RSS
sobota, 04 lutego 2017

Piękny odcinek o pięknym koncepcie życia po śmierci (akurat czytam na ten temat książkę (ISBN: 83-86385-49-9); wot, koincydencja!). Tylko zakończenie jest moim zdaniem niezrozumiałe.

Film zaczynają sceny w scenerii lat 80-tych (dokładnie, koło '87-'88; musiałbym sprawdzić po muzyce, ale stylistyka była dokładnie tego wycinka owej dekady, choć kilka scen na początku wyglądało jak filmy z lat 90-tych o niewinnych latach 80-tych). Zdumiałem się tym, ale i zachwyciłem, bo przypomniały mi o jednym z dwu doskonałych seriali policyjnych z Donem Johnsonem te pastelowe stroje, fryzury i różowe neony.

Rzecz dzieje się w San Junipero. Kilka scen, oddzielonych odstępami jednego tygodnia, pozwala się zorientować, że ów rok 1987 (lub 1988) to tylko dekoracje jednego z miejsc do zabawy i są też i takie o innych czasoprzestrzennych współrzędnych (jedna z postaci mówi: "Try different time. Here in '80, the '90s, 2002 one time."), a stąd już niedaleko do wyjaśnienia, że jest to VR stosowane przez ludzi; skoro pada mowa o śmierci - że przez ludzi umierających (innym ogranicza się dostęp, by nie nadużywali?), a skoro mowa o "obcowaniu z martwymi" oraz "lokalsach" - że część z obecnych w VR ludzi to nie są podłączeni żywi ludzie.

Później okazuje się, że w chwili śmierci można się na stałe przenieść do San Junipero. Jedna z dwóch głównych bohaterek tego chce, druga zaś nie.

Pierwsza ma swoje powody, które jako osoba, której mottem jest "Osiągnę nieśmiertelność lub umrę próbując!", jako ktoś kto boi się swej jednostkowej śmierci, rozumiem całkowicie. Można dalej być! Co prawda tu ludzie uciekają w hedonizm, ale można przecież trwać dalej i dalej poświęcać się swej pasji. Wreszcie byłby czas przeczytać wszystkie książki świata! Co więcej, wciąż jest się młodym i zdrowym i nie trzeba pracować. Istny raj!

Druga ma swoje powody, które jako ojciec i mąż rozumiem całkowicie. Umarła jej dorosła córka, zanim była możliwość zapisu do San Junipero. Wiele lat później, po 49 latach małżeństwa, odszedł jej mąż mówiąc, że skoro jego córka nie mogła się tam dostać, to on też na to nie zasługuje. A ona sama nie chce spędzać wieczności bez nich. Woli już nie istnieć niż istnieć dalej bez nich.

Zawsze mi się wydawało, że jedyną logiczną odpowiedzią na pytanie: "Czy chcesz żyć wiecznie w idealnej wirtualnej rzeczywistości?", jest: "Oczywiście!". A teraz widzę, że może istnieć taki bagaż doświadczeń, który nawet bezbolesną egzystencję w idealnym wymyślonym świecie uczyni zbyt ciężką. Jeżeli czegoś w życiu bym chciał, to nigdy nie musieć dźwigać takiego ciężaru.

Para bohaterek się żeni, by ta, która chce odejść w niebyt, podpisała odpowiednie papiery za tę, która chce się przenieść do San Junipero (nazywa się ten proces "wygaszaniem", by nie wzbudzać niepotrzebnych emocji). I OK, to jest zrozumiałe.

Ale potem ta, która woli nie być z mężem i córką niż być bez nich, decyduje "że jest gotowa" i podczas jej umierania uploadują ją do pamięci San Jupitero. Było to tak niezrozumiałe zachowanie z jej strony, że przez chwilę się zastanawiałem, czy nie przegapiłem parosekundowej sceny, w której popadła w śpiączkę, a decyzję o wgraniu do systemu podjęła jej żona, której ciało co prawda umarło, ale duch pozostał. To by oznaczało, że z czasem owe symulacje ludzi przejęły by władzę nad ludzkością ("Umarłem w czasie pełnienia urzędu? Ależ to jestem nadal ja, tylko bez ciała, moja kadencja nie dobiegła jeszcze końca!", czy banalne "Co prawda umarliśmy pięć lat temu, ale dopóki nasze dziecko stanie się pełnoletnie, jesteśmy jego pełnoprawnymi opiekunami."), co zdaje się być faktycznie negatywnym skutkiem ubocznym tego znakomitego pomysłu, jakim jest wirtualny raj.

Okazuje się jednak, że takiej sceny nie było, co oznacza, że bohaterka postanowiła ni z tego ni z owego nagle po wielu latach konsekwentnego się go trzymania zmienić zdanie i zostać na wieczność. Co nie jest już aż tak straszne (więc pod napisami końcowymi jako straszaki pokazane są roboty umieszczające ampułki z danymi zmarłych w serwerach; nie straszy mnie to, bo to oczywiste, że zajmować się będą tym roboty, a jedynie zastanawia mnie, jak mają okablowaną swą serwerownię, która utrzymuje łączność między "duszami" a "rajem"), ale za to kompletnie niezrozumiałe.

W roli tej, co chce zostać w raju - aktorka, której nie widziałem, ale może rozpoznam ją z "Blade Runner 2049". W roli tej, która chce odejść w niebyt - Tish Jones, siostra Marthy Jones z "Doktora Who". A propos - w roli doktora gość, który rok wcześniej wystąpił w serialu "Simulated Dead People", który mówi mniej więcej o tym samym, co ten odcinek (miał też epizod w jednym odcinku "Doktora Who").

Fantastyczne jest filmografia Leigh Daniels, grającej tu anonimową tancerkę. Poza tym odcinkiem wystąpiła też w "Agatha Raisin" (w roli tancerki), "Alicji po drugiej stronie lustra" (w roli tancerki), "Avengers: Czas Ultrona" (w roli tancerki), "Muppetach: Poza prawem" (w roli tancerki), "Wielkich nadziejach" (w roli tancerki), "Mrocznych cieniach" (w roli powolnej tancerki), "Jednym dniu" (w roli tancerki), "Podróżach Guliwera" (w roli lilipuciej tancerki), "Alicji w Krainie Czarów" (w roli tancerki), "Dorianie Gray'u" (w roli tancerki), "Księżnej" (w roli tancerki) i "Upiorze w operze" (w roli zamaskowanej tancerki). To się nazywa dopiero trzymanie się swego emploi (które, trzeba przyznać, przełamują dwie role: młodej pielęgniarki w krótkometrażówce "For George" i sprzedawczyni w "Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street").

Odbiciem jej kariery jest kariera grającego tu policjanta Paula Blackwella, który grał policjanta też w odcinku 02x04 "Black Mirror" (który, prawdę mówiąc, przegapiłem) i 73 innych produkcjach filmowych. Jestem pod wrażeniem konsekwentności w doborze ról.

18:12, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 lutego 2017

Trzeci odcinek trzeciego sezonu "Black Mirror" mógłby się wydarzyć nawet i dzisiaj. Właściwie od czasu, gdy 4chan go ujrzał, prawdopodobieństwo zaistnienia takich wypadków znacznie się zwiększyło.

Fabuła tyczy przestępcy wykorzystującego typową ludzką głupotę komputerowo - internetową i przechwytującego dane, którymi mógłby zniszczyć życie komputerowych analfabetów, by szantażując nimi skłaniać ich do popełnienia przestępstw. Co okazuje się rzeczą tu wykonalną i myślę, że mając odpowiedni leverage szantażysta byłby w stanie i w naszym świecie tak dokonywać zbrodni.

Przez chwilę myślałem, że gdyby chcieć wykonać taki plan, kluczowe jest zabezpieczenie anonimowości. Co dla kogoś, kto produkuje malware, nie powinno być rzeczą trudną. A nawet jeśli - od wielu lat jestem nie na bieżąco z obecnym stanem wiedzy nt. bezpieczeństwa w sieci - nie da się zapewnić całkowitej niemożliwości dotarcia do źródła szantażu,

(co jest konieczne dla przedsiębiorcy prywatnego, nastawionego na zysk; liczy on, że się zdobyczą będzie cieszył i jest na tyle inteligentny (skoro potrafi produkować malware), że ma świadomość tego, że służby rzucą się w pogoń - w tym i w cyberprzestrzeni - za nim, więc jeśli zostawi jakieś ślady, wcześniej czy później na nie trafią i go dopadną)

to nadal jest to wspaniałe narzędzie dla hakerów w czasie konfliktu międzynarodowego: cóż ukraińskim służbom specjalnym da wiedza, że nastolatek, który zaparkował samochód - pułapkę pod wejściem do ukraińskiej Dumy, miał sprzęt zarażony malwarem rosyjskim? Cóż dała Amerykanom wiedza, że ślady przecieku poczty Hilary Clinton prowadziły do Rosji? Nic, mogli co najwyżej dopisać to do poświęconej wydarzeniu stronie na Wikipedii. I dlatego do walki wywiadowczej wydaje mi się ta metoda idealna.

Ja dla zapewnienia sobie bezpieczeństwa podjąłem najprostsze kroki - zakleiłem sobie kamerę plastrem. Tego żaden malware nie przeskoczy, a gdyby nawet - kamera w laptopie obejmuje ścianę i kawałek monitora pod takim kątem, że nie widać, co jest na nim (choć pewnie dało by się rozpoznać, czy ekran jest ciemny od filmu, czy jasny stron pełnych hipertekstu). Słyszałem, że niektórzy zaklejają jeszcze mikrofon, ale tego się nie obawiam. Siedzę przy komputerze w ciszy, a jeżeli czegoś słucham - to na słuchawkach. Malware zbierający godziny ciszy mi nie przeszkadza.

Nie każdy jednak jest na tyle szczwany, a w tym tłumie potencjalnych ofiar na pewno znajdzie się taka, którą da się wykorzystać do niecnych celów. O czym ostrzegają scenarzyści odcinka.

W rolach dwóch głównych ofiar szantażu: młody Alan Turing z "The Imitation Game" (wiedziałem, że gdzieś tę twarz widziałem) i Bronn z "Gry o Tron" (wiedziałem nawet, skąd tę twarz znam). Resztę (poza jedną panią, która mignęła na ekranie i tu i w jednym odcinku "Torchwood" (tej nie rozpoznałem)) miałem okazję dopiero tu zapamiętać. Będzie trudno, dużo czasu antenowego nie mieli.

21:42, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 lutego 2017

Drugi odcinek trzeciego sezony serialu, w którym obecne trendy w sztafażu nieodległej przyszłości są ekstrapolowane do przesady, opowiada o trudnym żywocie testera gier w wirtualnej rzeczywistości.

Właściwie to nie w wirtualnej rzeczywistości (VR). Ten termin jest od dawna niemodny ("It's so 90-ties."), teraz się mówi o rzeczywistości rozszerzonej - Augmented Reality (AR). Tak też nowy projekt jest przedstawiany testerowi, choć w scenie finałowej okazuje się, że to jednak była stara dobra VR.

W odróżnieniu od obaw pierwszego odcinka, tę uznaję za mającą racjonalną podstawę. Rynek gier rośnie i nie sądzę, by w nadchodzącej przyszłości miał zaniknąć całkowicie. Gry na ten rynek wypuszczane muszą być testowane, i pod kątem luk i błędów i pod kątem dopasowania charakterystyki rozgrywki do potrzeb określonej grupy graczy. Walka o jak najbardziej realne wrażenia gracza w tej branży trwa i skończy się zapewne wprowadzeniem zestawów do VR lub AR, dających graczom jak najbardziej rzeczywiste wrażenia. I, co mnie jako hedonistę osobiście dziwi, a czego naukowe podstawy są całkiem dobrze wyłożone w odcinku, ludzie lubią horrory. Wcześniej czy później nastąpi więc sytuacja, w której gra podobna tu wspomnianej pojawi się na rynku (choć nie sądzę, by była w stanie odczytać indywidualne lęki danego gracza, to będzie albo wybierać się z listy w grze lub dane gry będą odpowiadać za poszczególne lęki ("Amazing Arachno-Phob 2"), a nim się pojawi dana gra na rynku trzeba będzie ją przetestować.

I jeżeli do tego nie podejdzie się z największą ostrożnością, mogą zdarzyć się wypadki. Przed czym odcinek właśnie ostrzega.

BTW, nic nie sugeruje, ale jeżeli ktoś (tu dodatkowo Amerykanin, by pokazać poziom mądrości życiowej) decyduje się na testowanie gier AR dla firmy, która wydała takie szlagiery jak "Skinned Alive" (plakat wisi w pokoju pełnym graczy wewnątrz firmy) i potem umiera, to można powiedzieć, że darwinowski dobór naturalny zrobił swoje. Tu się wręcz należy nominacja do Nagród Darwina.

Obsada odcinka jest bardzo minimalistyczna, ale ze względu na scenariusz wcale tego nie czuć. Głuptaka gra gość, którego ujrzeć mogłem w "Cowboys & Aliens" jako Małego Mickey'a i w "Ucieczce z L.A." jako sierotę. Jego dziewczyna to Ornela, znajoma Daenerys z Vaes Dothrak w "Grze o Tron". Prowadząca go pracownica firmy rozrywkowej to Kahina Ziri, fałszywie oskarżająca Supermana w "Batman v Superman". Jej szef to Yashida po tym, jak w "Wolverine" przejął uzdrawiające moce Rosomaka. Drugiej połowy obsady nie miałem okazji gdzie zobaczyć i pewnie nie będę (poza Deborah Rock, to grającą anonimową pasażerkę samolotu, która już zdążyła wziąć udział w ośmiu(!) produkcjach, które wejdą na ekrany kin w 2017 roku; mnie mignie na ekranie na pewno jako przechodzień (przechodnica?) w "Justice League").

20:43, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 lutego 2017

Serial "Black Mirror" pokazuje alternatywne rzeczywistości, w których obecne trendy zostają ekstrapolowane do granic absurdu, zwykle w nieodległej przyszłości. Kiedyś podobnie usiłował czynić serial "Doctor Who", skąd odcinek 01x07 "The Long Game" o morderczym "Najsłabszym ogniwie" przyszłości. Gdyby kręcono ten serial w latach 90-tych XIX wieku, ukazywałby Londyn zalany końskimi kupami, wśród których stałyby w korkach dorożki. 

Czasami te przewidywania okazują się skuteczne. Czy tak będzie i z tym odcinkiem, ukazującym wyekstrapolowaną do granic możliwości kulturę lajków? Nie sądzę, ale miło się ogląda.

Nie sądzę po części dlatego, że żyję na głębokiej prowincji i przejawów tej kultury na co dzień w rzeczywistości nie dostrzegam. Sam też jej zbytnio nie ulegam (dziś nawet nie zaczekingowałem się w stodole sąsiada, by dostać zniżkę na mleko full bio&eco). Żyjąc w aglomeracji też tego nie odczuwałem. Nie żyłem jednak w stolicy, gdzie taka kultura może egzystować, a przede wszystkim - nie żyję w wielkim mieście Stanów Zjednoczonych, gdzie dla kultury tej jest najżyźniejsza gleba i gdzie faktycznie mogłaby się wykształcić - gdyby nie rok 2016.

W roku 2016, dwa tygodnie po emisji odcinka, wybory w Stanach wygrał Trump. Człowiek, który miałby średnią ocenę rzędu 2,5, bo połowa ludzi dawałaby by mu negatywne "jedynki", a druga połowa, zasłuchana w jego nieprzystojne cywilizowanemu uchu słowa, by go "fivestarowała". Wygrał mówiąc rzeczy, które połowa kraju - w tym wiele najbardziej medialnych gwiazd (wszyscy powyżej 4,9 według nomenklatury odcinka) - oceniała najgorzej jak się da i tym samym udowodnił, że nie jest ważny ogólny rank, tylko liczba followersów. 

Zwłaszcza w tak podzielonym kraju jak USA - czy też dzisiejsza Polska. Jarosław Kaczyński miałby ocenę też rzędu 2,5 (może nawet niższą, bo jednak u nas jest dysproporcja i w te smyrofony bardziej zaangażowana jest cywilizacja śmierci) i może dlatego nie startował w wyborach prezydenckich (jego kandydat był przed wyborami solidnym 4,4), nie jest premierem, ani nie piastuje żadnych innych ważnych stanowisk.

W realiach odcinka jednak optymalną strategią wydaje mi się zawężenie relacji do kilkunastu-kilkudziesięciu osób, z którymi wspólnie będziemy "lajkować" wszystkie swoje posty, by podbić swą ogólną punktację i możliwie całkowite odcięcie się od reszty społeczeństwa, które mogłoby nam wystawiać oceny niższe od optymalnych. Oczywiście, byłoby to nie do końca zgodne z duchem rankingu, ale byłoby najlepszą metodą, by dorobić się bez wysiłku oceny 4,5.

Mimo to miło się ogląda taką nigdy nie zrealizowaną hipotetyczną przyszłość. Ja to w ogóle lubię oglądać filmy o współczesnej Ameryce i patrzeć na imperium w pełni chwały na chwile przed jego upadkiem (to coś jak patrzeć na Rzym III-IV wieku n.e.), a ten odcinek oglądany za parę lat ukazywać dobitnie będzie, w jak cukierkowych czasach żyliśmy, skoro przejmowały nas takie rzeczy. Tyle ja widzę w swym Czarnym Zwierciadle.

W roli głównej - Gwen Stacy ze "Spider-Man 3" i żona Johna Connora w "Terminator Salvation". Nie poznałem, prawdę mówiąc. W roli jej najlepszej przyjaciółki (4,8) - Carol Marcus ze "Star Trek: Into Darkness". Rozpoznałem, prawdę mówiąc (choć dopiero w drugiej z jej udziałem scenie). W roli koleżanki z windy - Sophie, matka Stormaggedona, z dwóch odcinków Doktora Who, w których jest wpierw obiektem miłości, a potem żoną Craiga Owensa, granego przez robiącego z nieznanych mi powodów światową karierę Jamesa Cordona.

W roli brata protagonistki ("three point fuck") - Onegin z odcinka 07x09 "Cold War" przygód Doktora Who. Nie rozpoznałem. W roli męża przyjaciółki (też 4.8) - Raphael z "Wojowniczych Żółwi Ninja". Choć zabrzmi to paradoksalnie - rozpoznałem go, bo obejrzałem krótki fragment wywiadu z aktorem, by zobaczyć, czy jest biały (był).

PS. Nie dałbym sobie pięciu gwiazdek za powyższy wpis. Ale za mało który wpis na tym blogu bym sobie dał. W myśl idei przewodniej "gry w numerki" powinienem zamiast tworzyć notki na 2-3 gwiazdki skupić się nad takimi, które warte są 4-5. Na szczęście mi się nie chce.

08:10, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 stycznia 2017

Sędzia Dredd nie ma dredów. Ani górnej połowy twarzy. Serio, przez cały film nie ma ani jednego ujęcia jego pełnej twarzy, do poziomu, w którym niektóre kadry są kadrowane na jego podbródek:

Chin Boy

Wiem, że w będących podstawą filmu komiksach to norma, ale mój jedyny kontakt z brandem wcześniej to film z Sylwestrem Stallone, więc dziwi mnie to.

Fajne są detale, po których poznaje się czas powstania filmu, gdy akcja jego dziać się ma w rzeczywistości alternatywnej lub w przyszłości. W "Dreddzie" to dzieciaki na deskorolkach (pokazuje, że albo film powstał w latach 80-tych lub 90-tych - albo reżyser się wtedy wychowywał i to jest do dziś jego wizja zabaw młodzieży) czy komórki jako kamery w rękach ludzi scenie grupowej (rok produkcji: po 2010 roku). Trendem, który zauważam w filmach tak niedawnych, że tu ujrzałem chyba jedno z pierwszych chronologicznie jego przedstawień, jest używanie trytytek zamiast kajdanek. Sędzia Dredd z przyszłości roku 1995 miałby kajdanki (może nawet miał, widziałem ten film tylko raz ze dwie dekady temu, mogłem o nich zapomnieć; ale przekonany jestem, że miał pistolet i to zawsze wystarczało). Ten tu ma trytytki, faktycznie poręczniejsze w transporcie, równie krępujące i nie dające się zdjąć wygiętym spinaczem.

Sceny akcji, w porównaniu z innymi filmami bieżącej dekady nad wyraz tradycyjne, by nie rzec - oldskulowe. Jedyna scena akcji, gdzie eksperymentuje się ze slow motion, bullet time i efektami specjalnymi, to scena gdy strzelaninę ogląda narkoman na haju.

Skądinąd, nad wyraz fajny to pomysł pokazać scenę strzelaniny oczami gościa znarkotyzowanego slo-mo. Wtedy tandetne efekty specjalne jaskrawoczerwonej krwi sikającej - psss - w zwolnionym tempie z przestrzelonego ciała zdają się być celowym zabiegiem. Niestety, gdy widzimy kolejną strzelaninę oczami obserwatora zewnętrznego, jasnoczerwona krew robi kiepskie wrażenie, podobnie jak sposób, w jaki sika - psst! - z przestrzelonego ciała.

W roli tytułowej - Eomer, czyli doktor McCoy z obecnego reboot'u "Star Treka" (który - naprawdę - grał Juliusza Cezara w "Xenie"; nie wiedziałem, że ten serial jest tak dokładnie datowany - byłem przekonany, że tak jak "Hercules" datować go można na X-IV wiek przed naszą erą, a tu okazuje się, że można go wydatować co do dekady). Bez górnej połowy twarzy nie poznałem go wcale.

Główną przeciwniczką jest Cersei Lannister, znana mi też jako Sarah Connor, matka przyszłego przywódcy rebelii przeciw Skynetowi. "Ma-Ma" ma twarz oszpeconą blizną, a to w połączeniu ze znacząco innym niż w tamtych rolach makijażem sprawia, że w wielu scenach trudno ją rozpoznać.

Zmutowanej partnerki Dredda nie miałem okazji nigdzie wcześniej zobaczyć, aresztowany przez nich oprych to Gale z "Ant-Mana", a spec od komputerów gangu Ma-My to generał Hux z "The Force Awakens". Reszta postaci i aktorów to role epizodyczne, polegające najczęściej na wyciągnięciu broni w stronę Dredda i malowniczym ginięciu chwilę później. Dwoma aż dialogami wyróżnia się paramedyk, czyli Areo Hotah, ochroniarz księcia Dorne z piątego sezonu "Gry o Tron". Niestety, w wyniku drugiego dialogu błyskawicznie ginie. Wśród reszty - hostessa z najlepszego odcinka "Doktora Who" z Dziesiątym (Jedenastym) Doktorem, czyli "Midnight" jako Sędzina Supreme, a jako prawa ręka Ma-My - numer 1955 z serialu "Prisoner". Zastanawiam się też, czy w jednej ze scen nie mignął taksówkarz z pierwszego odcinka "Sherlocka" made by BBC:

O tu, po lewej.

Filmografia reszty w pełni odzwierciedla ich wkład w światowe aktorstwo uczestnictwem w kręceniu tego filmu.

niedziela, 29 stycznia 2017

"Tajemnicze archiwa ZSRR UFO Odc.1"

Zerknąłem, bo właśnie czytam książkę parapsychologiczną (ISBN: 83-86385-49-9) i chciałem bardziej się wczuć w klimat.

Bogini, co za bzdury! Omawiane sprawy są trzy: tajemnicza śmierć radzieckiej wycieczki w górach Uralu, "mongolski robak śmierci" i rumuński seryjny zabójca. Wszystko, co da się wytłumaczyć prosto, autorzy postanawiają uznać za tajemnicze i niesamowite.

Na Uralu ginie hobbystyczna wycieczka studencko-pracownicza. Akta założenia tej sprawy są datowane na kilka dni zanim ktokolwiek mógł wiedzieć o ich zaginięciu, okoliczni piloci wojskowi przyznają się, że nad tym terenem zrzucano nowe rodzaje bomb do testów, a fala uderzeniowa powoduje uszkodzenia narządów wewnętrznych podobne do zaobserwowanych u denatów - ale być może, docieka narrator, te światła, które dostrzeli nad górą odlegli obserwatorzy, to było UFO, które porwało wędrowców i części z nich popsuło anatomię, bo "czuć, że za sprawą tkwi jakaś tajemnica". Oczywiście - wojskowa. Jakoś nie poczułem się przekonany o niesamowitości wypadku - choć zrobiło na mnie wrażenie, jak dobrze rolę "adwokata diabła" wykonał narrator - udało mu się mnie przekonać dość stanowczo, że to był zwykły wojskowy wypadek.

"Mongolski robak śmierci" to tamtejsza legenda o zwierzęciu, które porusza się pod ziemią, razi prądem i pluje kwasem, zabijając czasem wędrowców na pustyni Gobi. Jednego archeologa tam trafił szlag, a jego towarzysze stwierdzili, że widzą obok niego ruch pod powierzchnią pustyni. Przybywa więc ekipa badawcza, która wpierw od autochtonów dowiaduje się, że ten robak to demon, a nie jest w stanie znaleźć potwora, ale jej szefowi śni się on (serio!), a po obudzeniu okazuje się mieć on rany na plecach. Choć w opisywanym śnie robak skoczył mu "na plecy", a rana jest wyraźnie raczej z boku i sam narrator mówi, że "mogła powstać od spania na kamieniach", to jednak jest to wspomniane jako możliwy dowód na istnienie potwora. Serio serio. 

Seryjny morderca w Rumunii A.D. 1970 był tak brutalny, że podejrzewano go o bycie opętanym przez demona - strzygę. Podczas egzekucji krzyczał, że to wszystko wina jego ojca, a gdy ciało owego ojca po śmierci zbadano, okazało się, że odciski jego palców pasują do odcisków nigdy nie złapanego seryjnego zabójcy A.D. 1944, który ciąg zabójstw przerwał przed wykryciem w okresie, gdy urodził się jego syn, seryjny zabójca A.D. 1970. I stąd narrator wysnuwa wniosek, że to na pewno opętanie strzygi, które może być przenoszone z ojca na syna wewnątrz rodu. I tu się zacząłem zastanawiać.

Jeżeli "przejście" następuje w chwili narodzin - to jak? I dlaczego w noworodka, a nie na przykład w dorodnego nastoletniego potomka, by nie tracić czasu na dziecięce zabawy, lecz móc nieprzerwanie czynić zło? A jeżeli ma to podłoże genetyczne i przekazywanie następuje w chwili płodzenia potomka, to zważywszy, że po przeniesieniu dusza ojca jest już uwolniona od strzygi być może należy inaczej patrzeć na masowe aborcje za czasów Ceaușescu. Może to nie był objaw komunistycznych aberracji, lecz masowy program mający na celu eliminację strzyg w społeczeństwie? Może właśnie dzięki niemu braknie ich teraz we współczesnym rumuńskich społeczeństwie, które jest przez to tak nietypowe, że w odróżnieniu od swych sąsiadów ostatnie wybory wygrała tam postkomunistyczna lewica.

Bo to, że zaniechanie serii zabójstw mogło być po prostu związane z pojawieniem się dziecka (naprawdę, trudno jest przy małym dziecku nadal uprawiać tak absorbujące hobby, jakim jest seryjne zabijanie), a syn wychowywany przez ojca psychopatę był genetycznie i psychicznie predysponowany do powtórzenia jego drogi, nie było przedmiotem mego zastanowienia. To było zbyt oczywiste.

Gdy przeczytałem polski tytuł i zobaczyłem w rogu logo "National Geographic Channel" załamałem się poziomem dzisiejszej telewizji popularnonaukowej. Po obejrzeniu się uspokoiłem - nadal robi się w odcinku cuda-niewidy ze zdarzeń, których główną atrakcyjnością jest to, że zdarzyły się za czasów i pod panowaniem ZSRR, ale tłumaczy się je tak, by skłonić widza (ze mną się udało) do przyjęcia racjonalnego ich wyjaśnienia.

Wciąż jednak jestem zdumiony, że program, w którym "radzieckie" równa się "tajemnicze", powstać mógł tak niedawno, czyli w 2014 roku. Pamiętam tego typu programu z pierwszej połowy lat 90-tych, gdzie różne telewizje puszczały takie programy z lat 70/80-tych i pamiętam z nich amerykańską naiwną wiarę w to, że nad czymś niesamowitym pracują właśnie radzieccy naukowcy, bo pamiętałem tutejszą naiwną wiarę w latach 80-tych, że nad czymś niesamowitym pracują właśnie amerykańscy naukowcy. Wyglądało na to, że wszystko to, czego nie dało się naukowo udowodnić lub technologicznie stworzyć, przypisano naukowcom tej drugiej stronie konfliktu zwanego Zimną Wojną z dopiskiem "pracują nad tym, ale nie wiemy, jak bardzo są zaawansowani". Ale w 2014 wciąż się podniecać, że coś jest tajemnicze, bo było w archiwach ZSRR? Trąci myszką. Porwaną przez UFO, porażoną prądem przez mongolskiego robaka śmierci i dobitej przez opętanego strzygą mordercą.

10:54, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 stycznia 2017

Ali Baba i 40 żólwi ninja

Gdy ujrzałem ten napis w czołówce filmu pomyślałem: "O rany, część akcji będzie działa się na Bliskim Wschodzie! Żółwie Ninja w Iraku - hell yeah!". Próżne nadzieje.

Albo jest tak, że dopiero ostatnio nabrałem odpowiedniego nastroju i pokładów nostalgii, albo dopiero w latach dziesiątych Hollywood nauczyło się robić dobre remake'i seriali z lat 80-tych. "Miami Vice" z 2006 roku był tak zły, że postanowiłem go wyprzeć z pamięci i mimo nieustającej sympatii do serialu nie oglądać tego kolejny raz. A już "The A-Team" z 2010 roku, którego to serialu jestem nadal nieustającym fanem, przerobione na film było fantastyczne - obejrzałem ten filmu już ze trzy razy i obejrzę pewnie jeszcze niejeden raz, choć momentami brakowało nieco do poziomu serialu. "Wojownicze Żółwie Ninja" są nawet od swego serialu, który oglądałem namiętnie w dzieciństwie w sobotnie poranki po niemiecku na RTL, lepsze.

Nie tylko dlatego, że nie są po niemiecku. Oglądając serial nigdy nie nauczyłem się rozróżniać Żółwi. Wiedziałem, że jest ich czterech, jeden ma kij, inny dwa sztylety (co w grze komputerowej opartej na przygodach skorupiaków były najgorszą z broni), inny kij, a ostatni dwa nunczaka, jak mają na imiona i jaki kolor mają opasek - ale nie to, który z nich ma jakie imię, jaki kolor opaski i jaką broń. To było jak ówcześnie popularne zagadki logiczne o czterech lub pięciu ludziach, z których "ten, co ma psa, nie jest rudy i mieszka obok blondyna; a żadne dwa koty nie mieszkają w sąsiednich domach" (których udatną parodię czytałem w dzieciństwie w "Księdze Parodii" (ISBN: 83-221-0145-7)). Czy żółty to Leonardo i walczy sztyletami? Może tak, może nie. A to wszystko przez to, że w serialu zachowywali się wszyscy identycznie. OK, żółty jadł nieco więcej pizzy, ale poza tym - byli identyczni, jakby z jednego jajka wykluci.

A tu widać różnice między nimi. Gadatliwość Michaelangelo jest miejscami nieco over the top, ale nerdowatość Donatello i agresja Raphael są cudowną odmianą od tamtej animowanej przeciętności. Przez to, że się różnią zachowaniem łatwiej ich odróżnić. I może wreszcie zapamiętam, że gapowaty żółty Michealangelo walczy nunczakami, które rozwala o most, Donatello to fioletowy nerd z kijem, którym pilotuje samolot, a Raphael to agresywny "the muscle", który wbija się swym sztyletem w poszycie samolotu podczas powietrznych akrobacji. A to pozostawia (zgodnie z metodami postępowania w owych logicznych zagadkach) Leonardo jako szefa, o niebieskiej opasce i dwóch mieczach (co ma nawet sens, bo miecz to zwykle broń przypisana szefowi).

Nie tylko jednak o to chodzi. Film ten, podobnie jak "The A-Team" jest kinem akcji, ale jest też humorystyczny w stylu lat 80-tych. Nie ma głupkowatych żartów na siłę, ale jest ten lekki nastrój filmu, gdzie wiadomo, że wszystko dobrze się skończy, możemy więc mieć trochę zabawy przy tym. Doskonale obrazuje to scena walki w samolocie - jest widowiskowa, a kiedy ta widowiskowość sięga zenitu, gdy Rocksteady z działka odstrzeliwuje pół kabiny samolotu, pojawia się humor w jego wypowiedzi, gdy przeprasza, że go trochę poniosło. Cała ta scena akcji, jak się zawiesi niewiarę odpowiednio mocno, jest równie absolutnie fantastyczna niczym ta w "The A-Team", gdzie Drużyna wypada czołgiem z samolotu i ląduje bez spadochronów. A to tylko jedna z paru scen, podczas oglądania których autentycznie parsknąłem śmiechem.

Rany, w tym filmie pojawia się Krang, mózg noszony przez robota i nadal da się to oglądać, choć trudno o bardziej absurdalnie komiksową rzecz.

Tak mnie naszło, patrząc na ten film i widząc zachowanie Żółwi, że marka "Teenage Mutant Ninja Turtles" powstała, bo w latach 80-tych łatwiej było stworzyć komiks o tym, że Nowy Jork ratuje gang czterech zielonoskórych braci niż o tym, że ratuje go gang czterech czarnoskórych braci. Serio, choć całą czwórkę grają białasy, to ich zachowanie zdaje mi się nad wyraz afroamerykańskie. Michealangelo nawija niczym Will Smith, Raphael jest wybuchowy jak każdy czarny raper i nawet nedrowatość Donatello zdaje się być w stylu Steve'a Urkela z "Family Matters".

Fanom dendroawiatyki (lub awiodendrologii) zwracam uwagę na fakt, że samolot, którym lecieli bohaterowie, leciał dalej prostu mimo utraty połowy kadłuba i ogona, a gdy drzewo urwało jedną trzecią skrzydła, on nadal przez parę sekund leciał prosto, aż spokojnie bez żadnego wybuchu spadł do rzeki. Just sayin'.

W pozostałych rolach głównie Megan Fox jako April O'Neil i Szczała jako Casey Jones, policjant - vigilante. 

Sparowanie Szczały z Megan Fox dało zdumiewające efekty. Przez to, że ich gra aktorska jest na podobnym poziomie nie widać, jak bardzo jest on fatalny. Dopiero, gdy mają sceny z innymi aktorami ujawnia się to boleśnie wyraźnie. Zwłaszcza, gdy Megan Fox - w sumie w trzech scenach - usiłuje przybrać inny wyraz twarzy niż pusta twarz porcelanowej lalki. Było to tak złe, że nabrałem przekonania, że Szczała nie jest najgorszym aktorem na planie. Cóż, przynajmniej Megan Fox rekompensuje swe aktorskie niedostatki seksistowską sceną przebieranki na dworcu, która rozgrzeje serce każdego nastolatka będącego targetem tego filmu.

W jeszcze bardziej pozostałych rolach: jako głupkowaty geniusz naukowy - admirał Richard Barnett z filmu "Star Trek" z 2009 roku; jako Shredder - Liu Kang z "Mortal Kombat: Legacy"; jako były kamerzysta April - porucznik Grass z "Jonah Hexa"; barman to Charley Dixon z "Terminatora: Kronik Sary Connor". Splinter ma głos Monk'a.

Zaś w rolach głównych: jako Michaelangelo - szeregowy Hamm z "Pacyfiku"; jako Donatetlo - jeden z obcych w "Facetach w Czerni II"; Raphael to Aquaman z "Tajemnic Smallville", którego ujrzę niebawem w pierwszym odcinku trzeciego sezonu "Black Mirror"; a Leonardo za bardzo nigdzie indziej nie występował.

wtorek, 24 stycznia 2017

Trzeci sezon serialu nie kończy się ani wielkim starciem z arcywrogiem jednego z dwójki głównych protagonistów (tak jak sezon drugi) ani wielkiej zmiany w życiu drugiego z dwójki głównych protagonistów (tak jak sezon czwarty). Co więcej, dwójka głównych protagonistów, bez wątpienia po trzech sezonach wręcz gwiazd serialu, gra tu role drugo-, a nawet trzecioplanowe. Całość skupia się na historii jednej z ich koleżanek z pracy, detektyw Giny Calabrese.

Okazuje się, że obserwowany przez Wydział Vice kubański handlarz narkotykami, który okazuje się być kubańskim wojskowym, dwadzieścia sześć lat wcześniej zabił matkę Giny. Mówi jej o tym owej matki ówczesny narzeczony, prywatnie szpieg wywiadu NRD, na którego oczach umarła. Ta dwójka decyduje się razem wymierzyć winnemu sprawiedliwość - choć później wychodzi na jaw, że mają inną jej wizję: agent Klaus Herzog chce Kubańczyka Orrestesa Pedrosę zabić, det. Gina Calabrese chce go aresztować. 

To nasunęło mi się pytanie: Ale serio? Zwabiają oficera wojskowego komunistycznej Kuby, który w ramach czasu wolnego handluje narkotykami na wielką skalę, do nocnego klubu, gdzie wiadomo, że przyjdzie z bronią, bo będzie chciał zabić agenta Klausa. I Gina naprawdę liczy, że tego typu mężczyzna podda się i da aresztować kobiecie, która akurat na scenie wykonuje jazzowe szlagiery (taka jest przykrywka Giny w akcji zwabiania mordercy jej matki)? Albo jest zaiste głupiutka, albo szukała tylko pretekstu, by móc legalnie zastrzelić Orrestesa.

W której to kwestii zakończenie nic nie mówi. Znaczy, komendant Pedrosa pada martwy na ziemię po dwóch strzałach Giny, ale ni słowa nie ma o tym, czy da się to uznać za dokonane w granicach prawa: choć ostrzegła przed strzałem, że jest z policji, to była jednak na urlopie, a okoliczności jej pobytu w miejscu zdarzenia wzbudzają podejrzenie. Zakończenie nie ukazuje nawet pokerowej twarzy porucznika Castillo, więc ówczesny widz musiał poczekać na rozwiązanie tej zagadki aż do początku kolejnego sezonu

Poza ciekawym zwróceniem uwagi w finale na zwykle drugoplanową postać, odcinek zaskakuje też muzycznie. Piosenki, które det. Gina śpiewa na scenie jazzowego night clubu, śpiewa faktycznie grająca ją aktorka i muszę przyznać, że jak na mój absolutny brak słuchu muzycznego, to śpiewa ona zdumiewająco wyśmienicie. 

Agent Klaus Herzog (co za oryginalne nazwisko!) to Georg Friedrich Händel z "Farinelliego", a komendant Orrestes Pedrosa to Chester Docksteder z "Puli Śmierci" z Brudnym Harry'm w roli tytułowej. 

Jeden z trzech agentów FBI, którzy zwiedzają scenografię serialu, bo w sprawę wplątany jest obywatel NRD, to detektyw Reiner z "Życzenia Śmierci 4". Drugi grał epizody m.in. w "Strażniku Teksasu", "Z archiwum X", "Numb3rs" oraz drugim doskonałym serialu policyjnym z Donem Johnsonem, "Nashu Bridgesie", trzeci zaś swe epizody odbębnił m.in. w "M.A.S.H.u", "Aniołkach Charliego", "Kojaku" i "Ulicy Sezamkowej". Doprawdy nie wiem, któremu z nich bardziej zazdrościć kariery.

Tagi: Miami Vice
23:05, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 stycznia 2017

Fabuła odcinka jest pokrótce taka: Rico usiłuje namówić dostawcę na większą porcję narkotyków, podczas negocjacji jednak na limuzynę dostawcy napada dwóch gości w perukach i maskach z wąsami. Kradną dostawcy walizkę z tajemniczą zawartością, po której kradzieży ów nie chce podejmować żadnych dili, póki jej nie odzyska. Takie maski i peruki okazał się kupić stary znajomy Crocketta, uzależniony od narkotyków były młodociany gwiazdor scen teatralnych, zdobywca wielu teatralnych nagród jeszcze parę lat temu, później trzykrotnie aresztowany przez Sonny'ego.

Ów zniszczony talent teatralny prowadzi teraz amatorski teatrzyk dla wychodzących z nałogu w ramach swej rehabilitacji. Okazuje się jednak, że to faktycznie on ze swym zastępcą ukradł ową walizkę i gdy złowrogi don Gallego się o tym dowiaduje, zabija asystenta, odbiera walizkę, a usiłującemu sprzedaż mu kopie aktorowi scenicznemu sprzedaje kosę w brzuch - i już dalej wiecie...

Z tym, że właśnie nie wiecie. Wpierw Sonny i Rico odwiedzając go w szpitalu są przekonani patrząc na niego, że nie dożyje ranka. Aktor ma do nich ostatnią prośbę: nie chce odchodzić z tego świata tak, jak na niego przyszedł, czyli bez grosza w kieszeni. Crockett wzruszony daje mu całą garść pieniędzy (z kieszeni Tubbsa), a uszczęśliwiony aktor zaciska dłoń na banknotach i odpływa. Tubbs wychodząc prosi pielęgniarkę, że gdy poszkodowany już "zejdzie ze sceny", te pieniądze wróciły do niego. Po czym obaj gliniarze odjeżdżają w mrok nocy białym Ferrari.

A gdy tknięci przeczuciem po chwili wracają, okazuje się, że aktor swą zapaść tylko odgrywał i po ich wyjeździe wstał z łóżka, włamał się do szpitalnej apteczki i z kieszeniami pełnymi fiolek z narkotycznymi substancjami i garścią dolarów Tubbsa ruszył dalej w swą życiową drogę.

Walizka zaś już wcześniej doprowadziła do ujęcia gangstera, którego tajnym planem okazało się być laboratorium chemiczne do produkcji dragów ukryte w domu pogrzebowym: da się tam ukryć pokój z lab-em, chłodnia może służyć za magazyn, a krematorium pozwala na szybkie pozbycie się dowodów (co zresztą się gangsterowi udaje, gdy wpada do niego Crockett i s-ka. Dostanie więc pewnie tylko wyrok za morderstwo - ciała asystenta gwiazdy sceny nie zdążono spalić - a nie za produkcję i posiadanie kilkudziesięciu kilo narkotyków.

W jednej scenie widać deszcz, a nawet burzę (słychać w tle gromy). Piszę o tym, bo to nad wyraz rzadki widok w tym serialu.

Smaczkiem odcinka jest występ Benicio Del Toro, który gra tu epizodyczną rolę brata aktorskiego talentu. Sam te wykazuje się talentem, ale raczej magicznym, gdy niespodziewanie znika w jednej scenie - jedynej, gdy jest na ekranie wraz z prawdziwą gwiazdą, Donem Johnsonem.

Pstryk i nie ma!

Ostatnimi miesięcy poruszana była kwestia, kto powinien zagrać młodego Hana Solo. Tego z filmu animowanego w "Star Wars Holiday Special" tylko i wyłącznie młody Benicio Del Toro. Też ani przez chwilę nie widać białek jego oczu, nawet gdy przebiega przed kamerą.

- Powiedzieli, że będą strzelać, gdy ujrzą białka naszych oczu. Jestem więc bezpieczny.

Jak on coś widzi? A może nie musi, bo używa echolokacji?

Z pozostałych aktorów: Sam talent sceniczny gra aktor, którego jedynie inne otarcie się o znane produkcje to była rola pacjenta w "MASH"-u. Może dlatego sceny, w których gra na scenie, nie przekonują.

Złowrogiego don Gallego gra Paul z "Pulp Fiction" i Norman z "Cztery pokoje", segment "The Man from Hollywood"; asystenta gwiazdora - Raoul z "Who's That Girl?"; Marty Glickberg to Zeus zarówno z "Xeny", jak i z "Hercluesa" (perks of shared universe). Jako jeden z uczestników teatru - kubański generał w "X-Men: First Class" i stary Dale w "Looperze". Jako kierowca limuzyny gangstera - El Tiburon z filmowego "Miami Vice".

Tagi: Miami Vice
12:08, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 stycznia 2017

Przechodząc od razu do spoilerów powiem, że nie spodziewałem się po filmie z universum Gwiezdnych Wojen tak gorzkiego zakończenia. Owszem, "rebeliantom udało się zdobyć plany Gwiazdy Śmierci" (to akurat spoilerem nie jest, to wiadomo od prawie 40 lat), ale wszyscy przy tym umarli. Domyślałem się, że umrze ktoś (wymóg gatunku), zaskoczyło mnie to, że zginęli wszyscy bohaterowie pierwszo- i półtoraplanowi, włącznie z robotem. Jednak wiedziony kanonem do ostatniej chwili wypatrywałem jakiegoś dla nich ratunku - bezskutecznie.

Po raz kolejny w opowieści Gwiezdnowojennej bohaterem (płci dowolnej) zostaje sierota lub półsierota. Czy Lucas odreagowuje w ten sposób jakieś swe psychiczne rany, czy też po prostu w Zasiedmiogalaktyce posiadanie dziecka od razu oznacza śmierć rodzica, by utrzymać populację w ryzach? Jeśli to ostatnie, to Kylo Ren działał zgodnie z prawem (naturalnym) zabijając Hana Solo.

Niestety, przed projekcją przeczytałem pogłoskę, że generał Tarkin został stworzony komputerowo na bazie aktora grającego go w "Nowej Nadziei". Zacząłem się mu przyglądać - i stwierdzam, że CGI poszło tak daleko, że da się idealnie odwzorować nieruchomą twarz człowieka (włącznie z fakturą skóry, co wcześniej było problemem), ale jednak widać sztuczność mimiki. Są takie sceny, gdy Tarkin wykonuje skrzywienie lub uniesienie brwi w zupełnie inny sposób niż uczyniłby to człowiek. Albo więc został faktycznie odtworzony komputerowo, albo wybrali do zagrania tej roli naprawdę niesamowitego aktora, ani chybi reptilliona.

Pojawiają się w tym filmie twarze i postacie znane z innych epizodów: jest para R2D2 i C3PO, jest księżniczka Leia, jest wspomniany generał Tarkin, jest Bail Organa oraz sam Lord Vader.

Wygląd tego ostatniego nie przypadł mi do gustu. W jednej scenie aktor w stroju Vadera idzie przez pomieszczenie zbyt wydatnie kołysząc biodrami. Beznogi Vader by tak nie chodził. Co więcej, w jednej scenie widać wyraźnie, że Vader chodzi w skórzanych spodniach. Niby to rzecz oczywista, ale wcześniej - bądź dzięki niższej jakości nagrania, bądź dzięki lepszemu kadrowaniu - niewidoczna. Teraz kanty zaginającej się podczas kroków skóry odrywają uwagę od grozy Vadera. Zdaje się też, że coś eksperymentowano z jego maską - w jednej scenie nos na masce wygląda raczej na uroczy niż budzący grozę. Ale może to kwestia oświetlenia.

Poza postaciami znanymi z tego universum na ekranie mignął mi Anderson z "Sherlocka" made by BBC (stał obok bohaterki podczas spotkania w bazie rebelii i, jak zwykle, zaniżał poziom inteligencji). Trudno było mi nie dostrzec Mads Mikkelsena, który tym razem nikogo nie zjadł, i Foresta Whitakera, którego ostatnio widziałem w kosmicznym klimacie w "Battlefield Earth". Podczas napisów dostrzegłem nazwisko Alana Tudyka, Washa z "Firefly", i zdziwiłem się, że nie dostrzegłem go na ekranie. Widzę teraz, że mogłem - grał głos K-2SO.

Przegapiłem też Barristana Selmy'ego w roli generała Dodonny.

W roli głównej - Felicia Hardy z "Niesamowitego Spider-mana 2", która wcześniej (w latach 20-tych 20 wieku) spotkała Dziesiątego (Jedenastego) Doktora na przyjęciu u Agathy Christie. Tego samego Doktora w latach 50-tych XXI wieku spotkała na Marsie senator Parlo.

14:03, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA