RSS
piątek, 29 czerwca 2012

Fun fact odnośnie hełmów: w przeciwieństwie do tego, co zaserwował widzom reżyser, w hełmie nie ma tyle miejsca, co w o dwa numery za dużym hełmofonie kosmonauty (gladiatorom widać tu nawet uszy, których żaden kawałek hełmu nie dotyka). Uśmiechów i reszty mimiki też nie wykonuje się tak intensywnie, gdy  większość twarzy styka się z hełmem lub jego wyściółką. W końcu to hełm, a nie wnętrze battle-mech'a!

Za to widoczność jest o wiele lepsza niż tu ukazana. Ale taki już urok kamer, że żadna nie ma takiej zdolności akomodacji i selekcji w obszarze widzenia jak zwykłe ludzkie oko. By się o tym przekonać w warunkach domowych, wystarczy próbować zrobić zdjęcie lub film przez płot, który "na oko" jest niemal całkowicie przezroczysty.

02:02, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 czerwca 2012

"Najdłużej emitowany bez przerwy serial fantastyczno-naukowy", jak go reklamują. Bez przerwy, jak bez przerwy, od 1989 do 2005 jakaś tam przerwa była. Na tyle długa, że zaczęto sezony numerować od początku.

Zauroczony nowszymi odcinkami (tj. z tego wieku), postanowiłem zgłębić historię i obejrzeć całość, począwszy od "An Unearthly Child". I się wciągnąłem. Bo serial, choć niskobudżetowy, choć stary, choć momentami zachowała się jedynie ścieżka dźwiękowa i zdjęcia z planu, jest dobry. A długi czas emisji pozwala dojrzeć, jak to w takich przypadkach bywa, zmiany w formacie seriali telewizyjnych.

Otóż pierwsze odcinki (i nie tylko pierwsze; w latach 80-tych wciąż było tak samo) były kręcone według zasady: jeden epizod, jedna przygoda w danym wycinku czasu i relatywistycznej przestrzeni, dzieje się przez kilka (2-6) odcinków, czyli osobno emitowanych części. Współczesne przygody (od Dziewiątego Doktora) mają już inny format, dużo bardziej rozpowszechniony w serialach: jedna przygoda w danym miejscu = jeden odcinek. Kolejny odcinek oznacza kolejne miejsce. Czasem zdarzają się przygody dwuodcinkowe - ale już nie dłuższe.

Zmiana ta sprawia, że zupełnie zmienia się rola Doktora, jego towarzyszy, jak i bohaterów drugoplanowych. W starych odcinkach był czas, by postacie drugoplanowe napełnić życiem, zróżnicować, dać im czas, by ujawniły się ich cele, historie, lęki i marzenia. Doktor służy tylko jako element tła, wkraczający na pierwszy plan dopiero w decydującej chwili. A że ta zdarza się dopiero w ostatnim odcinku epizodu, jest możliwe, że w jakimś odcinku serialu Doktor nie pokazuje się nawet na chwilę (np. w trzecim i czwartym odcinku epizodu "The Keys of Marinus"). Współcześnie jest to niemożliwe, a gdyby spróbować - widzowie głośno zaprotestowaliby.

Współcześnie zaś wszystko kręci się wokół Doktora i jego towarzyszy. Lądują oni w nowym miejscu, spotykają postacie, które pojawiają się na ekranie najczęściej przez jakiś 7 minut, skutkiem czego muszą być bardziej płaskie i stereotypowe niż to drzewiej bywało. Doktor rozwiązuje problem i wraz ze swymi kompanami odlatują dalej, a los bohaterów drugoplanowych nawet nie jest ukazany, bo i kogo to obchodzi.

Oczywiście, nie zawsze; serial jest na tyle dobry, że gra z tą konwencją; stąd i "re-appearing characters" i np. odcinek "Closing Time". Konwencję tą zresztą obecnie łamie Moffat, tworząc coś, co jest nowym trendem wśród seriali: wątki trwające cały sezon albo i dłużej. Jakkolwiek i ten trend wciąż musi podlegać podziałowi na odcinki, z których (poza odcinkami podwójnymi) każdy rozgrywać się powinien gdzie indziej, by nie znudzić widza. Stąd też np. dziwna decyzji Amy na końcu "Day of the Moon".

 

A gdy już zagłębiłem się w me postanowienie, by obejrzeć liczący 784 odcinki serial, to postanowiłem wykonać jeszcze jeden krok i oglądając dany epizod, zagłębić się w jego realia, czytając i oglądając wszystko (w rozsądnych granicach; to, co posiadam i to, co wyda mi się interesujące) na ten temat. Akurat podjąłem to postanowienie, gdy Doktor bawił w starożytnym Rzymie, w czwartej historii drugiej serii i teraz się zastanawiam, czy poprzedzające go przygody oglądać ponownie od początku, pogłębiając swą wiedzę, czy też od końca, by złamać chronologię jeszcze bardziej (i podkreślić jeszcze bardziej wątek podróży w czasie), czy też zacząć oglądać kolejne odcinki, do uprzednich wiedzy już nie pogłębiając (choć z chęcią poczytałbym o Ameryce prekolumbijskiej...). W zależności od wyboru czeka na mnie wiedza o początkach człowieka (temat, który mnie fascynował od dawna), francuskiej rewolucji lub czasach krucjat. Spora doza science-fiction sprzed pół wieku jest nie do uniknięcia w żadnym przypadku, więc już zacząłem ją zgłębiać.

 

PS. Jednym ze skutków ubocznych oglądania serialu jest to, że potem dostrzega się niebieską budkę w naprawdę dziwnych miejscach. A aktorzy grający Doktora, oglądani w innych filmach nadal wydają się nie wychodzić z roli (przecież nikt nie zabroni Trzeciemu Doktorowi wpaść na chwilę do Rzymu, czy Dziesiątemu do międzywojennej Warszawy).

Tagi: Doctor Who
03:09, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Skończyła się emisja serialu, który - było nie było - zdominował świat seriali w II połowie I dekady XXI wieku, niczym "Przyjaciele" kilka lat wcześniej. Zanim się jednak zdążył skończyć, ja przestałem go oglądać (choć może kiedyś obejrzę i pozostałe półtorej serii, by mieć wewnętrzną satysfakcję, że widziałem wszystkie odcinki, tak jak mam w przypadku serialu "Dynastia"). Przestałem, bo - jak to w przypadku większości dłużej emitowanych seriali bywa - zniżanie się jego poziomu było już od dawna widoczne i w pewnym momencie oglądanie przestało sprawiać przyjemność.

Większość opinii, które czytałem, lokuje początek owego zaniżania formy gdzieś w piątym, czy szóstym sezonie. Ja uważam, że zaczęło się to znacznie wcześniej - gdzieś w trzecim, czwartym. W momencie, gdy skończyły się "clinic duty" House'a. Tam było widać, ze dr Gregory House to medyczny geniusz, które prostsze przypadki rozwiązuje w trzy sekundy, nierzadko obrażając przy tym pacjentów. Gdy zabrakło tego elementu, House miast geniusza zaczął przypominać wioskowego idiotę.

Każdy bowiem - każdy! - odcinek miał ten sam schemat: pojawia się pacjent, zbiera się lekarskie konsylium. Równocześnie House ma równolegle inny, banalny przypadek lub - od pewnego momentu wyłącznie ta druga opcja występowała - ma jakąś przygodę z Wilsonem lub Cuddy. Konsylium, pod przewodnictwem House'a wyznacza pierwszą diagnozę. Nietrafną. Zbiera się więc konsylium ponownie (w tle przygoda Wilsonowo-Cuddy'owa się rozwija), House spośród diagnoz wybiera drugą. Również nietrafnie. W tym momencie często jest dramatyczny moment, pacjent pluje krwią, jest zatrzymanie akcji serca, do akcji wkracza defibrylator, etc. etc. Gdy konsylium debatuje po raz trzeci, przygoda w tle dobiega końca - formalnie niespodziewanego; ale po dwudziestu "niespodziewanych" końcach z rzędu widz zaczyna się spodziewać właśnie takiego - i House doznaje swego "epiphany" i w ostatniej chwili ratuje pacjenta od niechybnej śmierci. Krótki epilog, w którym Wilson się pyta, co House wyniósł z tej lekcji, House zbywa go żartem - i za tydzień sytuacja się powtarza od początku.

I tak to się ciągnęło sezon za sezonem. Ale serial nadal oglądało się z ciekawością, od pewnego momentu już nie nie dla medycznych przypadków, ale dla całej tej "dramy" w tle. Aż i ona zaczęła nużyć, bo stała się zbyt powtarzalna.

Niezależnie jednak od słabości fabularnej kolejnych odcinków, serial miał swe plusy. Pokazał, że protagonista nie musi być miły i uprzejmy i uczynił złośliwego gbura modnym w celuloidowym świecie. Udało mu się ciekawie przejść przez rafy "erotycznego podtekstu między głównymi bohaterami pierwszoplanowymi", co bywało problemem w serialach poprzedniej dekady. Ma też swe zasługi w określaniu kanonów kobiecej urody: i Cameron i Trzynastka stały się w swym czasie jednym z popularnych typów kobiecej urody (na reklamach jednej z sieci odzieżowych modelka znacząco przypomina Cameron; Trzynastka m.in. dzięki temu serialowi zagrała w "Tronie" i "Kowbojach i obcych" stając się kolejną muzą geek'ów i nerd'ów).

Zakończyłem oglądanie serialu dawno temu na odcinku, w którym Trzynastka wychodzi z więzienia. Odcinek był dobry, inny i lepszy niż kilka poprzednich, więc postanowiłem zakończyć śledzenie przygód złośliwego doktora mając akurat o serialu dobrą opinię. Po paru latach zapewniania wrażeń na to zasługiwał. A może kiedyś się wezmę i się dowiem, jak się ta historia skończyła (tzn. wiem, jak się skończyła, mniej więcej; ale bym to kiedyś może obejrzał na własne oczy).

Tagi: house
03:06, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Wreszcie pojawiają się znane ze "Spartacus: Gods of the Arena"  postacie.

Wiem, że prequel kręcony był po pierwszym sezonie "Spartacus: Blood and Sand", więc nie dziwi mnie różnica w wyglądzie aktorów, ale zdziwiło mnie w pierwszej chwili, gdy ujrzałem, jak Barca nie umie walczyć, tylko panicznie blokuje uderzenia przeciwnika. Widać też było, że umięśnienie gladiatorów bardziej przypomina te kulturystów niż wojowników. Ale wiem, że to się z czasem zmieni, więc mnie nie razi.

Zaś Gal, może ze względu na moje własne nieuczesanie, bardziej przypadł mi do gustu we fryzurze "na neandertalczyka", jaką miał na początku prequel'a niż "na kadeta", którą prezentuje tutaj.

02:54, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

"Spartacus:GotA - 300"

A przez to, że pozbawiona tej przejaskrawionej stylistyki, wyraźniej widać niedociągnięcia blue-screen'a. Tak sobie na początku pomyślałem.

(rozejrzałem się też po loży na arenie w pierwszej scenie, bo wiedziałem, że tam siedziały dramatis personae w prequel'u)

A potem zobaczyłem walkę z zombiakami. Wiem, że to było jakieś plemię i było żywe, ale taki był sposób prezentacji ich i walki (fun fact: w pop-kinie(*) urwaną nogę lub rękę widać tylko w towarzystwie zombie).

Kolorystyka pejzaży w melodramatycznym rozstaniu protagonisty z kobietą jego życia godna "Przeminęło z wiatrem". Nie tylko zresztą w tej scenie, chyba wszystkie pejzaże Tracji były podkolorowane tak, że brakło tylko jelenia na rykowisku w tle.

Walki równie komiksowe jak w prequel'u, ale jej efekciarstwo chyba jest jeszcze bardziejsze (krew leje się szklankami). Jakiekolwiek podejrzewanie scen walki o realizm jest oczywiście niemożliwe (po cięciu mieczem przez plecy i przecięciu kilku dość ważnych partii mięśni nikt nie byłby w stanie dalej walczyć - a dla Spartacusa to tylko "flesh wound"). Najbardziej spodobał mi się gladiator, który w kilka sekund po odcięciu obu nóg stara się odczołgać od miejsca rzezi, ciągnąc za sobą już niekrwawiące kikuty. Może liczył, że się gdzieś schowa i przeczeka, aż sobie Spartacus pójdzie?


* - ponieważ termin "współczesne kino amerykańskie", czy "współczesne kino hollywood'zkie" jest nieścisły, wprowadzam za radą Cycerona neologizm.

01:07, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 czerwca 2012

Owa wielowątkowa fabuła wciągnęła mnie na tyle, że pewnego wieczora wybrałem oglądanie kolejnego odcinka nad gangsterską komedię romantyczną sprzed dekady z Sylvestre'm Stallone'm. Ale co się odwlecze...

Kolejne odcinki, oglądane częściej niż raz na tydzień już nużyły powtarzalnością swego schematu. Kilka jednak było fragmentów godnych uwagi.

Na przykład kwestia Doctore. Doctore to typowy Sierżant

{Sierżant - wielki wojownik, który ćwiczy kadetów. Czasem występuje na polu bitwy (to S. wyciąga żółtodziobów z okopów i opałów za uszy), ale zwykle - w obozie treningowym. S. choć nie jest zbyt stary, to jest ponad-czasowy - był tu i szkolił nawet dowódcę waszego dowódcy i będzie szkolił wasze dzieci.}

ale chyba po raz pierwszy natknąłem się na przypadek, gdy ta "ostoja placu treningowego" zostaje wymieniona.

Twarz 'starego' Doctore z blizną na jej środku notorycznie prowokowała w mej głowie pytanie, czy tak będzie wyglądać w serialu twarz Tyriona po Bitwie nad Czarnym Nurtem.

Doskonale obsadzone były role świńskich blondynów - Tulliusa i Vettiusa. Ten pierwszy przypominał mi nieco Cycerona z "Rome", ale to jednak inny aktor. Ten drugi już w pierwszej scenie został przedstawiony tak antypatycznie, jak tylko się da.

Odcinki oglądałem już w czasie EURO 2012, więc w czasie walk brakowało mi nieco głosu Szpakowskiego i innych komentatorów z off'u.

10:32, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 czerwca 2012

Po wielu nieudanych podejściach, udało mi się wreszcie obejrzeć do końca pierwszy odcinek. I tak się zachwyciłem tym osiągnięciem, że obejrzałem i sporą część drugiego.

I się zorientowałem, że tu jednak będzie (jest, nawet) fabuła między komiksowymi walkami (z wszystkimi tego realiami; urwanie sceny, gdy ten Legolas i Emerytowany Generał

{E.G. - wielki wojownik, który albo już nie walczy, bo jest emerytowany, albo za stary, albo ranny, ale legendy krążą o jego dawnej sławie i cieszy się uznaniem wśród grup młodych samców-wojowników; czasem wraca, by skopać tyłki wrogów raz jeszcze (czasem z emerytury; z ran zawsze, są tylko chwilowym handi-cap'em E.G.); we współczesnym kinie amerykańskim, wbrew nazwie, E.G. ma najczęściej stopień pułkownika lub porucznika i gra go Clint Eastwood}

zaczynają walczyć, jest przecież kalką z komiksu), teledyskowym seksem i językiem, w którym braknie tylko zdania "Fuck the fucking fuckers!" (słyszałem kiedyś, że we współczesnej angielszczyźnie i amerykaniźnie słowo "cunt" jest o wiele mocniejszym epitetem niż poczciwe "fuck"; temu pewnie jest tak tu nadużywane). I to nawet kilkuwątkowa fabuła.

Z tego zauroczenia stylem serialu, gdy oglądałem go poprzednim razem, zapomniałem wspomnieć o aktorach. W roli Emerytowanego Generała Onomatopejosa - czarnoskóry amerykański generał, w dodatku z antycznymi koneksjami. Do Xeny dołączyła połowa obsady jej serialu. Ale najbardziej się ucieszyłem, że Matthew sobie jakoś radzi po śmierci Garetha.

Zakończyłem oglądanie na walce Legolasa z Galem, której finał był akuratnie absurdalny: Gal biegnąc obok Legolasa wyskakuje w powietrze(*), skacze jak kangur, w powietrzu dostaje cios - i ów sprawia, że wir ściąga go na ziemię, ciągnąc go ponad metr do tyłu - by po tym CGI-owym skoku wylądować tam, gdzie udało się to aktorowi.

Walka blindfolded niezła, ale widziałem lepsze.

 

* - dygresja: nietrudno zauważyć - a jak się już zauważy, to trudno przestać - że większość filmowych herosów pokonuje kopy przeciwników tylko dlatego, że ci obok nich przebiegają, drąc się w niebogłosy i nie próbując zadać żadnego ciosu. Nawet nie biegnąc na herosa (mogliby przecież go przewrócić swym pędem i potłuc), tylko wbiegając w miejsce, gdzie on od paru sekund ma wystawioną pięść. Rzekłbym, że filmowy heros jest jedynym typem człowieka, który może biegnącego na niego napastnika uderzyć kantem dłoni w kark nie ruszając się z miejsca - ale widziałem kiedyś kiepski pokaz szkoły kung-fu i wiem już, że nie jedynym.

23:54, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 maja 2012

Obejrzałem tę docudramę akurat tuż po przeczytaniu opowieści, jak to Turin, syn Hurina, zabił smoka Glaurunga na brzegu Teiglinu. "Smok podpełzł do skraju przepaści i nie skręcił nigdzie, tylko przygotował się do skoku. Chciał wybić się mocno tylnymi łapami, by z pomocą przednich wciągnąć się potem na górę po drugiej stronie. Dobrze widzieli na tle gwiazd olbrzymi łeb i otwartą paszczę z siedmioma ognistymi językami. Nagle smok omiótł płomieniem przeciwległy brzeg i cały wąwóz wypełnił się czerwonym blaskiem, a cienie zatańczyły między skałami.". Tu pokazane jednak smoki mało są Glaurungowi podobne: nie zauraczają swych wrogów ni nie mówią ludzką mową ni na codzień, ni w czasie agonii.

Ale za to są ładne. "State of art CGI" to już po paru latach nie jest, ale nadal ogląda się to przyjemnie. W warstwie "merytorycznej" też dużych luk nie widać, choć jedyny naprawdę istotny wątek - skąd, u licha, sześć kończyn zamiast czterech u tego gatunku - skrzętnie pominięto, dopiero na stronie programu pisząc o tym małą wzmiankę. O ile więc geneza "prehistorycznych" i "dalekowschodnich" smoków nie raziła logicznymi dziurami, o tyle przypadek "smoków górskich" mi zgrzytał. A szkoda, CGI ładnie się w pejzaż wpisywało.

I szkoda, bo bez wytłumaczenia tej kwestii trudno tworzyć fikcję ze "standardowymi", przynależnymi naszej kulturze, smokami, naukowo ten fakt tłumacząc i nie uciekając się do magii. Pozostaje więc ona - albo gigantyczne pterozaury (przypominające mi kurczaki) lub naziemne jaszczury, wyróżniające się możliwością zionięcia ogniem. Co jednak nie jest już tym samym, co stary, dobry, porządny smok z czterema łapami, parą skrzydeł, wspomnianym ognistym oddechem i głębokim głosem.

03:08, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Niby jest to program popularno-naukowy, a po jego obejrzeniu czuję się głupszy niż przed. Po tytule spodziewałem się informacji o strukturze niejednorodnego rozkładu materii we Wszechświecie  - i dostałem je; było tego jakieś 4 minuty, a "informacje o strukturze" ograniczały się do wielkości.

Przez pozostałe przeszło pół godziny autorzy wymieniali: największą supergromadę, największą czarną dziurę, największą gwiazdę, największą planetę. Może i to ciekawe, ale mnie wygląda na zbieranie znaczków.

A w przerwach między kolejnymi punktami tej listy urzekają pełne przenikliwości komentarze (zapewne polski lektor dodaje im jeszcze więcej uroku) typu: "Największe rzeczy w kosmosie są naprawdę ogromne.", "Na Ziemi jak w kosmosie - rozmiary są ważne.", "Urodziłem się w Nowym Jorku, więc wiem, co to tłok na ulicach." (podczas przyrównywania galaktyk do miast) czy "Żeby określić rozmiary galaktyki, trzeba wiedzieć, gdzie się kończą". Urocze są też typowo amerykańskie porównania do obiektów znanych niemal wyłącznie temu ludowi, jak stadion futbolu amerykańskiego lub Hoover Dam.

Jakoś mnie więc ten program nie przekonał.

02:42, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Film to farsa, ekranizacja musicalu o tym samym tytule. Obejrzałem, chwilę wcześniej przeczytawszy tekst "Farsy i fabliaux" autorstwa Bernadette Ray-Flaud zawierający kilka definicji farsy, więc wiedziałem czego się spodziewać: gmatwającej się intrygi, rubasznego czy wreszcie sprośnego humoru, braku tła  i jednowymiarowych postaci (co zresztą, gdybym definicji nie czytał, dość wyraźnie opowiada umieszczona powyżej piosenka początkowa). Data produkcji filmu jednoznacznie wskazuje, że wszelkie pretensji do realizmu historycznego należy odrzucić hen, daleko (co zresztą dla farsy nie jest niczym dziwnym). I faktycznie, sceneria jest "ogólno-starożytno-rzymska", bez podania żadnych dat czy historycznych punktów odniesienia, a postacie pasują i do czasów Republiki i do późnego Cesarstwa.

Brak CGI skutkuje niecodziennymi dla współczesnego widza sytuacjami, gdy większe przestrzenie są puste - co najwyraźniej widać w pewnym momencie piosenki "Everybody Ought to Have a Maid", którą tercet męski wykonuje do pustego placu, bez żadnej widowni.

Połowę obsady stanowili aktorzy amerykańscy, którzy najwyraźniej pól wieku temu jeszcze umieli używać mimiki. Wśród aktorów żadna twarz nie zakłóciła mi toku narracji, ale to chyba dowód mego zaćmienia umysłu, bo przegapiłem obecność trzeciego Doktora. (Wśród angielskich aktorów jest jeszcze kilku, którzy brali udział w serialu "Doctor Who", ale występowali w odcinkach, których jeszcze nie widziałem, więc nie miałem szansy ich z tej strony skojarzyć.) Dopiero też podczas napisów końcowych się zorientowałem, że Erronius był ostatnią w życiu rolą Bustera Keatona - w filmie go nie poznałem, bo jakoś inaczej w pamięci zakonotowałem sobie jego twarz.

Niemniej jednak oglądając bawiłem się dobrze, a melodia piosenki otwierającej film chodzi za mną od czasu obejrzenia, już przez dobre kilka dni.

Tagi: Rzym
02:41, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA