RSS
środa, 01 lutego 2017

Serial "Black Mirror" pokazuje alternatywne rzeczywistości, w których obecne trendy zostają ekstrapolowane do granic absurdu, zwykle w nieodległej przyszłości. Kiedyś podobnie usiłował czynić serial "Doctor Who", skąd odcinek 01x07 "The Long Game" o morderczym "Najsłabszym ogniwie" przyszłości. Gdyby kręcono ten serial w latach 90-tych XIX wieku, ukazywałby Londyn zalany końskimi kupami, wśród których stałyby w korkach dorożki. 

Czasami te przewidywania okazują się skuteczne. Czy tak będzie i z tym odcinkiem, ukazującym wyekstrapolowaną do granic możliwości kulturę lajków? Nie sądzę, ale miło się ogląda.

Nie sądzę po części dlatego, że żyję na głębokiej prowincji i przejawów tej kultury na co dzień w rzeczywistości nie dostrzegam. Sam też jej zbytnio nie ulegam (dziś nawet nie zaczekingowałem się w stodole sąsiada, by dostać zniżkę na mleko full bio&eco). Żyjąc w aglomeracji też tego nie odczuwałem. Nie żyłem jednak w stolicy, gdzie taka kultura może egzystować, a przede wszystkim - nie żyję w wielkim mieście Stanów Zjednoczonych, gdzie dla kultury tej jest najżyźniejsza gleba i gdzie faktycznie mogłaby się wykształcić - gdyby nie rok 2016.

W roku 2016, dwa tygodnie po emisji odcinka, wybory w Stanach wygrał Trump. Człowiek, który miałby średnią ocenę rzędu 2,5, bo połowa ludzi dawałaby by mu negatywne "jedynki", a druga połowa, zasłuchana w jego nieprzystojne cywilizowanemu uchu słowa, by go "fivestarowała". Wygrał mówiąc rzeczy, które połowa kraju - w tym wiele najbardziej medialnych gwiazd (wszyscy powyżej 4,9 według nomenklatury odcinka) - oceniała najgorzej jak się da i tym samym udowodnił, że nie jest ważny ogólny rank, tylko liczba followersów. 

Zwłaszcza w tak podzielonym kraju jak USA - czy też dzisiejsza Polska. Jarosław Kaczyński miałby ocenę też rzędu 2,5 (może nawet niższą, bo jednak u nas jest dysproporcja i w te smyrofony bardziej zaangażowana jest cywilizacja śmierci) i może dlatego nie startował w wyborach prezydenckich (jego kandydat był przed wyborami solidnym 4,4), nie jest premierem, ani nie piastuje żadnych innych ważnych stanowisk.

W realiach odcinka jednak optymalną strategią wydaje mi się zawężenie relacji do kilkunastu-kilkudziesięciu osób, z którymi wspólnie będziemy "lajkować" wszystkie swoje posty, by podbić swą ogólną punktację i możliwie całkowite odcięcie się od reszty społeczeństwa, które mogłoby nam wystawiać oceny niższe od optymalnych. Oczywiście, byłoby to nie do końca zgodne z duchem rankingu, ale byłoby najlepszą metodą, by dorobić się bez wysiłku oceny 4,5.

Mimo to miło się ogląda taką nigdy nie zrealizowaną hipotetyczną przyszłość. Ja to w ogóle lubię oglądać filmy o współczesnej Ameryce i patrzeć na imperium w pełni chwały na chwile przed jego upadkiem (to coś jak patrzeć na Rzym III-IV wieku n.e.), a ten odcinek oglądany za parę lat ukazywać dobitnie będzie, w jak cukierkowych czasach żyliśmy, skoro przejmowały nas takie rzeczy. Tyle ja widzę w swym Czarnym Zwierciadle.

W roli głównej - Gwen Stacy ze "Spider-Man 3" i żona Johna Connora w "Terminator Salvation". Nie poznałem, prawdę mówiąc. W roli jej najlepszej przyjaciółki (4,8) - Carol Marcus ze "Star Trek: Into Darkness". Rozpoznałem, prawdę mówiąc (choć dopiero w drugiej z jej udziałem scenie). W roli koleżanki z windy - Sophie, matka Stormaggedona, z dwóch odcinków Doktora Who, w których jest wpierw obiektem miłości, a potem żoną Craiga Owensa, granego przez robiącego z nieznanych mi powodów światową karierę Jamesa Cordona.

W roli brata protagonistki ("three point fuck") - Onegin z odcinka 07x09 "Cold War" przygód Doktora Who. Nie rozpoznałem. W roli męża przyjaciółki (też 4.8) - Raphael z "Wojowniczych Żółwi Ninja". Choć zabrzmi to paradoksalnie - rozpoznałem go, bo obejrzałem krótki fragment wywiadu z aktorem, by zobaczyć, czy jest biały (był).

PS. Nie dałbym sobie pięciu gwiazdek za powyższy wpis. Ale za mało który wpis na tym blogu bym sobie dał. W myśl idei przewodniej "gry w numerki" powinienem zamiast tworzyć notki na 2-3 gwiazdki skupić się nad takimi, które warte są 4-5. Na szczęście mi się nie chce.

08:10, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 stycznia 2017

Sędzia Dredd nie ma dredów. Ani górnej połowy twarzy. Serio, przez cały film nie ma ani jednego ujęcia jego pełnej twarzy, do poziomu, w którym niektóre kadry są kadrowane na jego podbródek:

Chin Boy

Wiem, że w będących podstawą filmu komiksach to norma, ale mój jedyny kontakt z brandem wcześniej to film z Sylwestrem Stallone, więc dziwi mnie to.

Fajne są detale, po których poznaje się czas powstania filmu, gdy akcja jego dziać się ma w rzeczywistości alternatywnej lub w przyszłości. W "Dreddzie" to dzieciaki na deskorolkach (pokazuje, że albo film powstał w latach 80-tych lub 90-tych - albo reżyser się wtedy wychowywał i to jest do dziś jego wizja zabaw młodzieży) czy komórki jako kamery w rękach ludzi scenie grupowej (rok produkcji: po 2010 roku). Trendem, który zauważam w filmach tak niedawnych, że tu ujrzałem chyba jedno z pierwszych chronologicznie jego przedstawień, jest używanie trytytek zamiast kajdanek. Sędzia Dredd z przyszłości roku 1995 miałby kajdanki (może nawet miał, widziałem ten film tylko raz ze dwie dekady temu, mogłem o nich zapomnieć; ale przekonany jestem, że miał pistolet i to zawsze wystarczało). Ten tu ma trytytki, faktycznie poręczniejsze w transporcie, równie krępujące i nie dające się zdjąć wygiętym spinaczem.

Sceny akcji, w porównaniu z innymi filmami bieżącej dekady nad wyraz tradycyjne, by nie rzec - oldskulowe. Jedyna scena akcji, gdzie eksperymentuje się ze slow motion, bullet time i efektami specjalnymi, to scena gdy strzelaninę ogląda narkoman na haju.

Skądinąd, nad wyraz fajny to pomysł pokazać scenę strzelaniny oczami gościa znarkotyzowanego slo-mo. Wtedy tandetne efekty specjalne jaskrawoczerwonej krwi sikającej - psss - w zwolnionym tempie z przestrzelonego ciała zdają się być celowym zabiegiem. Niestety, gdy widzimy kolejną strzelaninę oczami obserwatora zewnętrznego, jasnoczerwona krew robi kiepskie wrażenie, podobnie jak sposób, w jaki sika - psst! - z przestrzelonego ciała.

W roli tytułowej - Eomer, czyli doktor McCoy z obecnego reboot'u "Star Treka" (który - naprawdę - grał Juliusza Cezara w "Xenie"; nie wiedziałem, że ten serial jest tak dokładnie datowany - byłem przekonany, że tak jak "Hercules" datować go można na X-IV wiek przed naszą erą, a tu okazuje się, że można go wydatować co do dekady). Bez górnej połowy twarzy nie poznałem go wcale.

Główną przeciwniczką jest Cersei Lannister, znana mi też jako Sarah Connor, matka przyszłego przywódcy rebelii przeciw Skynetowi. "Ma-Ma" ma twarz oszpeconą blizną, a to w połączeniu ze znacząco innym niż w tamtych rolach makijażem sprawia, że w wielu scenach trudno ją rozpoznać.

Zmutowanej partnerki Dredda nie miałem okazji nigdzie wcześniej zobaczyć, aresztowany przez nich oprych to Gale z "Ant-Mana", a spec od komputerów gangu Ma-My to generał Hux z "The Force Awakens". Reszta postaci i aktorów to role epizodyczne, polegające najczęściej na wyciągnięciu broni w stronę Dredda i malowniczym ginięciu chwilę później. Dwoma aż dialogami wyróżnia się paramedyk, czyli Areo Hotah, ochroniarz księcia Dorne z piątego sezonu "Gry o Tron". Niestety, w wyniku drugiego dialogu błyskawicznie ginie. Wśród reszty - hostessa z najlepszego odcinka "Doktora Who" z Dziesiątym (Jedenastym) Doktorem, czyli "Midnight" jako Sędzina Supreme, a jako prawa ręka Ma-My - numer 1955 z serialu "Prisoner". Zastanawiam się też, czy w jednej ze scen nie mignął taksówkarz z pierwszego odcinka "Sherlocka" made by BBC:

O tu, po lewej.

Filmografia reszty w pełni odzwierciedla ich wkład w światowe aktorstwo uczestnictwem w kręceniu tego filmu.

niedziela, 29 stycznia 2017

"Tajemnicze archiwa ZSRR UFO Odc.1"

Zerknąłem, bo właśnie czytam książkę parapsychologiczną (ISBN: 83-86385-49-9) i chciałem bardziej się wczuć w klimat.

Bogini, co za bzdury! Omawiane sprawy są trzy: tajemnicza śmierć radzieckiej wycieczki w górach Uralu, "mongolski robak śmierci" i rumuński seryjny zabójca. Wszystko, co da się wytłumaczyć prosto, autorzy postanawiają uznać za tajemnicze i niesamowite.

Na Uralu ginie hobbystyczna wycieczka studencko-pracownicza. Akta założenia tej sprawy są datowane na kilka dni zanim ktokolwiek mógł wiedzieć o ich zaginięciu, okoliczni piloci wojskowi przyznają się, że nad tym terenem zrzucano nowe rodzaje bomb do testów, a fala uderzeniowa powoduje uszkodzenia narządów wewnętrznych podobne do zaobserwowanych u denatów - ale być może, docieka narrator, te światła, które dostrzeli nad górą odlegli obserwatorzy, to było UFO, które porwało wędrowców i części z nich popsuło anatomię, bo "czuć, że za sprawą tkwi jakaś tajemnica". Oczywiście - wojskowa. Jakoś nie poczułem się przekonany o niesamowitości wypadku - choć zrobiło na mnie wrażenie, jak dobrze rolę "adwokata diabła" wykonał narrator - udało mu się mnie przekonać dość stanowczo, że to był zwykły wojskowy wypadek.

"Mongolski robak śmierci" to tamtejsza legenda o zwierzęciu, które porusza się pod ziemią, razi prądem i pluje kwasem, zabijając czasem wędrowców na pustyni Gobi. Jednego archeologa tam trafił szlag, a jego towarzysze stwierdzili, że widzą obok niego ruch pod powierzchnią pustyni. Przybywa więc ekipa badawcza, która wpierw od autochtonów dowiaduje się, że ten robak to demon, a nie jest w stanie znaleźć potwora, ale jej szefowi śni się on (serio!), a po obudzeniu okazuje się mieć on rany na plecach. Choć w opisywanym śnie robak skoczył mu "na plecy", a rana jest wyraźnie raczej z boku i sam narrator mówi, że "mogła powstać od spania na kamieniach", to jednak jest to wspomniane jako możliwy dowód na istnienie potwora. Serio serio. 

Seryjny morderca w Rumunii A.D. 1970 był tak brutalny, że podejrzewano go o bycie opętanym przez demona - strzygę. Podczas egzekucji krzyczał, że to wszystko wina jego ojca, a gdy ciało owego ojca po śmierci zbadano, okazało się, że odciski jego palców pasują do odcisków nigdy nie złapanego seryjnego zabójcy A.D. 1944, który ciąg zabójstw przerwał przed wykryciem w okresie, gdy urodził się jego syn, seryjny zabójca A.D. 1970. I stąd narrator wysnuwa wniosek, że to na pewno opętanie strzygi, które może być przenoszone z ojca na syna wewnątrz rodu. I tu się zacząłem zastanawiać.

Jeżeli "przejście" następuje w chwili narodzin - to jak? I dlaczego w noworodka, a nie na przykład w dorodnego nastoletniego potomka, by nie tracić czasu na dziecięce zabawy, lecz móc nieprzerwanie czynić zło? A jeżeli ma to podłoże genetyczne i przekazywanie następuje w chwili płodzenia potomka, to zważywszy, że po przeniesieniu dusza ojca jest już uwolniona od strzygi być może należy inaczej patrzeć na masowe aborcje za czasów Ceaușescu. Może to nie był objaw komunistycznych aberracji, lecz masowy program mający na celu eliminację strzyg w społeczeństwie? Może właśnie dzięki niemu braknie ich teraz we współczesnym rumuńskich społeczeństwie, które jest przez to tak nietypowe, że w odróżnieniu od swych sąsiadów ostatnie wybory wygrała tam postkomunistyczna lewica.

Bo to, że zaniechanie serii zabójstw mogło być po prostu związane z pojawieniem się dziecka (naprawdę, trudno jest przy małym dziecku nadal uprawiać tak absorbujące hobby, jakim jest seryjne zabijanie), a syn wychowywany przez ojca psychopatę był genetycznie i psychicznie predysponowany do powtórzenia jego drogi, nie było przedmiotem mego zastanowienia. To było zbyt oczywiste.

Gdy przeczytałem polski tytuł i zobaczyłem w rogu logo "National Geographic Channel" załamałem się poziomem dzisiejszej telewizji popularnonaukowej. Po obejrzeniu się uspokoiłem - nadal robi się w odcinku cuda-niewidy ze zdarzeń, których główną atrakcyjnością jest to, że zdarzyły się za czasów i pod panowaniem ZSRR, ale tłumaczy się je tak, by skłonić widza (ze mną się udało) do przyjęcia racjonalnego ich wyjaśnienia.

Wciąż jednak jestem zdumiony, że program, w którym "radzieckie" równa się "tajemnicze", powstać mógł tak niedawno, czyli w 2014 roku. Pamiętam tego typu programu z pierwszej połowy lat 90-tych, gdzie różne telewizje puszczały takie programy z lat 70/80-tych i pamiętam z nich amerykańską naiwną wiarę w to, że nad czymś niesamowitym pracują właśnie radzieccy naukowcy, bo pamiętałem tutejszą naiwną wiarę w latach 80-tych, że nad czymś niesamowitym pracują właśnie amerykańscy naukowcy. Wyglądało na to, że wszystko to, czego nie dało się naukowo udowodnić lub technologicznie stworzyć, przypisano naukowcom tej drugiej stronie konfliktu zwanego Zimną Wojną z dopiskiem "pracują nad tym, ale nie wiemy, jak bardzo są zaawansowani". Ale w 2014 wciąż się podniecać, że coś jest tajemnicze, bo było w archiwach ZSRR? Trąci myszką. Porwaną przez UFO, porażoną prądem przez mongolskiego robaka śmierci i dobitej przez opętanego strzygą mordercą.

10:54, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 stycznia 2017

Ali Baba i 40 żólwi ninja

Gdy ujrzałem ten napis w czołówce filmu pomyślałem: "O rany, część akcji będzie działa się na Bliskim Wschodzie! Żółwie Ninja w Iraku - hell yeah!". Próżne nadzieje.

Albo jest tak, że dopiero ostatnio nabrałem odpowiedniego nastroju i pokładów nostalgii, albo dopiero w latach dziesiątych Hollywood nauczyło się robić dobre remake'i seriali z lat 80-tych. "Miami Vice" z 2006 roku był tak zły, że postanowiłem go wyprzeć z pamięci i mimo nieustającej sympatii do serialu nie oglądać tego kolejny raz. A już "The A-Team" z 2010 roku, którego to serialu jestem nadal nieustającym fanem, przerobione na film było fantastyczne - obejrzałem ten filmu już ze trzy razy i obejrzę pewnie jeszcze niejeden raz, choć momentami brakowało nieco do poziomu serialu. "Wojownicze Żółwie Ninja" są nawet od swego serialu, który oglądałem namiętnie w dzieciństwie w sobotnie poranki po niemiecku na RTL, lepsze.

Nie tylko dlatego, że nie są po niemiecku. Oglądając serial nigdy nie nauczyłem się rozróżniać Żółwi. Wiedziałem, że jest ich czterech, jeden ma kij, inny dwa sztylety (co w grze komputerowej opartej na przygodach skorupiaków były najgorszą z broni), inny kij, a ostatni dwa nunczaka, jak mają na imiona i jaki kolor mają opasek - ale nie to, który z nich ma jakie imię, jaki kolor opaski i jaką broń. To było jak ówcześnie popularne zagadki logiczne o czterech lub pięciu ludziach, z których "ten, co ma psa, nie jest rudy i mieszka obok blondyna; a żadne dwa koty nie mieszkają w sąsiednich domach" (których udatną parodię czytałem w dzieciństwie w "Księdze Parodii" (ISBN: 83-221-0145-7)). Czy żółty to Leonardo i walczy sztyletami? Może tak, może nie. A to wszystko przez to, że w serialu zachowywali się wszyscy identycznie. OK, żółty jadł nieco więcej pizzy, ale poza tym - byli identyczni, jakby z jednego jajka wykluci.

A tu widać różnice między nimi. Gadatliwość Michaelangelo jest miejscami nieco over the top, ale nerdowatość Donatello i agresja Raphael są cudowną odmianą od tamtej animowanej przeciętności. Przez to, że się różnią zachowaniem łatwiej ich odróżnić. I może wreszcie zapamiętam, że gapowaty żółty Michealangelo walczy nunczakami, które rozwala o most, Donatello to fioletowy nerd z kijem, którym pilotuje samolot, a Raphael to agresywny "the muscle", który wbija się swym sztyletem w poszycie samolotu podczas powietrznych akrobacji. A to pozostawia (zgodnie z metodami postępowania w owych logicznych zagadkach) Leonardo jako szefa, o niebieskiej opasce i dwóch mieczach (co ma nawet sens, bo miecz to zwykle broń przypisana szefowi).

Nie tylko jednak o to chodzi. Film ten, podobnie jak "The A-Team" jest kinem akcji, ale jest też humorystyczny w stylu lat 80-tych. Nie ma głupkowatych żartów na siłę, ale jest ten lekki nastrój filmu, gdzie wiadomo, że wszystko dobrze się skończy, możemy więc mieć trochę zabawy przy tym. Doskonale obrazuje to scena walki w samolocie - jest widowiskowa, a kiedy ta widowiskowość sięga zenitu, gdy Rocksteady z działka odstrzeliwuje pół kabiny samolotu, pojawia się humor w jego wypowiedzi, gdy przeprasza, że go trochę poniosło. Cała ta scena akcji, jak się zawiesi niewiarę odpowiednio mocno, jest równie absolutnie fantastyczna niczym ta w "The A-Team", gdzie Drużyna wypada czołgiem z samolotu i ląduje bez spadochronów. A to tylko jedna z paru scen, podczas oglądania których autentycznie parsknąłem śmiechem.

Rany, w tym filmie pojawia się Krang, mózg noszony przez robota i nadal da się to oglądać, choć trudno o bardziej absurdalnie komiksową rzecz.

Tak mnie naszło, patrząc na ten film i widząc zachowanie Żółwi, że marka "Teenage Mutant Ninja Turtles" powstała, bo w latach 80-tych łatwiej było stworzyć komiks o tym, że Nowy Jork ratuje gang czterech zielonoskórych braci niż o tym, że ratuje go gang czterech czarnoskórych braci. Serio, choć całą czwórkę grają białasy, to ich zachowanie zdaje mi się nad wyraz afroamerykańskie. Michealangelo nawija niczym Will Smith, Raphael jest wybuchowy jak każdy czarny raper i nawet nedrowatość Donatello zdaje się być w stylu Steve'a Urkela z "Family Matters".

Fanom dendroawiatyki (lub awiodendrologii) zwracam uwagę na fakt, że samolot, którym lecieli bohaterowie, leciał dalej prostu mimo utraty połowy kadłuba i ogona, a gdy drzewo urwało jedną trzecią skrzydła, on nadal przez parę sekund leciał prosto, aż spokojnie bez żadnego wybuchu spadł do rzeki. Just sayin'.

W pozostałych rolach głównie Megan Fox jako April O'Neil i Szczała jako Casey Jones, policjant - vigilante. 

Sparowanie Szczały z Megan Fox dało zdumiewające efekty. Przez to, że ich gra aktorska jest na podobnym poziomie nie widać, jak bardzo jest on fatalny. Dopiero, gdy mają sceny z innymi aktorami ujawnia się to boleśnie wyraźnie. Zwłaszcza, gdy Megan Fox - w sumie w trzech scenach - usiłuje przybrać inny wyraz twarzy niż pusta twarz porcelanowej lalki. Było to tak złe, że nabrałem przekonania, że Szczała nie jest najgorszym aktorem na planie. Cóż, przynajmniej Megan Fox rekompensuje swe aktorskie niedostatki seksistowską sceną przebieranki na dworcu, która rozgrzeje serce każdego nastolatka będącego targetem tego filmu.

W jeszcze bardziej pozostałych rolach: jako głupkowaty geniusz naukowy - admirał Richard Barnett z filmu "Star Trek" z 2009 roku; jako Shredder - Liu Kang z "Mortal Kombat: Legacy"; jako były kamerzysta April - porucznik Grass z "Jonah Hexa"; barman to Charley Dixon z "Terminatora: Kronik Sary Connor". Splinter ma głos Monk'a.

Zaś w rolach głównych: jako Michaelangelo - szeregowy Hamm z "Pacyfiku"; jako Donatetlo - jeden z obcych w "Facetach w Czerni II"; Raphael to Aquaman z "Tajemnic Smallville", którego ujrzę niebawem w pierwszym odcinku trzeciego sezonu "Black Mirror"; a Leonardo za bardzo nigdzie indziej nie występował.

wtorek, 24 stycznia 2017

Trzeci sezon serialu nie kończy się ani wielkim starciem z arcywrogiem jednego z dwójki głównych protagonistów (tak jak sezon drugi) ani wielkiej zmiany w życiu drugiego z dwójki głównych protagonistów (tak jak sezon czwarty). Co więcej, dwójka głównych protagonistów, bez wątpienia po trzech sezonach wręcz gwiazd serialu, gra tu role drugo-, a nawet trzecioplanowe. Całość skupia się na historii jednej z ich koleżanek z pracy, detektyw Giny Calabrese.

Okazuje się, że obserwowany przez Wydział Vice kubański handlarz narkotykami, który okazuje się być kubańskim wojskowym, dwadzieścia sześć lat wcześniej zabił matkę Giny. Mówi jej o tym owej matki ówczesny narzeczony, prywatnie szpieg wywiadu NRD, na którego oczach umarła. Ta dwójka decyduje się razem wymierzyć winnemu sprawiedliwość - choć później wychodzi na jaw, że mają inną jej wizję: agent Klaus Herzog chce Kubańczyka Orrestesa Pedrosę zabić, det. Gina Calabrese chce go aresztować. 

To nasunęło mi się pytanie: Ale serio? Zwabiają oficera wojskowego komunistycznej Kuby, który w ramach czasu wolnego handluje narkotykami na wielką skalę, do nocnego klubu, gdzie wiadomo, że przyjdzie z bronią, bo będzie chciał zabić agenta Klausa. I Gina naprawdę liczy, że tego typu mężczyzna podda się i da aresztować kobiecie, która akurat na scenie wykonuje jazzowe szlagiery (taka jest przykrywka Giny w akcji zwabiania mordercy jej matki)? Albo jest zaiste głupiutka, albo szukała tylko pretekstu, by móc legalnie zastrzelić Orrestesa.

W której to kwestii zakończenie nic nie mówi. Znaczy, komendant Pedrosa pada martwy na ziemię po dwóch strzałach Giny, ale ni słowa nie ma o tym, czy da się to uznać za dokonane w granicach prawa: choć ostrzegła przed strzałem, że jest z policji, to była jednak na urlopie, a okoliczności jej pobytu w miejscu zdarzenia wzbudzają podejrzenie. Zakończenie nie ukazuje nawet pokerowej twarzy porucznika Castillo, więc ówczesny widz musiał poczekać na rozwiązanie tej zagadki aż do początku kolejnego sezonu

Poza ciekawym zwróceniem uwagi w finale na zwykle drugoplanową postać, odcinek zaskakuje też muzycznie. Piosenki, które det. Gina śpiewa na scenie jazzowego night clubu, śpiewa faktycznie grająca ją aktorka i muszę przyznać, że jak na mój absolutny brak słuchu muzycznego, to śpiewa ona zdumiewająco wyśmienicie. 

Agent Klaus Herzog (co za oryginalne nazwisko!) to Georg Friedrich Händel z "Farinelliego", a komendant Orrestes Pedrosa to Chester Docksteder z "Puli Śmierci" z Brudnym Harry'm w roli tytułowej. 

Jeden z trzech agentów FBI, którzy zwiedzają scenografię serialu, bo w sprawę wplątany jest obywatel NRD, to detektyw Reiner z "Życzenia Śmierci 4". Drugi grał epizody m.in. w "Strażniku Teksasu", "Z archiwum X", "Numb3rs" oraz drugim doskonałym serialu policyjnym z Donem Johnsonem, "Nashu Bridgesie", trzeci zaś swe epizody odbębnił m.in. w "M.A.S.H.u", "Aniołkach Charliego", "Kojaku" i "Ulicy Sezamkowej". Doprawdy nie wiem, któremu z nich bardziej zazdrościć kariery.

Tagi: Miami Vice
23:05, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 stycznia 2017

Fabuła odcinka jest pokrótce taka: Rico usiłuje namówić dostawcę na większą porcję narkotyków, podczas negocjacji jednak na limuzynę dostawcy napada dwóch gości w perukach i maskach z wąsami. Kradną dostawcy walizkę z tajemniczą zawartością, po której kradzieży ów nie chce podejmować żadnych dili, póki jej nie odzyska. Takie maski i peruki okazał się kupić stary znajomy Crocketta, uzależniony od narkotyków były młodociany gwiazdor scen teatralnych, zdobywca wielu teatralnych nagród jeszcze parę lat temu, później trzykrotnie aresztowany przez Sonny'ego.

Ów zniszczony talent teatralny prowadzi teraz amatorski teatrzyk dla wychodzących z nałogu w ramach swej rehabilitacji. Okazuje się jednak, że to faktycznie on ze swym zastępcą ukradł ową walizkę i gdy złowrogi don Gallego się o tym dowiaduje, zabija asystenta, odbiera walizkę, a usiłującemu sprzedaż mu kopie aktorowi scenicznemu sprzedaje kosę w brzuch - i już dalej wiecie...

Z tym, że właśnie nie wiecie. Wpierw Sonny i Rico odwiedzając go w szpitalu są przekonani patrząc na niego, że nie dożyje ranka. Aktor ma do nich ostatnią prośbę: nie chce odchodzić z tego świata tak, jak na niego przyszedł, czyli bez grosza w kieszeni. Crockett wzruszony daje mu całą garść pieniędzy (z kieszeni Tubbsa), a uszczęśliwiony aktor zaciska dłoń na banknotach i odpływa. Tubbs wychodząc prosi pielęgniarkę, że gdy poszkodowany już "zejdzie ze sceny", te pieniądze wróciły do niego. Po czym obaj gliniarze odjeżdżają w mrok nocy białym Ferrari.

A gdy tknięci przeczuciem po chwili wracają, okazuje się, że aktor swą zapaść tylko odgrywał i po ich wyjeździe wstał z łóżka, włamał się do szpitalnej apteczki i z kieszeniami pełnymi fiolek z narkotycznymi substancjami i garścią dolarów Tubbsa ruszył dalej w swą życiową drogę.

Walizka zaś już wcześniej doprowadziła do ujęcia gangstera, którego tajnym planem okazało się być laboratorium chemiczne do produkcji dragów ukryte w domu pogrzebowym: da się tam ukryć pokój z lab-em, chłodnia może służyć za magazyn, a krematorium pozwala na szybkie pozbycie się dowodów (co zresztą się gangsterowi udaje, gdy wpada do niego Crockett i s-ka. Dostanie więc pewnie tylko wyrok za morderstwo - ciała asystenta gwiazdy sceny nie zdążono spalić - a nie za produkcję i posiadanie kilkudziesięciu kilo narkotyków.

W jednej scenie widać deszcz, a nawet burzę (słychać w tle gromy). Piszę o tym, bo to nad wyraz rzadki widok w tym serialu.

Smaczkiem odcinka jest występ Benicio Del Toro, który gra tu epizodyczną rolę brata aktorskiego talentu. Sam te wykazuje się talentem, ale raczej magicznym, gdy niespodziewanie znika w jednej scenie - jedynej, gdy jest na ekranie wraz z prawdziwą gwiazdą, Donem Johnsonem.

Pstryk i nie ma!

Ostatnimi miesięcy poruszana była kwestia, kto powinien zagrać młodego Hana Solo. Tego z filmu animowanego w "Star Wars Holiday Special" tylko i wyłącznie młody Benicio Del Toro. Też ani przez chwilę nie widać białek jego oczu, nawet gdy przebiega przed kamerą.

- Powiedzieli, że będą strzelać, gdy ujrzą białka naszych oczu. Jestem więc bezpieczny.

Jak on coś widzi? A może nie musi, bo używa echolokacji?

Z pozostałych aktorów: Sam talent sceniczny gra aktor, którego jedynie inne otarcie się o znane produkcje to była rola pacjenta w "MASH"-u. Może dlatego sceny, w których gra na scenie, nie przekonują.

Złowrogiego don Gallego gra Paul z "Pulp Fiction" i Norman z "Cztery pokoje", segment "The Man from Hollywood"; asystenta gwiazdora - Raoul z "Who's That Girl?"; Marty Glickberg to Zeus zarówno z "Xeny", jak i z "Hercluesa" (perks of shared universe). Jako jeden z uczestników teatru - kubański generał w "X-Men: First Class" i stary Dale w "Looperze". Jako kierowca limuzyny gangstera - El Tiburon z filmowego "Miami Vice".

Tagi: Miami Vice
12:08, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 stycznia 2017

Przechodząc od razu do spoilerów powiem, że nie spodziewałem się po filmie z universum Gwiezdnych Wojen tak gorzkiego zakończenia. Owszem, "rebeliantom udało się zdobyć plany Gwiazdy Śmierci" (to akurat spoilerem nie jest, to wiadomo od prawie 40 lat), ale wszyscy przy tym umarli. Domyślałem się, że umrze ktoś (wymóg gatunku), zaskoczyło mnie to, że zginęli wszyscy bohaterowie pierwszo- i półtoraplanowi, włącznie z robotem. Jednak wiedziony kanonem do ostatniej chwili wypatrywałem jakiegoś dla nich ratunku - bezskutecznie.

Po raz kolejny w opowieści Gwiezdnowojennej bohaterem (płci dowolnej) zostaje sierota lub półsierota. Czy Lucas odreagowuje w ten sposób jakieś swe psychiczne rany, czy też po prostu w Zasiedmiogalaktyce posiadanie dziecka od razu oznacza śmierć rodzica, by utrzymać populację w ryzach? Jeśli to ostatnie, to Kylo Ren działał zgodnie z prawem (naturalnym) zabijając Hana Solo.

Niestety, przed projekcją przeczytałem pogłoskę, że generał Tarkin został stworzony komputerowo na bazie aktora grającego go w "Nowej Nadziei". Zacząłem się mu przyglądać - i stwierdzam, że CGI poszło tak daleko, że da się idealnie odwzorować nieruchomą twarz człowieka (włącznie z fakturą skóry, co wcześniej było problemem), ale jednak widać sztuczność mimiki. Są takie sceny, gdy Tarkin wykonuje skrzywienie lub uniesienie brwi w zupełnie inny sposób niż uczyniłby to człowiek. Albo więc został faktycznie odtworzony komputerowo, albo wybrali do zagrania tej roli naprawdę niesamowitego aktora, ani chybi reptilliona.

Pojawiają się w tym filmie twarze i postacie znane z innych epizodów: jest para R2D2 i C3PO, jest księżniczka Leia, jest wspomniany generał Tarkin, jest Bail Organa oraz sam Lord Vader.

Wygląd tego ostatniego nie przypadł mi do gustu. W jednej scenie aktor w stroju Vadera idzie przez pomieszczenie zbyt wydatnie kołysząc biodrami. Beznogi Vader by tak nie chodził. Co więcej, w jednej scenie widać wyraźnie, że Vader chodzi w skórzanych spodniach. Niby to rzecz oczywista, ale wcześniej - bądź dzięki niższej jakości nagrania, bądź dzięki lepszemu kadrowaniu - niewidoczna. Teraz kanty zaginającej się podczas kroków skóry odrywają uwagę od grozy Vadera. Zdaje się też, że coś eksperymentowano z jego maską - w jednej scenie nos na masce wygląda raczej na uroczy niż budzący grozę. Ale może to kwestia oświetlenia.

Poza postaciami znanymi z tego universum na ekranie mignął mi Anderson z "Sherlocka" made by BBC (stał obok bohaterki podczas spotkania w bazie rebelii i, jak zwykle, zaniżał poziom inteligencji). Trudno było mi nie dostrzec Mads Mikkelsena, który tym razem nikogo nie zjadł, i Foresta Whitakera, którego ostatnio widziałem w kosmicznym klimacie w "Battlefield Earth". Podczas napisów dostrzegłem nazwisko Alana Tudyka, Washa z "Firefly", i zdziwiłem się, że nie dostrzegłem go na ekranie. Widzę teraz, że mogłem - grał głos K-2SO.

Przegapiłem też Barristana Selmy'ego w roli generała Dodonny.

W roli głównej - Felicia Hardy z "Niesamowitego Spider-mana 2", która wcześniej (w latach 20-tych 20 wieku) spotkała Dziesiątego (Jedenastego) Doktora na przyjęciu u Agathy Christie. Tego samego Doktora w latach 50-tych XXI wieku spotkała na Marsie senator Parlo.

14:03, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 stycznia 2017

Jednym ze skutków ubocznych faktu, że duża część aktorów trzecioplanowych i statystów w serialu "The Pacific" była Australijczykami, było to, że zapoznałem się (po tytułach jedynie, z rzadka tylko zaintrygowany nim zerkając na opis produkcji filmowej) z częścią kinematografii australijskiej. Dzięki czemu udało mi się trafić na cymesik wart wyszukania i obejrzenia.

Tak jak, gdy wszyscy oglądali prequel do IV epizodu "Gwiezdnych Wojen"[citation needed], ja obejrzałem prequel do V epizodu, tak teraz, gdy fani DC czekają na film "The Justice League", oglądać zacząłem "The Justice Lease", australijski serial komediowy opowiadający o superbohaterach mieszkających na przedmieściach Melbourne.

Humor jest różnoraki jak australijska fauna. Część żartów opiera się na przypisaniu bohaterom cech stereotypowych: Superman jest pedantem, Batman (przeżywający akurat swe chwile chwały) to douchebag, a Aquaman... no cóż, to Aquaman: nikomu nieprzydatny facet z trójzębem. Część zaś być musi nieco meta, skoro ich mieszkanie wyłożone jest plakatami filmów o nich, a kłótnia przy stole wynika z tego, że Superman chce zaprosić Batmana na premierę filmu o sobie, by swą obecnością zwiększył zainteresowanie.

Ładne są też przebitki w czołówce. Właściwie to nie, ładny jest jeden - Supermana. Reszta jest zaledwie ok.

Fantastyczne jest w piątym odcinku wejście Spider-Mana jako dealera naćpanego "Venomem" i chcącego sprzedać Supermanowi Kryptonit, by utopił w nim swe troski.

Gra aktorska jest na poziomie co lepszych filmików na Youtube'ie lub typowych na co gorszych kanałach telewizji, ale krótki czas trwania odcinka i niektóre z konceptów rekompensują w pełni ten niedostatek.

W odróżnieniu od wielu innych filmów o tych superbohaterach, tu grają ich aktorzy znani praktycznie z niczego: najlepszy jest Aquaman, bo da się go jeszcze ujrzeć w powracających przez kilka odcinków rolach w kilku australijskich serialach. Najbardziej "ograny" okazał się aktor, który miga na ekranie na trzy sekundy, umazany zieloną farbą z zielonym fluorescencyjnym światełkami na szyi i czole  jako Hulk po przemianie; był nawet kierowcą w "X-Men Origins: Wolverine" i strzelcem w "Superman Returns"; niemal dorównuje mu fanka Supermana z ostatniego odcinka, która grała w jednym odcinku "Agent Carter".

O, ten.

Nie każdemu może ten humor przypaść do gustu. Mnie przypadł i doczekać się teraz równie bardzo co na "The Justice League" nie mogę chwili, gdy cały drugi sezon "The Justice Lease" pojawi się na Youtube (chwilowo dostępne są tylko dwa odcinki niestety).

wtorek, 03 stycznia 2017

Obejrzałem serial do końca i zdania nie zmieniłem - ogląda się fantastycznie sceny walki, ale sceny życia cywilnego stanowczo zaniżają poziom. W tym przypadku oznaczało to cały odcinek dziesiąty, w którym przedstawiono życie marines po zakończeniu walk i powrocie do Stanów.

Nie oznacza to, że nie ma w nim dobrych scen. Taką jest scena gdy ranni hospitalizowani żołnierze dowiadują się o końcu wojny i na ich twarzach widać mieszankę sprzecznych uczuć i niedowierzanie z końca wojny.

(Patrząc na przedstawiony tu obraz walk zaczynam wątpić, czy zrzucenie bomb atomowych na Hiroshimę i Nagasaki oznaczało, jak mówią obrońcy tego manewru, skrócenie wojny na Pacyfiku o kilka tygodni i oszczędzenie kilku tysięcy amerykańskich żyć. Skłaniam się raczej ku przekonaniu, że bez tego manewru walki trwałyby znacząco dłużej i może zakończyłyby się raczej jakąś formą rozejmu niż kapitulacją i pochłonęły znacząco więcej marines. Nie widać, w odróżnieniu od "Kompanii Braci", tu ciągłego posuwania się naprzód armii, lecz jej ciągłe utykanie na długie tygodnie na kolejnych wysepkach. Może taki był zamysł scenarzystów, może takie były tylko wrażenia piechoty morskiej, na których książkach oparto serial i w rzeczywistości wyglądało to inaczej - ale takie wrażenie serial sprawił na mnie jako widzu.

Dobrze pokazują to sceny w odcinku dziewiątym, gdzie walki trwają wiele dni i o każdą piędź ziemi, a Amerykanie - mimo zdobycia już wielu wysp po drodze - nadal giną tłumnie. Na tyle, że weterani nie starają się nawet zapamiętać nazwisk młodych, bo nie ma to sensu, skoro i tak zginą. I na tyle, że są zdumieni, że przysłano im marine z poboru. Nie było dobrze z amerykańską armią w tym okresie, skoro musiała rzucać tam poborowych do towarzystwa zawodowym żołnierzom.)

Jedyne co w odcinku dziewiątym nie przekonuje, to moralna przemiana szeregowego Sledge'a, Hugo Protagonisty drugiej połowy serialu. Trudno zważywszy na jego wcześniejsze zachowania uwierzyć, że stał się aż tak zimny, nieczuły i bezlitosny dla wroga - zmiana jest zbyt jaskrawa, bo przecież nie jest niczym dziwnym, że tak walczący przeciętny żołnierz stanie się dla "Japońców" równie wyrozumiały co przeciętny Seba dla "Araba", zwłaszcza że pracuje na to cała propaganda rządowa, by ułatwić mu strzelanie do wrogów tak, by zabić.

(Ta propaganda zresztą, jak i cała ta wojna, wciąż jeszcze tkwi w psychice Amerykanów. Tę wojnę kopiował serial "Battlestar Galactica", w którym miejsce odhumanizowanych Japończyków zajęły humanoidalne roboty, zostawiając wkoło cały sztafaż wojny na Pacyfiku: ogromny lotniskowiec z dala od bezpiecznych portów w każdej chwili narażony na samobójcze nieraz ataki możliwie odhumanizowanego wroga. Tak przynajmniej jest w remake'u z lat 2004-2009. oryginału z lat 1978-1980 jeszcze nie widziałem.)

Jestem więc w stanie uwierzyć, że takie myśli miałby Snafu, miałby Legolas czy dowolny inny żołnierz - ale trudno mi, by miał je idealizowany przez kilka poprzednich odcinków Sledge. A jeżeli już uwierzę, to jego przemiana w drugą stronę na widok śmiertelnie chorej Azjatki staje się wtedy jeszcze bardziej niewiarygodna.

Z nowych twarzy szybko ginących na wyspie (tu warto zwrócić uwagę, że nie tylko oni giną; niektórzy statyści, zwłaszcza japońscy, giną w kilku odcinkach) pojawili się: Michelangelo z nowych "Teenage Mutant Ninja Turtles", statysta z dwóch odcinków "Kompanii Braci" i japoński kierowca z "The Wolverine".

Odcinek dziesiąty w zalewie sentymentów i ckliwych romansów ratuje humor Lackiego i scena wizyty w biurze pracy Sledge'a. Wątek dochodzenia do siebie po wojnie Sledge'a też nie jest zły, ale za to kończy się typowym w Hollywoodzkiej produkcji "yips", czyli czyli wyjściem z mentalnego stuporu w sytuacji powtarzającej warunki, w których on nastąpił - tak jak dym w "Szybkim jak błyskawica" lub smugi z "Top Gun". Nie wiem, czy to faktycznie znany z psychologii fenomen i Tom Cruise grywał w młodości w filmach psychologicznie wiarygodnych, czy też po prostu ładnie wygląda to na ekranie. Tu przynajmniej reakcja Sledge'a wydaje się wiarygodniejsza niż tomcruise'owe natychmiastowe parcie do sukcesu.

Niemniej jednak pozostaję w przekonaniu, że ostatni odcinek "Kompanii Braci" lepiej opowiedział historię tego, co się po zakończeniu walk działo. A w jeszcze głębszym, że szkoda, że w dziesięcioodcinkowym serialu opowiadającym dwa lata starć aż dwa odcinki przeznaczono na ukazanie życia cywilnego.

12:03, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 grudnia 2016

Kolejne cztery odcinki - trzy z których dzieją się podczas zdobywania Peleliu - uświadomiły mi, że się jednak myliłem: to nie jest serial o jednym marine i jego kolegach, to serial o paru marines i ich kolegach. Szeregowego Roberta Lackiego w piątym odcinku zmienił szeregowy Eugene Sledge, jeszcze usilniej lansowany na postać pierwszoplanową (nawet się załapał na portret w długaśnej, prawie trzyminutowej, czołówce), a wraz z nim poznajemy jego kolegów: "Snafu" o charakterystycznej twarzy, której najbliżej chyba do Bruno Marsa, kaprala Burgina, który wygląda jak rozszerzony w poziome Orlando Bloom i świeci białymi ząbkami (więc sam nadałem mu ksywkę "Legolas") i jeszcze jednego, którego nie zapamiętałem.

Gdy "pierwsza tura" zjeżdża z frontu, głównie w workach lub na statkach - szpitalach, na ich miejsce przybywa tura druga, której jednym z żołnierzy jest właśnie Sledge. Jakby ktoś sam na to nie wpadł, w odcinku siódmym jest doskonale ukazująca to scena, gdy "nowi" wchodzą na wzgórza, z których schodzi "na tarczy" wcześniej biorący udział w walkach oddział.

Tak jak pisałem, że lądowanie na Guadalcanal było fantastycznym zaprzeczeniem D-Day na wschodnim froncie, o tyle już lądowanie na Peleliu było nad wyraz podobne. Najwyraźniej lądowania na plażach w 1944 roku, w odróżnieniu od lądowań w 1942 roku, wszędzie kończyły się masakrą lądujących. Tak w praktyce wygląda galopująca brutalność wojny.

I znów mam problem z tym serialem. "Kompania braci" była znakomita, bo pozwoliła mi zawiesić niewiarę co do tego, że oglądam dzieło fikcji. Wyglądało to realistycznie, postacie były realistyczne, więc - jak na wojnie - zdarzyć się mogło wszystko. Po paru odcinkach było się domyślić, którzy bohaterowie przeżyją (ci bardziej półtoraplanowi), a którzy nie - ale nie było wiadomo, czy żyjący nie zostaną ranni lub nawet okaleczeni (jak Guernere czy Toye), ani kiedy umrą ci, co serialu nie dożyli (mogli np. w 1984 roku). Tu zaś zbyt grubymi nićmi jest szyta fabuła. Za dużo jest akcentu na postacie, z których memuarów czerpie się wieści, zmarli na polu bitwy są przed bitwą potraktowani zdawkowo (to się zmienia dopiero w Peleliu) lub też okazują się chwilę przed śmiercią szlachetni do bólu.

Niczym sierżant Basilione, bohater odcinka ósmego. Historia jego była taka: walczył w Guadalcanal, wykazał się bohaterską postawą, dostał medal i lot do Stanów, by tam zostać pokazowym idealnym żołnierzem, zbierającym datki na walczących, takim Sierżantem Ameryką. Po roku - w czasie którego korzystał z uciech świata fleszy i mikrofonów, co jednak w opowieści zostało nieco okrojone - postanowił wrócić do regularnego wojska, po czym się zaciągnął na statek znów walczyć o ojczyznę. Po drodze dokonał wielu moralnie słusznych wyborów, ustatkował się, ożenił z uroczą panią sierżant i ułożył plany na dalsze życie. Gdy w piątej minucie odcinka składa podanie o powrót do służby, a potem w wolnej chwili w jednostce zaczyna trenować, wiadomo już, że pojedzie na te wyspy i dostanie na tym Pacyfiku kulkę, a to jest hołd mu oddany. I przez resztę odcinka - aż do ostatniego kwadransa, gdy wreszcie jest pokazana walka - dostajemy ckliwą romantyczną historię Sierżanta Ameryki. Rzucony po roku przerwy znów do walki Sierżant natychmiast odzyskuje wigor, dokonuje wielu bohaterskich czynów, ratuje przed śmiercią kilkanastu marines, zabija Japońców tuzinami - aż dostaje zbłąkaną kulą prosto w serce. Nie dało się zrobić tego odcinka rzewniej i mniej realistycznie. A szkoda, byłby znacząco lepszy.

Na ekranie w tych odcinkach pojawiają się (i najczęściej giną po kilku chwilach): Pasożyt z "Tajemnic Smallville" (szeregowy Bill Leyden), Lord Drinian z "Podróży Wędrowca do Świtu" (starszy od reszty o pokolenie sierżant Elmo 'Gunny' Haney), chirurg z "X-Men Origins: Wolverine" (sierżant John Marmet), towarzyszący mu pielęgniarz (szeregowy Young), towarzyszący im bezimienny w tym filmie żołnierz (bezimienny kapelan), Vladimir Ranskahov z nowego "Daredevila" (jako żołnierz dekujący się na tyłach), oficer z "Terra Nova" (kapral Charles Womack), Lucas Taylor z "Terra Nova" (podporucznik Mac), Hooper z "Terra Nova" (porucznik Ben Sohn), Bane z "The Matrix Reloaded" i "The Matrix Reloaded" (kapitan Le Francois), sam Spartacus ze "Spartacusa" (niestety, ten drugi, gorszy; widzę też, że będzie Pogodynkiem we "Flaszu"; to akurat ten poziom gry aktorskiej) (Lew), Zam Wesell ze "Gwiezdnych Wojen: Ataku Klonów" ...i jakieś trzy pola bitew pełne ciał pozostałych. W tym ciał wyżej wymienionych. Do tego wśród cywili da się dostrzec Petraklesa z "Xeny".

Zdziwiło mnie, że nie miałem okazji nigdzie indziej ujrzeć charakterystycznych twarzy Snafu i Legolasa. Ten pierwszy gra Elliota Aldersona, protagonistę w "Mr. Robot" oraz oficera w filmie "Battleship", więc go jeszcze na pewno ujrzę (a jak zagra Freddiego Mercury'ego w planowanym filmie "Bohemian Rhapsody", poza mną ujrzą go też ponownie szerokie masy). Tego drugiego dojrzeć chyba tylko będę mógł w "Clash of the Titans", bo jakoś nie fascynują mnie ani filmy o IRA, ani serial o budowie Titanica. A szkoda, to sympatyczna twarz (twarz Snafu sympatyczna nie jest, ale charakterystyczności nie sposób jej odmówić).

20:15, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA