny na Ukrainie załatwia podsekretarz stanu USA w Nowym Jorku. Tak widzą geopolitykę widzowie amerykańskiej telewizji.

Najpierw konsultujący detektywi przyglądają się firmie, w której powstał kod do przechwytywania pojazdów. Okazuje się, że napisała go programistka z zaburzeniami ze spektrum autyzmu (sama się definiuje jako osoba neuroatypowa), patologicznie prawdomówna. Gdy zostaje wyeliminowana z puli podejrzanych, dyrektor firmy opowiada, że dostęp do kodu mieli wszyscy w biurze, a co więcej - parę tygodni temu mieli włam na serwery. Nie zgłosili tego, bo była to rewizyta po tym, jak ich hakerzy włamali się na serwery konkurencji sprawdzić, nad czym pracują. Dyrektor bagatelizuje te naruszenia obowiązujących przepisów prawnych twierdząc, że "to część kultury w tej branży". Tak widzą innowacyjne firmy informatyczne widzowie amerykańskiej telewizji.

Sherlock i dr Watson zaczynają więc szukać podejrzanych wśród tych, którzy chcą dalszej wojny. Wpierw ktoś rzuca im, że skoro mordercy byli Ukraińcami, motyw może mieć sam rząd Ukrainy. "Ten kraj w czasie wojny otrzymuje dary charytatywne i może ktoś je przygarnia i nie chce, by się ten strumień skończył". Tak widzą Ukraińców widzowie amerykańskiej telewizji.

Następnie Sherlock i detektyw Bell udają się na miejsce zbrodni, wcześniej od świadka usłyszawszy, że Rosjanie wyszli z klubu po tym, jak ochroniarz przyjrzał się jednej z tancerek. Sherlock wśród nich rozpoznaję agentkę rosyjskiego wywiadu, znaną mu z przeglądanych akt brytyjskiego wywiadu. Ona jednak twierdzi, że nic z tym nie ma wspólnego, jest tu z powodu innego oficjela. Tak widzą Rosję widzowie amerykańskiej telewizji: jako państwo, którego agentkami mogą być nawet tancerki w nowojorskim klubie go-go. Na szczęście łatwo je rozpoznać: nie potrafią zgubić ciężkiego rosyjskiego akcentu.

Potem podejrzenie pada na handlarzy bronią, wszak oni na wojnie zarabiają. Ten, który zaangażowany jest najbardziej okazuje się niewinny jak łza: chce on zakończenia wojny, bo Rosjanom broni i tak nie sprzedaje (robią sobie sami), a jedynie elektronikę, a Ukraińców tak jak cała branża sprzedaje na kredyt (bo go do tego przekonali "przyjaciele z D.C."). Gdy wojna się zakończy, Ukraińcy będą musieli zapłacić, a z Rosji zostaną zdjęte sankcje, dzięki czemu rubel się umocni, a jego płatność za elektronikę w rublach zyska na wartości. Konkurencja ma to samo, więc cała ta branża okazuje się niewinna.

Na pytanie, kto mógłby czerpać zyski z trwania wojny, handlarz bronią rzecze: "ci, którzy handlują towarami, na które nałożono Rosji sankcje" i wymienia wprost kilku tych, którzy czerpią z tych sankcji profity: holenderski gaz ziemny, azerbejdżański kawior, polska wódka i norweskie drewno. Idea, by dyrekcja Polmosu zleciła zabicie rosyjskiego oligarchy przed nowojorskim nocnym klubem, na tyle zachwyciła mój umysł, że przez chwilę nie skojarzyłem, że przecież Norwegia postanowiła zakazać wycinki lasów w całym kraju, więc jak niby ma wykorzystać sankcje na rosyjskie drewno? A jeszcze później skojarzyłem, że odcinek wyemitowano niecałe pięć miesięcy przed wprowadzeniem tego zakazu - ale idea, by Norwegia pragnęła zwiększyć eksport drewna wcześniej też nie była przekonująca.

Aż na końcu okazało się, że zleceniodawcą był dyrektor firmy, w której Sherlock zawitał na początku, bo stworzyła kod komputerowy zdolny do przechwytywania aut i zrobienie tego, co zleceniodawca morderstwa zrobił parze Ukraińców. Okazało się, że firma ta pracuje też nad silnikami rakietowymi, a do czasu zakończenia wojny Rosja nie może sprzedawać swoich (tak popularnych, że jedynych) i zbyt szybkie zakończenie wojny sprawi, że nie zdąży zakończyć prac nad swoimi zanim znów na rynku pojawią się rosyjskie. To wszystko wyciąga z niego - z pomocą neuroatypowej programistki, która bardzo lubi koty - Sherlock wioząc go przez miasto w uprowadzonym elektronicznie samochodzie tuż pod komisariat.

I tak się odcinek kończy

(nie licząc międzyodcinkowego wątku ojca Sherlocka, pana Morlanda Holmesa, który pojawia się na początku czwartego sezonu i okazuje się być wpływowym graczem wśród elit tego świata; w tym odcinku akurat Watson odkrywa, że był on w związku z zastrzeloną dwa lata temu kobietą, a jego zachowanie wskazuje, że on też ucierpiał podczas owej strzelaniny i obawia się jej powtórzenia; wątek ten zakończy się pewnie właśnie takową, tylko jeszcze nie wiem, czy Sherlock uratuje swego ojca i ów znów wyjedzie na zawsze z miasta, czy też Morland Holmes umrze na rękach swego syna; okaże się pewnie w finale sezonu)

i tak kojarzyć będą wojnę na Ukrainie widzowie: dzieje się gdzieś w dzikim kraju, gdzie lokalni rządzący przywłaszczają sobie majątek płynący im z pomocą, handlarze bronią charytatywnie dają broń Ukraińcom na kredyt, zyskują na tej wojnie polscy producenci wódki i norwescy drwale, a rozwiązać to musi Podsekretarz Stanu USA, bo nie ma innych autorytetów w branży. Looks legit. 

Słowa nie ma o tym, jak te rozmowy pokojowe wyglądały (a przecież grono podejrzanych politycznie byłoby inne w zależności od tego, gdzie po jego zawarciu stacjonowały by wojska rosyjskie). Słowa nie ma o tym, kto wojnę zaczął (wojna jest i tyle; jebło to jebło...). Jest gdzieś tam na obrzeżach cywilizowanego świata wojna, więc Ameryka jako światowy policjant z dobroci serca chce jej zakończenia. 

I w żaden sposób się nie łudzę, że jak wojna ta rozleje się dalej, w tym na nasze tereny, to zostaniemy przedstawieni w amerykańskich serialach jakoś znacząco inaczej.

11:46, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 września 2017

Przez pierwsze sekundy zastanawiałem się, czy to aby nie "Sonda", bo powitało mnie ujęcie na koronalny wyrzut masy na Słońcu, a potem na powierzchnię Słońca w na tyle dużym zbliżeniu, że da się policzyć plamy słoneczne. Dopiero gdy sekundę później pojawiło się to słońce w oddali nad florydzką plażą, zrozumiałem, że nie.

Scenę prologu przed czołówką wieńczy ujęcie na Porsche 911 zasypywane tonami piachu do muzyki "Angry Young Men" Teda Nugenta, który gra tu rolę przestępcy, zabijającego człowieka, pakującego go do owego Porsche i zasypującego go wywrotką piachu. Doprawdy, jeżeli chodzi o intensywność doznań, ten odcinek się już znacząco wyróżnia.

OK, tuż po napisach pojawia się żart o sztuce Becketta luźno rzucony, gdy Sonny i Rico czekają na przybycie ich kontaktu. Moje zdumienie rośnie.

Pół minuty później Sonny zauracza się opalającą się nieopodal plażowiczką, która natychmiast zostaje tu ukazana w stylu soft porno, długimi ujęciami podkreślającymi jej wszystkie fizyczne atuty. Wrażenie to potęguje lecący w tle lekkostrawny motyw muzyczny na saksofon. A potem pani robi z siebie Miss Mokrego Podkoszulka, ubierając dla ochłody (przypominam: Słońce nad plażami) przemoczony podkoszulek i zdejmując pod nim górę od bikini.

Na początku odcinka myślałem, że to "Sonda". Po sześciu i pół minutach przekonany byłem, że "Pamiętniki Czerwonego Pantofelka" (gdzie zresztą też ta pani grała), czy inne "Listy do Playboya". Ciekawe, co będzie dalej.

(Cały początek odcinka, aż do scen z panią na leżaku (i ze sceną z zasypywanym Porsche) można sobie obejrzeć tutaj.)

Potem jednak jest już bardziej normalnie: mafioso chce iść na współpracę i zacząć sypać swych ziomków, ale wpierw chce ujrzeć swą siostrę, która od dwu lat jest w programie ochrony świadków. Z związku z tym do Miami przylatuje nieco obleśny czarnoskóry agent federalny z Waszyngtonu.

Sonny usiłuje pomóc panience - żalącej się, że ma złego męża - a ta korzystając z okazji zaciąga go do łóżka. Wtedy zza węgła wybiega zazdrosny mąż, daje Sonny'emu po mordzie i na kopach wygania go z mieszkania (no, apartamentu nr 960 w hotelu). Zdumiony Sonny stoi na korytarzu nie wiedząc, co ze sobą zrobić, aż po dłuższej chwili postanawia pójść do domu, bo co tak będzie sam siedział.

Dziewczyna wrabia Sonny'ego w kupno dwóch kilo koki od jej męża, tłumacząc mu, że tą transakcją wytłumaczyła swe spotkania z Sonny'm.

Jej zazdrosny mąż, w scenie, która nie ma żadnego sensu, wychodzi z gołą klatą na balkon i w powietrze wypowiada tytuł odcinka.

W zdumiewającym finale wątku mafiosa, gdy już wreszcie udaje się rozwikłać moralny konflikt między ilością informacji, które dostarczyć może współpracujący mafioso (padają zdania o padających siatkach przestępców w całych Stanach Zjednoczonych) a bezpieczeństwem osoby poddanej programowi ochrony świadków, nieco tylko nadużywając przy tym mobbingu, gdy następuje spotkanie mafiosa z jego siostrą, która obawia się śmierci z jego ręki, siostra zabija mafiosa kosą w brzuch (i już dalej wiecie...). Gdy wkoło rozpoczyna się panika, oddalony niezidentyfikowany strzelec zdejmuje umazaną krwią siostrę.

W nieco mniej zdumiewającym finale wątku molestowanej żony, gdy Sonny udaje się na miejsce spotkania okazuje się, że to miejsce akcji sceny sprzed napisów, a mąż dziewczyny wychodzi zza węgła i usiłuje zabić Sonny'ego, tak jak jego poprzedników, a potem zasypać go wraz z autem piachem. Gdy to się nie udaje, a miejsce popełnienia wykroczenia bada policja, znajduje pod sąsiednimi hałdami co najmniej trzy samochody. Sonny wraca więc do dziewczyny, która okazała się współorganizatorką seryjnej zbrodni, tylko po to, by miast do łóżka odprowadzić ją na helikopter do więzienia. Po czym stoi i smętnie patrzy na ocean miast się cieszyć, że co se poruchał, to jego.

W roli panienki - obiektu zauroczenia Sonny'ego - żona Długowiecznixa (Agecanonixa) z wersji "Asterix i Obelix kontra Cezar" z żywym, pełnowymiarowym Gérardem Depardieu. W roli jej męża - przestępcy - Ted Nugent, wokalista i gitarzysta rockowy. Jako waszyngtoński nieco obleśny agent federalny - sędzia Seymore Walsh z "Ally McBeal". Jako siostra mafiosa - Tincoo z jednego odcinka "Star Trek: Voyager". W epizodycznej roli - komandor Williams ze "Star Trek: Enterprise". A jako jeden z policjantów - jeden z producentów tego serialu.

Tagi: Miami Vice
22:52, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 września 2017

Odcinek zaczyna się sceną, w czasie której Stan Switek bierze udział w konkursie prowadzonym przez samego Phila Collinsa (znaczy, on się tu zwie Phil Mayhew, ale to nie jest tak, że to nazwisko pada jakoś często, podczas gdy imię trafiło nawet to tytułu odcinka) wiedzy na temat Elvisa Presley'a. Jest wyraźnie lepszy - zarówno w testach na wiedzę, jak w testach sprawnościowych - od przygłupiego przeciwnika, ale w nad wyraz podejrzanych okolicznościach przegrywa finał i nagrodę 100 tysięcy dolarów z owym głupkiem.

Phil Coll... Mayhew.

Zdenerwowany tym Switek próbuje zaprzęgnąć do pracy swój wydział, ale kończy się to dla niego niepomyślnie - nie dość, że porucznik Castillo nie wyraża zainteresowania, to jeszcze zwraca mu uwagę, że na ten dzień oficjalnie "wziął chorobowe", więc obcina mu dniówkę i każde robić dwie zmiany dnia kolejnego. 

Tymczasem reszta ekipy stara się dopaść wielkoformatowego dilera kokainy. W ten wątek włącza się sam Phil, który po przejęciu od głupka większości nagrody ("Dla mnie 80 tysięcy, bo mogłem na twoje miejsce wziąć kogokolwiek", tłumaczy mu) szalejąc z zakupami u jubilera podrywa dziewczyną dilera, fundując jej naszyjnik z pereł, który akurat oglądała. Bo kto bogatemu zabroni?

Phil część pieniędzy przeznacza też na wystrój swego domu, gdzie zamierza urządzić przyjęcie dla bogatego towarzystwa, od którego zamierza wyłudzić więcej kasy. I tu pojawia się znana postać rekurencyjna - Izzy Moreno, Kobieta Pracująca Miami - który w tym odcinku jest dekoratorem wnętrz. Bogatych wnętrz, do których wejścia warto znać, podobnie jak ich właścicieli. Proponuje wystrój w stylu hemingwey'owskim ("Hemingwayesque"), ale Phil - zna swój swego - wyczuwa w nim oszusta. Izzy Moreno proponuje mu więc swe kontakty i tym Phil jest już bardziej zainteresowany.

Obecność Izzy'ego okazuje się być pomysłem Switeka, który robiąc podwójne zmiany nie ma czasu samemu rozpracowywać Phila. Reszta ekipy jest tym na początku wkurzona, ale ostatecznie akceptuje jego oddolną inicjatywę, skoro już Izzy'emu udało się nawiązać kontakt.

Na imprezie u Phila dziewczyna dilera usiłuje Sonny'emu i Rico sprzedać pięć kilo koki, ale gdy sam Phil - stroniący od narkotyków - zauważa kokainistów w swym domu i słyszy, ile wydają na biały proszek, oferuje im lepszą cenę za produkt, którego nigdy nie zamierza im dostarczyć. Co tłumaczy wprost wielkoformatowemu dilerowi, gdy ów ściąga go do siebie i chce dać nauczkę za bycie dla niego konkurencją.

By wyjść żywym z tej sytuacji, Phil staje się pośrednikiem w zakupie. Wraz z nim na zakupy wybierają się Sonny i Rico i finał wygląda tak jak zwykle: wywiązuje się strzelanina, podczas której diler i jego obstawa giną. Sam Phil korzystając z zamieszania bierze walizkę z 75 tysiącami dolarów od kupujących, wsiada do swego samochodu i umyka gdzie pieprz rośnie. Zrozpaczony Switek rzuca pytanie, czy policja pozwoli mu tak bezkarnie odejść wolno, na co Sonny odpowiada "On nie odszedł, on odjechał".

Cała akcja dzieje się u podnóża Miami Eye.

Epilog odcinka zaś to idealny wstęp do teledysku "Jesus He Loves Me" Genesis[citation needed]: Switek i Larry Zito - który go dopingował z widowni podczas turnieju i wraz z nim robił podwójne zmiany - widzą w telewizorze Phila (i towarzyszącą mu dziewczynę dilera) wyciągającego kasę jako telekaznodzieja.

You see the face on the TV screen coming at you every Sunday...

W takim odcinku nie mogło zabraknąć piosenki Phila. Podczas testów sprawnościowych w teleturnieju (zwanym "Rat Race") oraz pod napisami końcowymi leci jego "Life is a Rat Race", wcześniej mi nieznane (teledysk pokazuje sporą część scen z Philem z tego odcinka). Do tego "Pick It Up (And Put It In Your Pocket)" Stana Ridgway'a, "Rock by Day, Roll by Night" Eugene Smith'a oraz "Knock on Wood" w wykonaniu Erica Claptona.

Choć gwiazdą odcinka bezapelacyjnie jesty Phil Collins, nie jest on jedyną znaną mi tam twarzą: jako przygłupi uczestnik teleturnieju występuje sam Joe Earley z "UHF" (nietrudno poznać, nawet ma podobną fryzurę), a jako dziewczyna dilera - Lace Pennamin, czyli ukochana Travolty z "Fenomenu". Reszta trzecioplanowych aktorów nie zabłysła już nigdzie indziej.

Tagi: Miami Vice
13:16, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA