RSS
czwartek, 21 czerwca 2012

Wreszcie pojawiają się znane ze "Spartacus: Gods of the Arena"  postacie.

Wiem, że prequel kręcony był po pierwszym sezonie "Spartacus: Blood and Sand", więc nie dziwi mnie różnica w wyglądzie aktorów, ale zdziwiło mnie w pierwszej chwili, gdy ujrzałem, jak Barca nie umie walczyć, tylko panicznie blokuje uderzenia przeciwnika. Widać też było, że umięśnienie gladiatorów bardziej przypomina te kulturystów niż wojowników. Ale wiem, że to się z czasem zmieni, więc mnie nie razi.

Zaś Gal, może ze względu na moje własne nieuczesanie, bardziej przypadł mi do gustu we fryzurze "na neandertalczyka", jaką miał na początku prequel'a niż "na kadeta", którą prezentuje tutaj.

02:54, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

"Spartacus:GotA - 300"

A przez to, że pozbawiona tej przejaskrawionej stylistyki, wyraźniej widać niedociągnięcia blue-screen'a. Tak sobie na początku pomyślałem.

(rozejrzałem się też po loży na arenie w pierwszej scenie, bo wiedziałem, że tam siedziały dramatis personae w prequel'u)

A potem zobaczyłem walkę z zombiakami. Wiem, że to było jakieś plemię i było żywe, ale taki był sposób prezentacji ich i walki (fun fact: w pop-kinie(*) urwaną nogę lub rękę widać tylko w towarzystwie zombie).

Kolorystyka pejzaży w melodramatycznym rozstaniu protagonisty z kobietą jego życia godna "Przeminęło z wiatrem". Nie tylko zresztą w tej scenie, chyba wszystkie pejzaże Tracji były podkolorowane tak, że brakło tylko jelenia na rykowisku w tle.

Walki równie komiksowe jak w prequel'u, ale jej efekciarstwo chyba jest jeszcze bardziejsze (krew leje się szklankami). Jakiekolwiek podejrzewanie scen walki o realizm jest oczywiście niemożliwe (po cięciu mieczem przez plecy i przecięciu kilku dość ważnych partii mięśni nikt nie byłby w stanie dalej walczyć - a dla Spartacusa to tylko "flesh wound"). Najbardziej spodobał mi się gladiator, który w kilka sekund po odcięciu obu nóg stara się odczołgać od miejsca rzezi, ciągnąc za sobą już niekrwawiące kikuty. Może liczył, że się gdzieś schowa i przeczeka, aż sobie Spartacus pójdzie?


* - ponieważ termin "współczesne kino amerykańskie", czy "współczesne kino hollywood'zkie" jest nieścisły, wprowadzam za radą Cycerona neologizm.

01:07, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 czerwca 2012

Owa wielowątkowa fabuła wciągnęła mnie na tyle, że pewnego wieczora wybrałem oglądanie kolejnego odcinka nad gangsterską komedię romantyczną sprzed dekady z Sylvestre'm Stallone'm. Ale co się odwlecze...

Kolejne odcinki, oglądane częściej niż raz na tydzień już nużyły powtarzalnością swego schematu. Kilka jednak było fragmentów godnych uwagi.

Na przykład kwestia Doctore. Doctore to typowy Sierżant

{Sierżant - wielki wojownik, który ćwiczy kadetów. Czasem występuje na polu bitwy (to S. wyciąga żółtodziobów z okopów i opałów za uszy), ale zwykle - w obozie treningowym. S. choć nie jest zbyt stary, to jest ponad-czasowy - był tu i szkolił nawet dowódcę waszego dowódcy i będzie szkolił wasze dzieci.}

ale chyba po raz pierwszy natknąłem się na przypadek, gdy ta "ostoja placu treningowego" zostaje wymieniona.

Twarz 'starego' Doctore z blizną na jej środku notorycznie prowokowała w mej głowie pytanie, czy tak będzie wyglądać w serialu twarz Tyriona po Bitwie nad Czarnym Nurtem.

Doskonale obsadzone były role świńskich blondynów - Tulliusa i Vettiusa. Ten pierwszy przypominał mi nieco Cycerona z "Rome", ale to jednak inny aktor. Ten drugi już w pierwszej scenie został przedstawiony tak antypatycznie, jak tylko się da.

Odcinki oglądałem już w czasie EURO 2012, więc w czasie walk brakowało mi nieco głosu Szpakowskiego i innych komentatorów z off'u.

10:32, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 czerwca 2012

Po wielu nieudanych podejściach, udało mi się wreszcie obejrzeć do końca pierwszy odcinek. I tak się zachwyciłem tym osiągnięciem, że obejrzałem i sporą część drugiego.

I się zorientowałem, że tu jednak będzie (jest, nawet) fabuła między komiksowymi walkami (z wszystkimi tego realiami; urwanie sceny, gdy ten Legolas i Emerytowany Generał

{E.G. - wielki wojownik, który albo już nie walczy, bo jest emerytowany, albo za stary, albo ranny, ale legendy krążą o jego dawnej sławie i cieszy się uznaniem wśród grup młodych samców-wojowników; czasem wraca, by skopać tyłki wrogów raz jeszcze (czasem z emerytury; z ran zawsze, są tylko chwilowym handi-cap'em E.G.); we współczesnym kinie amerykańskim, wbrew nazwie, E.G. ma najczęściej stopień pułkownika lub porucznika i gra go Clint Eastwood}

zaczynają walczyć, jest przecież kalką z komiksu), teledyskowym seksem i językiem, w którym braknie tylko zdania "Fuck the fucking fuckers!" (słyszałem kiedyś, że we współczesnej angielszczyźnie i amerykaniźnie słowo "cunt" jest o wiele mocniejszym epitetem niż poczciwe "fuck"; temu pewnie jest tak tu nadużywane). I to nawet kilkuwątkowa fabuła.

Z tego zauroczenia stylem serialu, gdy oglądałem go poprzednim razem, zapomniałem wspomnieć o aktorach. W roli Emerytowanego Generała Onomatopejosa - czarnoskóry amerykański generał, w dodatku z antycznymi koneksjami. Do Xeny dołączyła połowa obsady jej serialu. Ale najbardziej się ucieszyłem, że Matthew sobie jakoś radzi po śmierci Garetha.

Zakończyłem oglądanie na walce Legolasa z Galem, której finał był akuratnie absurdalny: Gal biegnąc obok Legolasa wyskakuje w powietrze(*), skacze jak kangur, w powietrzu dostaje cios - i ów sprawia, że wir ściąga go na ziemię, ciągnąc go ponad metr do tyłu - by po tym CGI-owym skoku wylądować tam, gdzie udało się to aktorowi.

Walka blindfolded niezła, ale widziałem lepsze.

 

* - dygresja: nietrudno zauważyć - a jak się już zauważy, to trudno przestać - że większość filmowych herosów pokonuje kopy przeciwników tylko dlatego, że ci obok nich przebiegają, drąc się w niebogłosy i nie próbując zadać żadnego ciosu. Nawet nie biegnąc na herosa (mogliby przecież go przewrócić swym pędem i potłuc), tylko wbiegając w miejsce, gdzie on od paru sekund ma wystawioną pięść. Rzekłbym, że filmowy heros jest jedynym typem człowieka, który może biegnącego na niego napastnika uderzyć kantem dłoni w kark nie ruszając się z miejsca - ale widziałem kiedyś kiepski pokaz szkoły kung-fu i wiem już, że nie jedynym.

23:54, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 maja 2012

Obejrzałem tę docudramę akurat tuż po przeczytaniu opowieści, jak to Turin, syn Hurina, zabił smoka Glaurunga na brzegu Teiglinu. "Smok podpełzł do skraju przepaści i nie skręcił nigdzie, tylko przygotował się do skoku. Chciał wybić się mocno tylnymi łapami, by z pomocą przednich wciągnąć się potem na górę po drugiej stronie. Dobrze widzieli na tle gwiazd olbrzymi łeb i otwartą paszczę z siedmioma ognistymi językami. Nagle smok omiótł płomieniem przeciwległy brzeg i cały wąwóz wypełnił się czerwonym blaskiem, a cienie zatańczyły między skałami.". Tu pokazane jednak smoki mało są Glaurungowi podobne: nie zauraczają swych wrogów ni nie mówią ludzką mową ni na codzień, ni w czasie agonii.

Ale za to są ładne. "State of art CGI" to już po paru latach nie jest, ale nadal ogląda się to przyjemnie. W warstwie "merytorycznej" też dużych luk nie widać, choć jedyny naprawdę istotny wątek - skąd, u licha, sześć kończyn zamiast czterech u tego gatunku - skrzętnie pominięto, dopiero na stronie programu pisząc o tym małą wzmiankę. O ile więc geneza "prehistorycznych" i "dalekowschodnich" smoków nie raziła logicznymi dziurami, o tyle przypadek "smoków górskich" mi zgrzytał. A szkoda, CGI ładnie się w pejzaż wpisywało.

I szkoda, bo bez wytłumaczenia tej kwestii trudno tworzyć fikcję ze "standardowymi", przynależnymi naszej kulturze, smokami, naukowo ten fakt tłumacząc i nie uciekając się do magii. Pozostaje więc ona - albo gigantyczne pterozaury (przypominające mi kurczaki) lub naziemne jaszczury, wyróżniające się możliwością zionięcia ogniem. Co jednak nie jest już tym samym, co stary, dobry, porządny smok z czterema łapami, parą skrzydeł, wspomnianym ognistym oddechem i głębokim głosem.

03:08, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Niby jest to program popularno-naukowy, a po jego obejrzeniu czuję się głupszy niż przed. Po tytule spodziewałem się informacji o strukturze niejednorodnego rozkładu materii we Wszechświecie  - i dostałem je; było tego jakieś 4 minuty, a "informacje o strukturze" ograniczały się do wielkości.

Przez pozostałe przeszło pół godziny autorzy wymieniali: największą supergromadę, największą czarną dziurę, największą gwiazdę, największą planetę. Może i to ciekawe, ale mnie wygląda na zbieranie znaczków.

A w przerwach między kolejnymi punktami tej listy urzekają pełne przenikliwości komentarze (zapewne polski lektor dodaje im jeszcze więcej uroku) typu: "Największe rzeczy w kosmosie są naprawdę ogromne.", "Na Ziemi jak w kosmosie - rozmiary są ważne.", "Urodziłem się w Nowym Jorku, więc wiem, co to tłok na ulicach." (podczas przyrównywania galaktyk do miast) czy "Żeby określić rozmiary galaktyki, trzeba wiedzieć, gdzie się kończą". Urocze są też typowo amerykańskie porównania do obiektów znanych niemal wyłącznie temu ludowi, jak stadion futbolu amerykańskiego lub Hoover Dam.

Jakoś mnie więc ten program nie przekonał.

02:42, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Film to farsa, ekranizacja musicalu o tym samym tytule. Obejrzałem, chwilę wcześniej przeczytawszy tekst "Farsy i fabliaux" autorstwa Bernadette Ray-Flaud zawierający kilka definicji farsy, więc wiedziałem czego się spodziewać: gmatwającej się intrygi, rubasznego czy wreszcie sprośnego humoru, braku tła  i jednowymiarowych postaci (co zresztą, gdybym definicji nie czytał, dość wyraźnie opowiada umieszczona powyżej piosenka początkowa). Data produkcji filmu jednoznacznie wskazuje, że wszelkie pretensji do realizmu historycznego należy odrzucić hen, daleko (co zresztą dla farsy nie jest niczym dziwnym). I faktycznie, sceneria jest "ogólno-starożytno-rzymska", bez podania żadnych dat czy historycznych punktów odniesienia, a postacie pasują i do czasów Republiki i do późnego Cesarstwa.

Brak CGI skutkuje niecodziennymi dla współczesnego widza sytuacjami, gdy większe przestrzenie są puste - co najwyraźniej widać w pewnym momencie piosenki "Everybody Ought to Have a Maid", którą tercet męski wykonuje do pustego placu, bez żadnej widowni.

Połowę obsady stanowili aktorzy amerykańscy, którzy najwyraźniej pól wieku temu jeszcze umieli używać mimiki. Wśród aktorów żadna twarz nie zakłóciła mi toku narracji, ale to chyba dowód mego zaćmienia umysłu, bo przegapiłem obecność trzeciego Doktora. (Wśród angielskich aktorów jest jeszcze kilku, którzy brali udział w serialu "Doctor Who", ale występowali w odcinkach, których jeszcze nie widziałem, więc nie miałem szansy ich z tej strony skojarzyć.) Dopiero też podczas napisów końcowych się zorientowałem, że Erronius był ostatnią w życiu rolą Bustera Keatona - w filmie go nie poznałem, bo jakoś inaczej w pamięci zakonotowałem sobie jego twarz.

Niemniej jednak oglądając bawiłem się dobrze, a melodia piosenki otwierającej film chodzi za mną od czasu obejrzenia, już przez dobre kilka dni.

Tagi: Rzym
02:41, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 maja 2012

Obejrzałem przeszło tydzień po części pierwszej, więc ponownie zdumiał mnie brytyjski patriotyzm Fry'a, którym przesiąknięty jest program ("I really believed that I would never come back to England"). Ale też dotarło do mnie, że - jeżeli mogę pozwolić sobie na swobodne dywagowanie o chorobie, której jednym ze skutków ubocznych może być śmierć samobójcza - w odróżnieniu od przypadku lokalnego, u którego bipolar disorder wydaje mi się być kwestią wrodzoną (defekt na poziomie neuroprzekaźników), załamania Fry'a przedstawione zostały raczej jako skutek jego trybu życia: codziennego stresu związanego z próbą bycia cały czas duszą towarzystwa (warto zwrócić uwagę, że większość, jeżeli nie wszystkie rozmowy, stara się kończyć bon-motem lub anegdotką; dla odmiany większość rozmówców jest widocznie zestresowana obecnością kamery) i - było nie było, taka kariera - aktorem, człowiekiem oglądanym przez miliony widzów, którego każde potknięcie widzi cała Brytania (rzekłbym: cały świat, ale na brytyjskim patriocie zrobiłoby to mniejsze wrażenie).

Trzymając się nadal tej hipotezy, dodam jeszcze że nastoletnie "wybryki" Fry'a (nie był jeszcze wtedy znany, nie prowadził jeszcze stresującego trybu życia) wiążę z jego wewnętrznym struggle z własną seksualnością.

 

Po obejrzeniu drugiej części, na zakończenie pełnego aktywności wieczora, podobnie jak po części pierwszej, skonstatowałem, że problem bipolar disorder nijak mnie nie dotyczy. Po czym radośnie położyłem się spać... a gdy wstałem (fakt, po zdecydowanie zbyt krótkim śnie), usiadłem przed komputerem i mimo długiej listy piętrzących się obowiązków, skrzętnie wieczorem rozpisanych, przez kilka godzin nie udało mi się zrobić nic, coraz bardziej się tym faktem stresując. Dopiero po jakichś siedmiu godzinach, dzbanku herbaty i kawie, zebrałem wystarczająco wiele sił, by choćby jeden punkt na owej liście wypełnić. A gdy zaczęło się ściemniać za oknem, znów poczułem przypływ energii, punkty na liście nie wyglądają już na tak straszne, mam siłę, by je wypełniać - i energię, by w przerwie pisać ten wpis (w przerwie, bo bez stresu zrealizowałem dwa kolejne). Jak to więc jest z tymi moimi "63kg wyporności"? Czy kwalifikuje się to jako objaw choroby, panie doktorze?

10:44, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Obejrzałem zasugerowany przez Nieogolonego. Gdyż używam o swym stanie fizycznym określeń "maniakalny" lub "depresyjny" (tempo życia, ale też i nastrój), czy też terminu "hipomania". Bo miewam wahania nastroju.

Uważam zresztą, że wahania nastroju i tempa życia (zwłaszcza w naszym klimacie; Afryki, południowej Azji, Ameryki Południowej (zajebisty kontynent, jakby na to spojrzeć; "Jak to jest żyć na takim długim i wąskim kontynencie?", że sparafrazuję, a oryginał był o Chile) to nie dotyczy lub dotyczy w znacznie mniejszym stopniu) są czymś normalnym dla naszego gatunku. Czy też: rasy, bo zmiana ta, podobnie jak brak melatoniny w skórze, związana jest z przystosowaniem do życia w naszych szerokościach geograficznych (w naszym klimacie, dokładniej rzecz mówiąc; Irkuck się nie wlicza na przykład). Bo latem, gdy jest ciepło, gdy wszystko kwitnie i owocuje, jest czas aktywności. Się sieje, się ścina, się sadzi, się zbiera, się bydło przegania, się żniwi. A potem nadchodzi zima, gdy się siedzi w chałupach i je zapasy z lata. Się robi coś wkoło chałupy, się rąbie drwa, nawet się bawi na kuligach - ale tempo jest znacznie wolniejsze niż latem. I to się w nas odbija.

A teraz, w dobie powszechnej elektryfikacji miast i wsi, się stara żyć tym samym, tempem cały rok. Przeciwko czemu organizm słusznie się buntuje. I żyje swym rytmem.

(Zawsze więc w zimie miałem w poprzedniej pracy rozmowy wychowawcze z kierownikiem na temat mej motywacji do pracy. W lecie nigdy.

A z drugiej strony: na studiach wszystkie zimowe egzaminy zdałem, chyba wszystkie za pierwszym podejściem. Sesje letnie zwykle oblewałem i musiałem powtarzać rok.)

Więc mam wahania nastroju, a "bipolar disorder" tego się tyczy. Więc obejrzałem.

I po obejrzeniu pierwszej części twierdzę, że się nie kwalifikuje. Widziałem kiedyś taki obrazek (wkleję, jak znajdę):

na morzu mała szalupa przy burcie sporego statku. Kapitan statku nadaje przez tubę: "- Tu statek Cokolwiek, wyporność 15 tysięcy ton!". Na co z szalupy odkrzykuje samotny facecik: " - Tu Jan Kowalski, wyporność 63kg!"

który dobrze obrazuje różnicę skali. U mnie atakiem maniakalnej energii jest, gdy posprzątam mieszkanie, wrzucę osiem wpisów na bloga albo zabiorę się za aktualizowanie Ściany. Fakt, kiedyś latem oznaczało to długie imprezy; kiedyś. Depresja to sączenie herbaty wpatrując się bezmyślnie w ekran monitora. Choć zmęczenie też może być tego objawem. Myśli samobójczych nie miewam, as I intend to life forever (or die trying) i chcę się zestarzeć wspólnie z Nieuczesaną, patrząc jak Rozczochrańce nam rosną.

Więc współczuję posiadającym te 15 tysięcy ton. Mnie przy tych 63kg czasem woda trochę zalewa, ale to nie ta intensywność.

Jedno, z czym się zgadzam: też nie wiem, czy wcisnąłbym przycisk to wyłączający. Jeżeli ta energia, którą czasem czuję miałaby przez to zniknąć? (z drugiej strony to odwieczne pytanie o granice samego siebie: czy moja choroba / aberracja to też część mnie? Przecież byłbym kimś innym, gdyby nie ona. Ergo, mnie obecnego, by nie było. Więc co ze mnie obecnego zostanie, gdy zniknie część tego, co mnie cały czas tworzy? Co się pojawi na tym miejscu? etc., etc.

(No, i miewam czasem paranoję. Zwykle po zmroku, na ulicach nie-mojego pueblo.)

10:40, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Kryminał noir dziejący się w roku 68 naszej ery w Rzymie, zawierający wszystkie wymagane składniki gatunku: prywatnego detektywa w długach i z upodobaniem do topienia problemów w alkoholu, tajemniczą kobietę, zagmatwaną intrygę (serio, jak na film jest niezła; aż skłania do przeczytania serii przeszło dwudziestu książek o protagoniście) i włoskich mafiosów.

PS. Jakże ciekawie, jakże inaczej niż we współczesnych produkcjach wprowadzony został wątek krzyża i chrześcijaństwa. Muszę przyznać, że na arenie, gdzie nie było żadnych bożków czy idoli, znak krzyża zrobiony z dwu patyków mógł się faktycznie rozpowszechnić. 

Ze znanych twarzy widać herolda z "Rzymu", tu opiekującego się gladiatorami oraz Liz 10. Twarz Marcusa Didiusa Falco wydawała mi się znajoma, ale widzieć ją mogłem jedynie w "F/X", długie lata temu, więc raczej przypomina mi czyjąś inną twarz (Caine'a w podobnym wieku?).

I nie nazywajcie go Trakiem.

Tagi: Rzym
10:36, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA