RSS
sobota, 11 marca 2017

W odcinku siedemnastym Sherlock komentuje przywiązanie rodzinne, uważając je za nielogiczny, zbędny relikt ewolucji, którego powinniśmy się pozbyć niczym ślepej kiszki czy zębów trzonowych. Nie zgadzam się. W pomaganiu rodzinie tkwi logika, przynajmniej z punktu widzenia naszych samolubnych genów. Co prawda Sherlock odcinek później wprost wyraża niechęć do rozsiewania dalej swego genotypu (uznając jego posiadanie - w tym, a nawet zwłaszcza, tej jego części, która czyni z niego detektywa-geniusza - za przekleństwo, a nie dar), o tyle reszcie z nas pozostawienie w puli ludzkiego genotypu wspomnienia po sobie wydaje się raczej pozytywne, a pomoc rodzinie, z którą dzieli większą niż z kolegami i przyjaciółmi wspólną pulę genetyczną, jest jedną z metod, by pozostawić w puli choć ćwierć siebie.

W odcinku siedemnastym mamy okazję poznać rodzinę Watson. I, jak to zwykle w telewizyjnych dramach bywa, od razu okazuje się, że ktoś w tej rodzinie ma poważne kłopoty. Choć odcinek zaczyna się informacją o tym, że brat Watson zdradza swą żonę, ostatecznie okazuje się, że opowiadającej o tym matce Watson tylko się to przywidziało, co jest oznaką tego, że dopada ją Alzheimer.

Fabuła zaś tyczy firmy, która zajmuje się przechowywaniem ciał zmarłych osób w warunkach, które reklamuje jako "sprawiające, że będzie można je rozmrozić, gdy nauka wynajdzie leki na choroby i będzie w stanie odwrócić proces starzenia się" (nowy pomysł to nie jest, był o tym już odcinek "Miami Vice"). Dużo mniej niż kilka brutalnych morderstw tępym narzędziem bulwersuje mnie fakt, że firma nie dotrzymuje warunków, przechowując zwłoki w zwykłej chłodni do mięsa, miast w komorach zapewniających temperaturę 77 stopni Kelvina. Jako kogoś chętnego żyć wiecznie i kogoś, kto łudzi się, że stać go będzie przed śmiercią na taki wydatek, też chciałbym z takiej komory skorzystać. I bardzo by mi wtedy zależało, by warunki przechowywania były spełnione, bo jeśli nie będą, to nic mi już nie da zwrot poniesionych opłat.

W roli właściciela firmy z mrożonkami: Hector Salamanca z "Braking Bad" i "Better Call Saul", mnie znany jako Sol Robeson z "Pi" i pan Rabinowitz z "Requiem dla snu". 

Odcinek osiemnasty opiera się na tym samym pomyśle, co odcinek 03x03 serialu "Black Mirror": ktoś szantażuje drogą elektroniczną ludzi, grożąc ujawnieniem danych z ich telefonów lub komputerów. W odróżnieniu jednak od serialu brytyjskiego, nastawionego na przedstawianie toczących współczesny świat problemów, ten serial jest nastawiony na rozwiązywanie zagadek, tu więc poznajemy tożsamość szantażysty. Okazuje się nim informatyk z korporacji w stylu Ubera: użytkownicy i pracownicy Zoosa (bo tak w fikcyjnym Nowym Jorku nazywa się Uber) instalując sobie appkę do świadczenia lub korzystania z usług, zgadzają się odruchowo na wszystkie warunki, więc appka ściągać może wszystko. Cóż, najwyraźniej dobrze robię, wciąż dzwoniąc po taksówkę, choć po każdym telefonie dostaję SMS-a z adresem strony, gdzie można zamówić ją online.

Na marginesie: w odcinkach obu seriali ofiarami szantażu padają pedofile. Albo scenarzystom zabrakło pomysłów na inne, wiarygodne ofiary internetowego szantażu, albo są oni grupą specjalnego ryzyka i szczególnie powinni uważać, co instalują na dysku.

W roli szantażowanego pedofila starszy brat Kevina w "Kevinie Samym w Domu" (nie poznałbym; ale widziałem go też w roli Pulaskiego w "R.I.P.D.")

O ja piórkuję - w dziewiętnastym odcinku wspominają serial "Thundarr the Barbarian", który dobrze pamiętam z początku lat 90-tych (głównie dzięki temu, że od imienia głównego bohatera nazwałem swą pierwszą postać w grach RPG). Nie pamiętam jednak doskonale (może na starość zaczynam mieć kłopoty z pamięcią), bo nie rozpoznałem jego okrzyku bojowego, który jest tu użyty. Do tego, że oglądając filmy i seriale o Holmesie zwykle się czuje głupszy od Sherlocka, przywykłem. Teraz po raz pierwszy poczułem się głupszy od Watson, która to odkryła.

Akcja tyczy grupy anonimowych hakerów, którzy są właśnie na etapie wojny domowej: część chce większego upolitycznienia ich akcji, część zaś woli od politycznych przesłań trzymać się z daleka, wybierając czystą bekę. Jeden z nich zostaje znaleziony martwym, a głównym oskarżonym zostaje inny, który dzień wcześniej przyszedł do Sherlocka poprosić go o zidentyfikowanie zamordowanego.

Oskarżony haker z twarzy strasznie mi przypomina Meriadok Brandybuck z "Władcy Pierścieni", ale to nie on, choćby dlatego, że obecnie jest z 15-20 lat za stary, by tak wyglądać. Jest to jednak odcinek tym bardziej intrygujący, że żadnej z epizodycznych postaci nie miałem możliwości nigdy wcześniej ujrzeć na ekranie - może poza kimś, kto grał tu rolę tak epizodyczną, że w napisach nie został wymieniony, kto grał równie epizodyczną rolę w "Birdmanie".

A propos znanych twarzy. W odcinku siedemnastym Watson patrząc na portret pamięciowy stwierdza, że ma wrażenie, że skądś zna twarz poszukiwanego. Sherlock odpowiada jej na to słowami: "After years spent staring at suspects, the average detective has catalogue almost every combination of facial features. A cloud of déja vu can be a natural byproduct". Jest bardzo niewykluczone, że zaczynam cierpieć na ten sam skutek uboczy, bo mam wrażenie, że widziałem już gdzieś daną twarz, a przeglądając stronę na IMDB stwierdzam, że nie było takiej możliwości. Albo więc dopadło mnie to, albo niektórzy ludzie są strasznie do siebie podobni.

00:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 marca 2017

Najwyraźniej obejrzenie jednego programu popularnonaukowego wywołało u mnie tęsknotę za podobnymi, bo sięgnąłem po ten program miast po kolejną porcję akcji.

W temacie podróży w czasie uwagę mam taką, że zakładać ona musi albo wiele równoległych Wszechświatów, w których dana decyzja została podjęta inaczej, albo pełen determinizm (powrót z przeszłości do tej samej teraźniejszości, z której się wyruszyło możliwy jest wyłącznie w tym drugim przypadku). Mam drobny problem z uznanie hipotezy pierwszej (nie wykluczam, że jest ona poprawna, wydaje mi się jednak zbyt naciąganym tworem), druga zaś nie wzbudza żadnych moich uwag. Wykluczyć bowiem nie mogę, że jesteśmy w pełni zdeterminowanymi tworami i wszystkie nasze wybory życiowe są znane od chwili naszych urodzin, podczas gdy nasza subiektywna świadomość, twór uboczny procesu wzrastającej złożoności naszych mózgów, jedynie daje nam iluzję wolności wyboru. Niewykluczone, że dzięki niej jesteśmy w stanie funkcjonować - co nie zmienia faktu, że nie można z całą pewnością stwierdzić fałszywości hipotezy pełnego determinizmu - tak jak nie można z całą pewnością stwierdzić fałszywości hipotezy solipsyzmu[citation needed]

Większy problem już w przypadku podróży w czasie mam z koordynatami czasoprzestrzennymi. Wszystkie chyba programy i filmy temu poświęcone zakładają wylądowanie w tym samym miejscu. A przecież każdy z nas pędzi przez kosmos z niewyobrażalnymi prędkościami w skomplikowanym tańcu, na który składają się ruch obrotowy Ziemi, ruch Ziemi wokół Słońca, ruch Słońca wokół centrum Galaktyki i ruch samej Galaktyki w stronę Wielkiego Atraktora. Jestem przekonany, że widokiem, który ujrzymy przenosząc się w czasie choćby o jedną sekundę będzie malejąca, oddalająca się od nas, zawieszonych w próżni, planeta Ziemia. Nie znane mi jest żadne fizyczne prawo czy teoria mogąca stanowić podstawę takiego założenia. Czyżbym nie przeczytał jakiejś pracy, w której mowa, że oba końce trasy przez czas muszą znajdować się w tej samej studni potencjału grawitacyjnego? Czy po prostu "jak już fantazjujemy, to na całego i załóżmy, że lądujemy też na Ziemi"? 

Po tych wstępnych uwagach dotyczących samego tematu, pora na garść uwag o programie.

O, zdaniem narratora z teorii Newtona też wynikał predeterminizm.

No tak. To nie jest program o eksploracji kosmosu, więc nie można dać ujęć na zrujnowany po ataku rakiet V-2 Londyn. To jest program o czasie, naszą wiedzę na temat którego rozszerzył też i Einstein, więc można dać zdjęcia wybuchu bomby atomowej, mieszając (niezbyt poprawnie, jeśli dobrze pamiętam) do jej powstania ww. Einsteina.

Ech, dalej też nad wyraz uproszczona wersja fizyki. Nie jest tak, że "teoria Einsteina mówi, że nie da się podróżować szybciej od światła". Teoria Einsteina mówi, że obiekt mający niezerową masę przyspieszając do prędkości światła zyskuje tej masy nieskończoną ilość, więc nie ma siły, która by była w stanie rozpędzić go bardziej. Nie wyklucza jednak - a przynajmniej nie wykluczała kilkanaście lat temu, gdy zgłębiałem temat - możliwości istnienia cząstek (nazwanych tachionami), które poruszają się szybciej niż światło i nie mogą do tej prędkości nijak zwolnić. Pamiętam też teoretyczne projekty statków kosmicznych zakładających podróż z prędkością ponadświetlną nie łamiąc teorii Einsteina. Zakładały one, że prędkość liczy się względem otaczającej przestrzeni, więc należało tę przestrzec "zagiąć i pociągnąć za sobą". Były te projekty wysoce teoretyczne (co więcej, przypuszczam że ich udane użycie oznaczałoby poważne perturbacje w otaczającym trasę zakątku Wszechświata), ale sam fakt, że były, oznacza, ze zasada ta nie brzmi tak prosto, jak tu przedstawiono.

Pamiętam, jak na moich studiach jeden z wykładowców na pierwszym wykładzie opowiadał, że dobry mówca co jakiś czas musi rozluźnić atmosferę żartem, by umysły słuchaczy miały chwilę przerwy i nie zmęczyły się zbyt szybko. Czy sam tak faktycznie czynił - nie wiem, to był jedyny jego wykład, na którym byłem, ale widzę teraz, że tu rolę comic relief robi gość, co twierdzi, że sam zbudował maszynę do podróży w czasie i udało mu się przenieść w przyszłość o pół roku i wrócić. Sama maszyna okazuje się prostym zlepkiem elektroniki z dumnie brzmiącymi nazwami ("time coil", "time switch", "the Chip"). Próba podróży w czasie w czasie nagrywania oczywiście się nie udaje. A wizja owej przyszłości (czyli roku 2005) jest zaiste uroczo fałszywa (no, chyba że zakładamy istnienie wszechświatów kwantowych; to wtedy kto wie).

Looks legit.

Po chwili wytchnienia pora wreszcie na informacje merytoryczne. Wpierw jest dłuższy - i dla mnie ciekawy, wcześniej nigdzie się na to nie natknąłem - fragment o znalezieniu przez Kurta Gödla, z zamiłowania paranoika, a z zawodu genialnego matematyka, rozwiązania pozwalającego obejść zakazy teorii Einsteina. Rozwiązanie okazuje się być nie do zastosowania w naszym wszechświecie, ale to nie ograbiło Gödla z poczucia sukcesu. Gdyby się chciał bowiem zajmować takimi szczegółami, zostałby fizykiem. Matematycznie rozwiązanie jest poprawne i to mu wystarczało.

Potem o kontynuatorach jego rozważań na temat pętli czasowych, prof. Franka Tiplera (o którym Google pisze, że jest "transhumanistą"; ach, ten gender... ludzi powinna obchodzić jego praca, a nie to, czy jest homo sapiens, heterozygotą, czy transhumanistą). Trzeba przyznać, że jego rozwiązanie jest ciekawe i znacznie bardziej praktyczne - choć bez ujrzenia wyliczeń nie podzielam jego pewności, że "skoro to możliwe, to kiedyś ludzkości się to uda". Być może ograniczeń wytrzymałości materiałów, by zaproponowany przez niego cylinder obracał się wystarczająco szybko i nie rozpadł się, przeskoczyć się nie da i także i to rozwiązanie pozostanie wyłącznie teoretycznym.

Potem nadszedł chyba pora na kolejny comic relief, bo na ekranie pojawił się prof. J. Richrad Gott o twarzy, charyzmie i humorze sprzedawcy używanych samochodów i tak ekscentrycznym stylu ubierania się, że gdy jego krawat rusza się na wietrze, okoliczni ludzie dostają drgawek.

O, jest jasno i wyraźnie powiedziane, że jednym z minusów wehikułów czasu opartych na pętlach czasowych jest to, że nie da się nimi cofnąć do czasów sprzed ich uruchomienia. Tego się obawiam i temu też - jeżeli podróże w czasie są możliwe - nie ma w naszych okolicach czasowych turystów z przyszłości: nikt jeszcze nie odpalił pierwszej z tych maszyn.

Na koniec mowa o komputerach. Zafascynowana usłyszeniem prawa Moore'a narratorka mówi, że "w dalekiej przyszłości supercywilizacja będzie miała komputery, przy których nasze obecne są słabowite (puny)". To nieprawda. Komputery, przy których nasze będą zdawać się niesłychanie słabe, będą w powszechnym użyciu jeszcze w pierwszej połowie bieżącego wieku - o ile prawa Moore'a nie zatrzyma (lub już nie zatrzymały, nie sprawdzałem tego od kilkunastu lat) rozwój technologii lub same prawa natury - tak jak nam mizernymi się zdają komputery sprzed 20-30 lat (choć, jak czytałem, w kraju jest warsztat motoryzacyjny, w którym oprogramowanie do wyważania wałów napędowych chodzi na Commodore 64). A w dalekiej przyszłości supercywilizacja dojdzie do takiego poziomu technologicznego, że naszej obecnej technologii nie uznają jeszcze za komputery, tak jak my za komputery nie uznajemy liczydeł.

Zamiast więc podróży w czasie, ta propozycja sugeruje zagłębić się w precyzyjnie odtworzonej symulacji danego momentu w czasie. To nie jest podróż w czasie. Oczywiście wrażenie dla odbiorcy mogą być praktycznie identyczne (choć też mam swoje uwagi, o których poniżej), ale to tylko symulacja, bardziej zaawansowana Wirtualna Rzeczywistość. 

Co więcej nie wierzę - mimo prawa Moore'a - w coś takiego jak "nieskończenie szybciej i potężne komputery" o "nieskończonej mocy obliczeniowej". Będą komputery przyszłości potężniejsze niż możemy to sobie wyobrazić, ale nie będą nieskończone. Będą miały swe ograniczenia i co więcej - swój pobór energii potrzebnej do działania. Symulacje takie będą więc "lokalne", tyczące tylko najbliższego otoczenia osoby doświadczającej podróży "w czasie". Nie ma więc mowy o ciągłym utrzymywaniu rzeszy ludzi, z których każdy będzie symulacją autentycznego człowieka tak dokładną, że może wręcz mieć świadomość, że nim jest. Nie jestem przekonany, czy kiedykolwiek się komputerowi uda dokładnie odwzorować umysł człowieka (och, nie wątpię, że kiedyś pojawią się "wgrane z mózgu do komputera" świadomości, które będą głosić, że udało się - ale to nie jest zbytnio dowód), ale jeśli się uda, to pewien jestem, że zajmować będzie to tyle mocy obliczeniowej, że się ludzie nie będących w bezpośrednim otoczeniu "podróżnika" będzie wyłączać, każąc im działać w tym czasie według prostszego, mniej pamięcio- i energożernego, algorytmu. Jeżeli więc nie zauważamy czegoś takiego u siebie (medycznie nazywa się to fugami), to nie ma obawy, że jesteśmy tylko komputerową symulacją.

Ja takowych luk nie miewam, ale też - nie wykluczam swego solipsyzmu[citation needed], który idealnie pasowałby do wizji mnie jako "niesymulowanej osoby w symulowanym wszechświecie", w czym upewniają mnie fizycy, mówiąc o "idealnej symulacji" to samo co ja o swym solipsyzmie: z wnętrza nie da się rozpoznać, czy to rzeczywistość, czy tylko jej iluzja. Naukowcy twierdzą, że zgodnie z prawami statystyki dla każdego z nas jest bardziej prawdopodobne, że jesteśmy symulacją niż to, że jesteśmy prawdziwi. Ma rację, co nie zmienia faktu, że niektórzy z nas są autentyczni, nie symulowani. Kto wie, może łatwo takich poznać po solipsyzmie.

Dodatkowym plusem jest muzyka z czołówki "Doctora Who" podłożona pod napisy końcowe. Kilka scen z serialu - starego, program nakręcono w 2003 roku, przed początkiem emisji nowszej wersji - pojawiło się też jako tło w jednej scenie. Niewiele, ale zawsze cieszy oko.

13:09, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 marca 2017

W sezonie drugim nasi superbohaterowie zmierzają się z "Dzielonym & Rozszerzonym Wszechświatem" (Shared & Expanded Universe), bo nagle w ich życiu pojawiają się wątki i postacie z seriali telewizyjnych, a nie tylko filmów kinowych.

Tak to na początku sezonu Superman się dowiaduje, że jego dziewczyna od roku jest drugą z ocalonych z Kryptona i co więcej - jego kuzynką. Batman słyszy banialuki o "Batmanie swego pokolenia" od komisarza Gordona, który potem okazuje się być jego biologicznym ojcem. A w tle - zapowiedź "Batman v Superman", w którym ma się znaleźć także i Aquaman.

Zmieniono czołówkę. Nowa jest w tej samej stylistyce, co z sezonu pierwszego, ale niestety nie ma już tak ładnego przejścia Supermana. 

Obsada ról kluczowych ta sama, co w sezonie pierwszym (choć między emisją obu sezonów upłynęło 2 i 3/4 roku). Aquaman ma teraz krótkie włosy, co strasznie drażniło mnie w pierwszym odcinku. A potem nastąpił odcinek drugi...

Scena, w której Aquaman, chcący robić karierę indie, dowiaduje się, że Aquaman będzie w nowym "Batman v Superman movie" i zaczyna się w nim wewnętrzna walka, bo jest tą wieścią ekstatycznie oszołomiony, ale jego alternatywna dziewczyna każe mu powiedzieć, że bojkotuje Hollywoodzkie szmiry i tę walkę przegrywa, gdy ekscytacja wygrywa - CUDO! Jeżeli coś trzeba z tego serialu zobaczyć, to tę scenę (odcinek 2, 8:56). Od razu wybaczyłem Aquamanowi zmianę fryzury. 

Po tym przedwczesnym nieco szczycie sezonu reszta już nie robi aż takiego wrażenia. Historia doktora Bruce'a Bannera, którego wszyscy wolą w roli Hulka, bo jako Bruce jest strasznym nudziarzem, jakoś mnie nie przekonała. Wątek, w którym komisarz Gordon okazuje się być ojcem Batmana, który definiuje sens bycia Batmanem w śmierci swych rodziców na jego rękach, rozwiązany jest w finale w sposób, który od początku wydawał mi się banalnie oczywisty - jego ojciec, komisarz Gordon, umiera na jego rękach zadławiwszy się precelkiem. 

Mimo to warto ujrzeć, jak w programie dziennikarka Lois Lane obnaża niskie pobudki działań bohaterów, a wątek Robina, którego, choć jest już dorosły, wszyscy wciąż traktują jako chłopca, daje do myślenia (w tym sceną, gdy po uratowaniu kobiety przed rozbojem usiłuje otrzymać od niej 65 dolarów zapłaty).

A co najważniejsze, finałowy odcinek daje wreszcie odpowiedź (niebanalną, trzeba przyznać) na dręczące fanów od dekad pytanie, kto wygrałby pojedynek między Batmanem i Supermanem. Ja obejrzałem i już wiem.

Z nowych twarzy w sezonie drugim największą karierę zrobiła 12-latka grająca przez parę sekund córkę Hulk'a, bo mignęła na ekranie nowego "Mad Maxa", a jej postać miała nawet imię. Na podium uplasowali się też Ra'al Ghul, który mignął na ekranie jako bezimienny kierowca w "Wolverine" i równie bezimienny japoński więzień w odcinku "Pacyfiku" i Hulk, który dla odmiany mignął na ekranie jako bezimienny kierowca w "X-Men Origins: Wolverine", a w "Superman Returns" jako bezimienny strzelec. I to koniec listy twarzy, które ktoś mieszkający na północnej półkuli mógł gdzieś ujrzeć.

(Cały serial, którego kolejnych sezonów nie mogę się doczekać, do obejrzenia na www.justicelease.com.)

poniedziałek, 06 marca 2017

Tematyka wykładu - tym bowiem okazał się ten link, zapisany w katalogu "do obejrzenia w przyszłości" wiele miesięcy temu - nie była mi przed projekcją obca. Książkę o tym samym tytule, której wykładowca był współautorem (ISBN: 83-909570-0-0) dostałem na Gwiazdkę (jestem dość mocno przekonany, że od babci) pod koniec zeszłego tysiąclecia i choć nigdy jej do końca nie przeczytałem, orientowałem się już w chwili otrzymania dość dobrze w zawartości.

Choć teorie jego brzmią niczym kolejna teoria spiskowa ("Archeolodzy ukrywają prawdziwą historię człowieka!"), wykładowca mówi merytorycznie, a za swoimi tezami podaje rzeczowe argumenty w postaci autentycznych odkryć przedmiotów wytworzonych przez istoty rozumne oraz szczątków biologicznie współczesnego człowieka w nienaruszonych (co akcentuje) warstwach geologicznych datowanych na dziesiątki, a nawet setki milionów lat.

Opowiada o tym, że znaleziska te są dyskredytowane ze względu na nieprzystawalność do obowiązującego paradygmatu. Zauważa, że tam, gdzie za jego hipotezą przemawiają badania XIX-wieczne, odmawia im się ważności argumentem "bo w tamtych czasach archeologia była w powijakach, ludzie nic nie wiedzieli o datowaniu warstw geologicznych", podczas gdy popierające obowiązujący paradygmat odkrycia z tamtych czasów uznawane są za bezdyskusyjnie poprawne z punktu widzenia metodologicznego. Wykluczyć oczywiście nie można - o czym autor nie wspomina - że akurat te badania faktycznie były przeprowadzone rzeczowo i dlatego badania XX-wieczne je potwierdziły w całej okazałości, podczas gdy te przytoczone w jego wykładzie były przeprowadzone błędnie i to był powód, dlaczego dawały takie wyniki. Poziom wiedzy XIX-wiecznej nie był uniwersalnie dobry lub uniwersalnie niski - był mocno zróżnicowany. Dopiero XX-wieczna popularność uniwersytetów oraz znacznie zmniejszenie się populacji bajecznie bogatej szlachty, która zajmowała się hobbystycznie archeologią, to zmieniły i poziom wiedzy ludzi zajmujących się wykopkami się wyrównał.

Dodatkowo mówca podczas wykładu obficie cytuje swych krytyków, zaznaczając powtarzającą się pozytywną uwagę o tym, że książka jego zadaje pytanie o miarodajność metodologii pomiarów i otrzymywanych wyników. Nie mnie wdawać się w szczegóły, ale mam podobny problem z astrofizyką. Przy badaniu kosmosu do szacowania odległości używa się świec standardowych: cefeid i supernowych typu Ia. Są to obiekty od nas znacząco odległe, w związku z czym: a/ trzeba było używać innych, nie tak oczywistych (skoro straciły na popularności), metod do wyznaczenia odległości do nich; b/ obserwujemy ich stan sprzed dziesiątek, a nawet setek milionów lat. Świadom ograniczeń czasowych własnej percepcji, nie jestem tak jak ogół kosmologów pewien niezmienności w czasie stałych i praw fizycznych. Wykluczyć nie mogę, że to, co lokalnie uznajemy za wartość stałą (np. prędkość światła) zmienia się w miarę rozrostu Wszechświata. Te niezauważalne z naszej perspektywy czasowej zmiany, powodować mogą zmianę w czasie jasności "świec standardowych", a przez to zafałszowanie wszystkich opartych na nich wyników badań. Której to hipotezy wykluczyć nie można, zważywszy na problem z wynikami badań kosmologicznych (by wszystko się zgaszało, należało zaledwie ad hoc zapełnić 96% Wszechświata wyłącznie teoretycznymi obiektami o niewyjaśnionej naturze).

Niewykluczone, że podobne błędy tkwią w archeologii. Metody badań mogą być źle skalibrowane - choć tu akurat pomyłka stukrotna (o której akurat wykładowca opowiada; o ile narzędzia datowane na milion lat temu da się wytłumaczyć jeszcze przesuwając ewolucyjnie obowiązującą teorię nieco wstecz, o tyle odkrycia szczątków anatomicznie współczesnych homo sapiens sprzed 20 milionów lat - czyli akurat sto razy dawniej niż współczesna teoria określa początek naszego gatunku - tak wytłumaczyć się już nie da) wydaje mi się mało prawdopodobna. Ale w astronomii też mi się na przełomie lat 80-tych i 90-tych, przed czarną materią i energią, wydawała. 

Dodać do tego trzeba mizerność materiałów kopalnych - zachowują się pojedyncze jedynie szczątki, reszta ulega recyclingowi w wielkim kole życia. Anegdotycznie - choć o czasach wcześniejszych - wspomnieć mogę wyczytaną gdzieś anegdotę, że jeden z popularnych gatunków dinozaurów uznaje się za wymarły podczas Wielkiego Wymierania sprzed 65 milionów lat, bo najświeższe znalezione jego szczątki są datowane na 71 milionów lat. Podobny problem, z tego co czytałem, tyczył początków ludzkości. Jeżeli więc istnieją gdzieś jeszcze dawniejsze szczątki hominidów, jest wcale niewykluczone, że jeszcze na nie nie trafiliśmy - a jeżeli istniały wcześniej hominidy, jest wcale niewykluczone, że nigdy nie trafimy na ich pozostałości, jeśli nie padły na podatny grunt w chwili śmierci właściciela (co oznacza, jeżeli dobrze pamiętam, przede wszystkim bagna).

Ja jednak zaproponować chciałbym inne wyjaśnienie zachowanych szczątków, nie psującej obowiązującej teorii. Otóż szczątki anatomicznie współczesnego człowieka oraz pozostawione przez niego ślady da się wytłumaczyć tym, że człowiek dokonał w końcu podróży w czasie. Niekoniecznie udanej - szczątki oznaczałyby, że do powrotu do przyszłości nie doszło. Proste narzędzia wykonane oznaczać mogły, że brakło podstawowego sprzętu, co oznaczać może, że są to nieudane pierwsze próby temporalnych wojaży ("Cofnę się tylko trzy dni... Zaraz, co tu robi ten dinozaur?"). Jeżeli na wyprawę udała się większa grupa ludzi, niewykluczone, że doszło tam do narodzin chronologicznie pierwszego człowieka na Ziemi. Mogłoby powstać nawet całe pokolenie, gromada, która potem, zgodnie z nieubłaganymi procesami ewolucji (por. Kurt Vonnegut, "Galapagos", ISBN: 83-07-02276-2), zdegenerowałaby się bez współczesnej wiedzy i najprawdopodobniej wymarła. Jako zbyt genetycznie oddalona (przynajmniej według mojej wiedzy) od ówczesnych gatunków nie zostawiłaby w puli genetycznej swych alleli. Gdyby jednak jeden z nich - lub potomek gromady podróżników - trafił akurat kilkaset tysięcy lat temu do wschodniej Afryki i tam postanowił spółkować z hominidem wystarczająco pokrewnym genetycznie, w ten sposób spełniając rolę ewolucyjnego Adama, wątpiący w skutek losowych mutacji ludzie mieliby wreszcie odpowiedź na to, skąd wziął się człowiek: stworzył się sam. To dopiero byłoby ostatecznie zrzucenie boga z piedestału i sukces antropocentryzmu. Podejrzewam, że w takim przypadku Dawkins z radości aż wszedłby z powrotem na drzewo.

13:15, nieuczesany23
Link Komentarze (3) »
piątek, 03 marca 2017

Wróciłem do serialu po długiej przerwie (w czasie której zdążyłem m.in. obejrzeć czwarty sezon "Sherlocka") i wydał mi się nawet ciekawy. Główną rolę gra Anglik, co już jest plusem. Co prawda Johnny Lee Miller czasem szarżuje, ale mimo to da się to oglądać bez narażania się na złą grę aktorską. Partneruje mu Lucy Liu, Azjatka, więc trudno o jej grze aktorskiej coś powiedzieć. A do tego niektóre sprawy są doprawdy ciekawe.

Tak jak ta z odcinka piętnastego, w którym ofiarą mordercy padają członkowie rodzin ofiar wypadku lotniczego, o który toczy się postępowanie przedsądowe: jest właśnie ustalane, czy rodziny wszystkich ofiar dostaną tyle samo, czy też dla każdego odszkodowanie wyliczone będzie indywidualnie na podstawie "szacowanych utraconych dochodów współmałżonka/rodzica/etc.". Przy pierwszej ofierze policja znajduje 3804 dolary i kartkę ze wzorem wyliczającym wysokość odszkodowania. Po drugiej - ponad 80 tysięcy i...

I to jest ciekawy punkt do rozważań filozoficznych - jaki podział jest poprawny? Czy ci, który utracili młodych zdolnych członków rodziny powinni dostawać więcej niż rodziny schorowanych starców? Czy też za każde życie taryfa jest ta sama?

Ten problem filozoficzny tworzy jednak tu pani z wyraźnym zamiarem uzyskania większego odszkodowania. Zmienia się on więc w banalny problem o granicach środków prowadzących do celu.

W roli wyliczankowej morderczyni - pani, której pierwszą rolą była rola Alii w "Diunie" Lyncha, a drugą - Gersten Hayward w "Twin Peaks" Lyncha. Trochę od tamtej pory obniżyła loty.

W roli twórcy formuły wyznaczającej wysokość odszkodowania - Lord Burleigh ze "Star Trek: Voyager" (ciekawe, czy podobnie jak jego imiennik też był Sekretarzem Stanu i doradcą Królowej). 

Odcinek szesnasty zaś opowiada o mrocznej historii Sherlocka z czasów, gdy - cytując Kinky'ego Friedmana (83-7120-293-8) - "zamienił się w amfibię". Policja znajduje trupa z tamtego okresu z nazwiskiem Sherlocka (Holmes, jakby ktoś nie pamiętał) napisanym na kartce w kieszeni. Okazuje się, że z tego okresu Holmes nic nie pamięta - więc udaje się do swego dilera z owych czasów. Ów twierdzi, że owej nocy Sherlock popełnił jakieś morderstwo i ma tego dowód. 

Ostatecznie wszystko udaje się wyjaśnić, a widz ma rozeznanie, jak głęboko - niepomny rad Jonasza Kofty - stoczył się detektyw przed rozpoczęciem kuracji, której końcem zaczynał się pierwszy sezon serialu.

Owego dilera gra konkurent House'a o serce Cuddy. Pół nocy się zastanawiałem, skąd znam tę twarz. A dziwne, powinienem rozpoznać natychmiast po oczach.

W roli jednego z dwu zewnętrznych detektywów badających zamieszanie Sherlocka w sprawę - Jubal Earky z "Firefly". W epizodycznej roli migającej na ekranie w jednej scenie rodziny ofiary - aktorka, która jako hiszpańska pokojówka epizodycznie migała w odcinku "Turn Left" Doktora Who.

07:34, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 marca 2017

Zanim zabrałem się za oglądanie tego filmu, przeczytałem przez roztargnienie sporo uwag o nim. Że fatalnie zmontowany, że fatalna obsada, że luki fabularne i tak dalej. Trudno więc uważać, bym podszedł do filmu unbiased, ale pomimo podobnych przeczytanych przed projekcją uwag, taki "Batman v Superman" mi się spodobał. Może więc ten film jest faktycznie kiepski.

Na pewno tak nieudolnego montażu nie widziałem od czasu filmu "Wiedźmin" (filmu! nie serialu, który w porównaniu z tym filmem zmontowany jest porządnie). Przez głowę przeszła mi myśl, że materiału filmowego było na 5 godzin, a potem montażyści postanowili zostawić dwie godziny i kwadrans nie tracąc żadnego efektownego ujęcia - więc szlag trafił sens, tempo filmu i tym podobne duperele. By to uhonorować, moja recenzja będzie zbiorem źle zmontowanych uwag z projekcji (bo musiałbym jeszcze raz obejrzeć spore kawałki filmu, by je zmontować lepiej). Tak więc...

I znowu - zamiast "mutantów" są jacyś "metahumans". Serio, tylko X-Meni mogą mówić "mutant"? Jeszcze w universum Marvela bym to zrozumiał, ale to jest film ze stajnii DC...

O, Deadshot jest z mojego rocznika. Gra go oczywiście aktor starszy o dekadę. Tyle w temacie współczesnego ageizm'u.

Killer Croc jest dekadę straszy.

Po pojawieniu się w sieci trailerów widziałem dyskusję fanów ekscytujących się, czy stojący w gablocie strój Robina z napisem sprejem "Ha Ha Ha!" oznacza (jak w komiksie), że Robin - asystent Batmana nie żyje. Cóż, podczas prezentacji Harley Queen pojawia się na ekranie duży i świecący napis "accomplice to the murder of ROBIN". Wygląda na to, że ta hipoteza była prawdziwa.

Geneza Harley Queen wydaje się zgodna z komiksowym kanonem.

Wstęp (historie i genezy) - istna rewia piosenek. A potem jest jedno ujęcie, które wygląda jak okładka kolekcji płyt Guns'n'Roses:

A w środku Dżoker i jego Apetyt Na Destrukcję.

Na górze róże, na dole AK-47, co będzie dalej, tego nawet ja nie wiem.

Cara Devange przechadza się po scenie w samej bieliźnie kręcąc biodrami. Nic dziwnego, wszak akurat to jest jej wykonywany zawód.

A chwilę później wyczarowuje tak fraktalnie ślicznego w swych zawijasach bloba, że pasowałby do "Doktora Strange'a"[citation needed].

Pojawia się brat Czarodziejki i wraz z nią zaczynają siać zniszczenie w mieście. Scena urywa się, gdy w środku nocy, parę kwadransów po obudzeniu się pana brata, w mieście tkwi wielka kula magii, a rodzeństwo rozwala auta i helikoptery. Kolejna zaczyna się od lotniska ewakuacyjnego w środku dnia. Więc nagle powstało horrendalne zagrożenie i gdy zaczyna się rozwijać i to wszystko powinno się najciekawiej dziać, uznajemy, że przez 12 godzin nic ciekawego się nie stało, bo nasi główni bohaterowie byli wtedy gdzie indziej?

Sceny z Harley Queen, które zachęcały w trailerze, w filmie są tak wmontowane, że wydają się absolutnie niepasujące, jakby wymuszone.

W scenie, gdy się grupa zbiera, jeden superzłoczyńca wbija się bez żadnej zapowiedzi. Ani słowa o nim przez poprzednie 45 minut nie było. Ciekawe, kto w mieście pogrążonym w chaosie zginie pierwszy...

A potem jeszcze dołącza Katana. Ma przynajmniej scenkę z przeszłości, która wprowadza widza w tajniki jej historii, a dowódca ekipy rzuca dłuższym infodumpem na jej temat.

Tak estetycznie ozdobionych pistoletów i strzelb nie widziałem od "Romea i Julii" z Leonardo diTakąrybą.

Rany, tylko Killler Croc, metahuman pokryty łuskami, nie jest wytatuowany. A niektórzy z bandytów drugiego planu są wytatuowani tak obficie, że nie dostaliby pracy nawet w McDonaldzie. Najwyraźniej scenarzyści wyczytali gdzieś opracowanie z lat 80-tych, łączące tatuaże z przestępczością. Albo może po prostu trzymali się estetyki komiksów z tamtej epoki.

Midway City. Taka pada nazwa miejsca akcji. Tym samym liczba znanych mi miast Ameryki w universum DC wzrosła do pięciu (Metropolis, Gotham City, Central City, Costal City i teraz Midway City). Nie mogę doczekać się zimowych przygód w North City, ani upalnych w South City.

Tak jest! W 53 minucie pierwszy - od wybuchu zainstalowanego w jego szyi przez wojsko ładunku - zginął gość, który się pojawił niecałe dziesięć minut wcześniej, bez żadnej historii, z całym infodumpem w postaci zdania "he climbs things". To dopiero zaskoczenie! Kolejny będzie Kapitan Bumerang, potem Katana i być może Killer Croc, a na końcu El Diablo, po tym jak uwolni swą moc w wielkim starciu z rodzeństwem Czarodziejów, brat Czarodziej i pewnie Czarodziejka. Deadshot i Harley Queen przejdą do kolejnej rundy. 

W pierwszej potyczce Legionu Samobójców przeciwnikami są jakieś pseudo-skalne golemy (które jednak da się zastrzelić). Dzięki temu gang może odstrzeliwać lub odcinać im pół głowy, co wygląda przecież groźnie samo z siebie i ma ukazywać, jak bardzo brutalna jest ekipa, a równocześnie pozwala nie ukazać nawet kropli krwi, co mogłoby zwiększyć sugerowany wiek dla widzów (a jak wiadomo, wyjście z kategorii PG-13 oznacza dla filmu akcji finansową klapę (sprawdzić, czy nie "Deadpool")). Sprawia jednak kiepskie wrażenie, osłabia wymowę tej walki.

Sierżant oddziału eskortującego SS wygląda jak Brody z universum Jay'a i Cichego Boba.

W drugiej walce kosę w serce zarobił Bumerang - ale ocalił go ukradziony plik banknotów za pazuchą.

Harley Queen ucieka do Jokera. Gdy ów zdalnie rozbroił jej ładunek w szyi, idzie w ogniu walki wprost do niego. "Zabij ją!", krzyczy Amanda Walker do uzbrojonego dowódcy oddziału. Ów wciska przycisk na detonatorze, widzi że to nie działa, więc odpowiada jej, że nie może. Uzbrojony dowódca. Podczas gdy Harley Queen przechodzi kilka metrów obok niego. Nie może jej zabić. Oto, co czego doprowadza uzależnienie od app'ek. Starszy dowódca po prostu by jej łeb odstrzelił.

- Nie mogę jej zabić! To gwiazda filmu i musi się pojawić w sequelu!

Niech ktoś powie temu panu, że tym, co trzyma w rękach, też może zabijać na odległość.

Hail Eris! Amanda Walker odlatuje śmigłowcem nr 23.

Obsadzenie Cary Delavange w roli przedwiecznej istoty innego gatunku jedynie opanowującej ciała ludzi pozwoliło nie dość, że zatuszować jej drętwą i fatalną grę aktorską, to jeszcze wykorzystać ją fabularnie. Faktycznie wygląda bowiem nieludzko robiąc te grymasy.

Skądinąd, jest to osiągnięcie: mieć w obsadzie jedną z najbardziej znanych modelek oraz jedną z "najgorętszych" aktorek Hollywood i ani w jednej scenie ani jednej z nich nie pozwolić wyglądać sexy

W walce z bratem Czarodziejem ginie El Diablo, oczywiście po przełamaniu się i pełnym wykorzystaniu swej mocy przeciwko niemu. Oczywiście jego (i nie tylko jego) poświęcenie okazuje się kluczem do sukcesu.

A Bumerang jeszcze żyje, choć w ostatniej chwili uratowała go Katana. W pierwszym starciu z Czarodziejką Bumerang upada po raz trzeci

O rany, ostatecznie umarł tylko poświęcający się El Diablo i nawet mimo śmierci Czarodziejki dała się odzyskać nieuszkodzoną Carę Delavenge jako panią archeolog (choć nie widzę w scenach finałowych Katany). Przez chwilę byłem zdumiony tym nad wyraz optymistycznym wynikiem końcowym oddziału było nie było samobójczego, aż sobie uświadomiłem, że to przecież wprowadzenie do rozszerzonego universum i nie można zbyt łatwo pozbywać się postaci drugoplanowych. Część z nich bowiem pokonać jeszcze musi Batman, część - Flash i miło by było, gdyby coś zostało dla Aquaman'a (czyżby Killer Croc, z którym walczyć będzie pod wodą?) czy choćby Jokera.

I ok, w typowym filmie superbohaterskim (a tym bardziej serialu) to norma, ale tu, jako że miała to być drużyna "antybohaterów", może nieco nawiązując do mającego premierę w podobnym czasie "Deadpool'a" liczyłem na bardziej śmiercionośny wynik. Przynajmniej dla tytułowego oddziału - reszta świata oraz ludzkich żołnierzy dostała bowiem po kulach, dokonując aktów bohaterstwa lub poświęcenia (jak żołnierz, który odpalił ładunek z jednosekundowym licznikiem w kanale pod bratem Czarodziejem) gdzieś na obrzeżach kadrów lub na drugim planie. To w końcu zwykli ludzie, they're expendable.

Podsumowując: montaż z powodu konieczności fabularnych trochę nieskładny (jak na przykład wrzucanie retrospekcji anty-bohaterów w różnych momentach; skoro już dzielimy i nie wrzucamy wszystkich na początku, to można było na początku dać jeszcze mniej, bo jest wrażenie przesytu; a skoro już i tak jest, to równie dobrze można by tam dać wszystkie), bezsensowna postać Wspinacza (to, że szybko umrze jest pewne od pierwszych sekund jego pojawienia się na ekranie; brak historii sprawia, że widzowi trudno wyrobić sobie względem niego jakieś emocje, przez co jego śmierć jest zupełnie pusta i pozbawiona znaczenia) i do tego główna fabuła banalna równie bardzo jak w "Deadpool'u": grupa idzie przez pół miasta zabijając wszystkich podczas trzech potyczek, ratuje Amandę Walker, traci ją na rzecz przeciwnika, idzie ubić rodzeństwo Czarodziejów (zaczynając od brata, bo siostra miała opowiedzianą historię), jest obowiązkowa scena rozmowy (tu w barze), gdzie ktoś opowie rzewną historię i wiadomo, że zginie, po czym wielka finałowa walka (tu akurat były dwie), w której ktoś po wewnętrznym przełamaniu wyzwala całe moce i pokonuje przeciwnika, ale kosztem własnego życia, po czym jest epilog, gdzie wszystko znów jest tak, jak w universum być powinno. To już tak nisko oceniany "Batman v Superman" miał więcej wątków fabularnych.

I jeszcze jedno: to miała być drużyna antybohaterów. Złoczyńców, morderców, najgorszego plugastwa. i jak na takich zachowują się zbyt grzecznie: współpracują, nic nie psują - raz tylko Harley Queen rozbija szybę wystawy sklepowej - a większość ich bycia złymi ogranicza się do powtarzania "We're the bad guys!". Jedyną - i to fantastyczną - prawdziwie badass antybohaterką okazuje się być szefowa agencji wojskowej, która ich zatrudniła, Amanda Walker. Gdy istnieje niebezpieczeństwo, że mogą wraz z nią wpaść w ręce wroga i wyjawić ważne informacje jej asystenci - bez chwili wahania strzela im w głowę. Jestem pewien, że gdyby zrobiła to na oczach SS, połowa tego oddziału byłaby jej zachowaniem zszokowana, a ktoś być może by się rozpłakał. Muszę przyznać, że o ile ogromnie pozytywne wrażenie robi na mnie Amanda Walker w "Szczale", ta tu biją ją i wszystkich innych w bezwzględnej skuteczności na głowę. Aż bym z chęcią obejrzał film o niej, miast tych łapserdaków.

wtorek, 28 lutego 2017

Pilot serialu zaczyna się, zgodnie z radami Hitchcocka, wybuchem bomby atomowej w centrum Manhattanu. W związku z tym wojsko planuje użyć odkrytej, ale nieprzetestowanej maszyny do podróży w czasie, by temu zapobiec, a do roli królika doświadczalnego wybiera policjanta, który przesłuchiwał zamachowca i nie udało mu się wydobyć informacji, jak wyłączyć bombę.

Maszyna znajduje się w super-tajnej bazie wojskowej, która jest fantastycznie absurdalna. Wygląda jak stacja metra: i dlatego, że jest pod ziemią, i dlatego, że kręci się tam nieskoordynowany tłum cywilów. W tle przechodzi też cywilny, nisko opłacany pracownik pionu sprzątania. Na pewno nie wyjawiłby nikomu sekretnej lokalizacji bazy, za żadne pieniądze.

Argh, czy generał w tle to asesor z "Total Recall 2070"? Myślę, że tak, bo ten tu gość też wygląda prawie jak Kevin Spacey. Tak, to on!

Ma serial potencjał (tak jak potencjał miały "Sliders", czy "Stargate SG-1"), który odcinek pilotowy w znacznej mierze zmarnował. Trochę zabrakło pomysłu na to, jak z jednorazowej podróży w czasie, by uratować Nowy Jork (i 9 milionów jego mieszkańców) zrobić cotygodniową rozrywkę, ale w tym celu w epilogu okazuje się, że postać grana przez nie-Kevina Spacey'a ma ukryte motywy i wiedzę o działaniu zmarszczkoskopu (czyli urządzenia pozwalającego badać zmarszczki w czasoprzestrzeni). I on planuje coś złego. Wnioskuję więc, że to pogoń za nim miała być spirytus movens serialu, a przynajmniej pierwszego sezonu.

Zmarnowany potencjał widać w traktowaniu innych lokacji w czasoprzestrzeni jako jedynie sztafażu. Są trzy osoby w ekipie czasopodróżników: biała kobieta, czarny mężczyzna i biały mężczyzna. To powinno wywoływać reakcję u ludzi sprzed lat 1990-tych. Tu zaś akcja dzieje się w 1929 i Negr, poza dziwnymi spojrzeniami, nie ma żadnych kłopotów z chodzeniem tam, gdzie biali. Ba! Portal czasoprzestrzenny znajduje się w piwnicy luksusowego hotelu i liczyłem na scenę, gdy odźwierny nie chce Murzyna wpuścić do środka, ale scenarzyści zupełnie ten wątek pominęli, stawiając zamiast tego na typową walkę z tykającym zegarem.

Ciekawym pomysłem była motywacja "głównego złego", czyli Noblisty, który zdetonował ładunek nuklearny w centrum Manhattanu. Ze swych naukowych konsultacji wiedział o istnieniu zmarszczkoskopu (i wiedział lub przynajmniej domniemywał, że poza obserwacją daje możliwość przesyłania organizmów żywych), więc dokonał dzieła zniszczenia, by zmotywować wojsko i służby do użycia go i dać im od razu pierwszy cel. To mu się udaje: jego żona nie ginie napadnięta przez bandytów, przez co sam Noblista nie ma motywacji, by budować jakieś tam bomby. Skutkiem tego owe 9 milionów nowojorczyków nigdy nie ginie, a on żyje długo i szczęśliwie

Podejście do nauki jest tak optymistyczno-banalne, że Flash wydaje się przy tym serialem wręcz naukowym. Jest jeden technik, co składa cały sprzęt i robi to dobrze, bo wcześniej pracował w NASA. Jest jeden naukowiec od siedzenia przy komputerze i przeglądania archiwów (strasznie mi się podobało wyszukiwanie numeru rejestracyjnego auta z roku 1929 na zeskanowanych książeczkach pojazdów z tamtej epoki). I jest pani naukowiec od historii, która potrafi określić epokę po samym zapachu kupy.

W roli głównej amerykańskiego przeciętniaka (choć tu nad wyraz rozgarniętego) - aktor nieznany mi z żadnej roli. W roli jego czarnoskórego kolegi z pracy - aktor nieznany mi z żadnej roli. W roli towarzyszącej im w podróży pani naukowiec - morderczyni w śpiączce z odcinka "Elementary" oraz matka w przeszłości głównego bohatera amerykańskiej wersji serialu "Life on Mars".

W roli naukowca od komputera - aktor nieznany mi z żadnej roli, który przypomina mi jednego ze złodziejskiej ekipy Ant-Man'a. W roli pani naukowiec od epok historycznych - Obara Sand z "Gry o Tron", znana też jako Królowa Naboo z Epizodu III Gwiezdnych Wojen. W roli technika - aktor, którego widziałem już nieraz i pewnie jeszcze zobaczę, gdy się wreszcie zabiorę za "Maczetę" i "Grindhouse: Planet Terror",

Jako tajemniczy wojskowy - wspomniany asesor z "Total Recall 2070". Jako towarzyszący mu w paru scenach generał - jeden z androidów z owego serialu. Jako szef policji - jeden z aktorów trzecioplanowych w jednym z odcinków "Total Recall 2070" (i "Suicide Squad"[citation needeed]). Jako dziennikarka - rzeczniczka z tego samego odcinka.

Jako amerykański prezydent - profesor Wójcik z "Karola. Człowieka, który został papieżem", znany mi bardziej jako Windom Earle z "Twin Peaks". Jako Sekretarz Stanu - dr Lull z oryginalnego "Total Recall"

W roli Noblisty-zamachowca - sam David Cronenberg.

David Cronenberg, po spotkaniu grupą widzów, którym nie spodobał się 'Cosmopolis'.

Tak właśnie wygląda obity po mordzie reżyser David Cronenberg.

12:26, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 lutego 2017

Fabuła jest prosta, ale scenarzyści robią wszystko, by przykryć to nad wyraz żwawymi scenami akcji i legendarnie śmiercionośną bronią w rękach tego złego. I nieźle im to wychodzi, przynajmniej w zakresie scen akcji. Nie wykluczam, że kilka z nich obejrzę jeszcze raz, by nacieszyć się detalami i wybuchami. Gorzej nieco jest z tą śmiercionośną bronią: by ją zdobyć, główny zły bez najmniejszego problemu niszczy jeden z najlepszych statków Federacji, a by jej użyć - przedostaje się do środka najnowocześniejszej bazy Federacji, gdzie równie dobrze posłużyć by się mógł zwykłą atomówką lub dowolną inną bronią biologiczną. Ja więc punktują to w filmiku na Youtube'ie najwyraźniej Krall chce po prostu dostać +10 punktów za styl, gdy wygraną ma już w kieszeni.

Pod tymi wybuchami fabuła jest typowa dla serii "Star Trek" sprzed reboot'u: jest zły, zdobywa superbroń, zwycięża (choć nie całkowicie) załogę "Enerprise", tymczasowy sprzymierzeniec okazuje się grać na dwa fronty (czym nie wywołuje choć chwili wątpliwości w lojalność kolejnego tymczasowego sprzymierzeńca), Kirk, Spock & s-ka ratują uwięzionych i dochodzi do finałowej potyczki, którą wygrywają ci, którzy pojawią się w kolejnym filmie z tej serii. Trochę brakło mi większych plot-twist'ów, a ten, który się pojawił, nie zrobił na mnie wrażenia, bo zdał mi się poboczny (czy naprawdę jest jakimś twistem, gdy okazuje się, że współczesny zły bohater to dawny dobry bohater?) i za słabo był wcześniej ów wątek rozkręcany.

Mam sporo uwag do sceny, gdy z powierzchni planety, na której po przegranej walce rozbił się USS Enterprise, załoga odlatuje USS Franklinem. Przede wszystkim jest on opisywany jako "statek kosmiczny starej daty", czyli nieprzystosowany do startu z atmosfery. To by znaczyło, że w ogóle jest nieprzystosowany do przebywania na powierzchni planet, bo w przypadku zbyt wielkiej grawitacji może się rozpaść. Ten tu jednak nic sobie z tego nie robi i spokojnie, bez zbyt wielkich naprężeń konstrukcyjnych powodujących pęknięcia (hermetyczność przydaje się w przestrzeni kosmicznej), leży kilkadziesiąt (kilkaset?) lat na powierzchni planety. Częściowo przysypany skałami po kraksie, nadal jest wystarczająco funkcjonalny, by latać. A co więcej - co powinno ucieszyć fanów dendroawiatyki (lub awiodendrologii), tnie podczas lotu w atmosferze nie tylko drzewa, ale i całe wierzchołki gór. 

Podczas tego startu znowu źle jest nakręcona scena z nietypową grawitacją - gdy USS Franklin zsuwa się ze szczytu w przepaść i leci w dół, pasażerowie mostku ukazani są jako przyciągani w stronę przodu. W końcu statek leci "dziobem w dół", więc grawitacja ciągnie do przodu, pomyślał sobie jakiś niedouczony hollywoodzki decydent. Jednak statek spadał grawitacyjnie, więc wszyscy w środku byli w stanie nieważkości i nie naprężyliby aż tak pasów bezpieczeństwa. Taka sytuacja grawitacyjna faktycznie by miała miejsce tylko w krótkim momencie, gdy statek już się przechylić, a nie zaczął jeszcze spadać.

W niepełnym stopniu rozświetlony panel tylnych czerwonych silników sprawił, że zacząłem się zastanawiać, czy nie jest tam ukryty jakiś napis.

Muzycznie: kawałek, którego słuchała Jaylah ("Fight The Power" Public Enemy) niezły, bo mało mi znany. Użyty przy ataku "Sabotage" fantastyczny jak zawsze, ale zdał mi się oklepany - aż usłyszałem Spocka mówiącego, że to muzyka klastyczna i zdałem sobie sprawę, że tylko najbardziej oklepane kawałki przejdą do historii.

W rolach tych, co zawsze - ci, co zawsze. W roli głównego złego - Heimdall z "Thora". W roli tymczasowego sprzymierzeńca - księżniczka Susannah z pierwszego odcinka "Black Mirror".

W rolach epizodycznych - mnóstwo aktorów, których widziałem (lub zobaczę) w rolach epizodycznych gdzie indziej, jak np. Wojna z "X-Men: Apocalypse", dr Kavita Rao z "X-Men: The last Stand", Blake, oficer Jones i Alan Durand ze "Szczały", Tom Patterson z "Flasza", Komandor Steele z "League of Tomorrow", Dollar Bill z "Watchmen", Roger Dooley z "Agentki Carter", elf z "Warcraft", Yun ze "Star Trek: Voyager" i wielu, wielu innych.

16:29, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 lutego 2017

Odcinek otwiera scena aresztowania przeprowadzana przez młodych policjantów w asyście Rico (bez Sonny'ego, bo akurat dokucza mu kolano). Całość - nieudanej - akcji jest zsynchronizowana z piosenką "Best Adventures" Thinkmana niczym u Hudson Hawka, a w finale - tuż po słowach "is this where we say goodbye" jeden z tej dwójki młodzików ginie w wybuchu.

Okazuje się, że to nie pierwsza taka akcja ostatnimi czasy, gdzie na policjantów z nakazem czeka mordercza pułapka. Podejrzenie przecieku jest bardzo na miejscu, a póki nie uda się zlokalizować jego źródła, każde aresztowanie może być wcześniej przewidziane przez drugą, nie stroniącą od śmierci policjantów, stronę konfliktu. Wkurzony tym Rico odmawia dalszej pracy, przez co zostaje zawieszony. Chwilę później wywołuje awanturę w banku, gdzie chce podjąć swoje zarobki i zostaje aresztowany. Z braku tych pieniędzy po wyjściu na wolność zaczyna odzywać się do rekinów dłużnych (ang. loansharks), aż otrzymuje propozycję sprzedawania informacji z wnętrza Wydziału Obyczajowego za pieniądze.

Przystaje na to i wynosi z archiwum akta klienta - zostawiając jednak pustą teczkę z jego nazwiskiem w szafce. Zauważa to partner zmarłego i śledzi Tubbsa. Przekonany, że to on sprzedawał informacje kryminalistom, postanawia zabić i jego i jego klienta.

W międzyczasie się okazuje, że Tubbs działa pod przykryciem, a prawdziwym źródłem przecieku jest dziewczyna sprzedajnego oficera służb. Gdy Tubbs ma z nim spotkanie, wychodzi na jaw, że jest tajniakiem, a gdy prowadzą Tubbsa na miejsce egzekucji, do akcji wkracza młodociany partner zmarłego w pierwszej scenie. Całość tej finałowej walki też jest zsynchronizowana z muzyką, z piosenką "Closer to Heaven" The Alan Parsons Project, ale nie tak ładnie, jak scena początkowa.

W odcinku gra Viggo Mortensen, wymieniony zresztą jako pierwszy na liście aktorów jednoodcinkowych. Długo się wpatrywałem w ekran i nigdzie nie mogłem go dostrzec. Po projekcji się zorientowałem, że grał tego policjanta zabitego po pięciu minutach odcinka. Przez te pięć minut ciągle snuł się na drugim bądź trzecim planie w kapelusiku. Zbliżenie na jego twarz było tylko jedno, trwało pół sekundy i było to ostatnie pół sekundy przed wybuchem.

The Fellowship of Miami

To ujęcie twarzy Viggo Mortensena (pierwszy od prawej) jest jednym z trzech najlepszych w tym odcinku.

Jako partner Aragorna - Richie Valens z "La Bamba", który ginie w finałowej scenie podobnie jak Boromir przeszyty strzałami. Tyle, że oddanymi z karabinu maszynowego.

Poza nim: w roli źródła przecieku - Carolyn Burnham z "American Beauty". I to wszystko ze znanych mi twarzy, poza gościem, którego widziałem w równie epizodycznej roli w innym odcinku tego serialu.

Tagi: Miami Vice
21:45, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 lutego 2017

To jedyne, co jest ładne w tym filmie.

Akurat tę książkę Verne'a znam doskonale, bo jako dziecko czytałem ją dziesiątki razy. Może nie przytoczę pełnej chronologii zdarzeń, ale wiem doskonale, że bohaterami było pięciu (a od czasu odnalezienia Ayrtona - sześciu) mężczyzn i pies. Gdy więc zobaczyłem, że listę obsady rozpoczyna kobieta, zwątpiłem w zgodność z oryginałem.

To chyba nie jest film amerykański: efekty dźwiękowe (kanonada artylerii, burza) zagłuszają dialogi.

Fajny jest akcent, z którym gadają postacie z roku 1865. Części wypowiedzi co prawda przez to nie zrozumiałem, ale bezbłędna monotonna recytacja byłaby tu strasznie nie na miejscu,

Zdumiałem się widząc rozchełstanych chłystków jako armię Konfederatów A.D. 1865. Wyglądali, jak gromada wzięta z baru i ubrana w niepasujące mundury. Szarżowali też zdumiewająco nieporadnie. A potem się zamyśliłem: nie pasowało mi to, bo przyzwyczajony jestem do widoku obu armii Wojny secesyjnej z wysokobudżetowych filmów Hollywood'zkich. A może właśnie ten widok jest bardziej realistyczny? Wszak obie armie tworzyli też cywile, a w końcówce wojny brano wszystkich chętnych u przegrywających Konfederatów. Wydaje mi się jednak, że za dużo tych chętnych w obliczu porażki nie było, więc armię stanowić powinni przede wszystkim weterani, nieco z bronią obeznani (ale z drugiej strony, jak doczytałem, taktyka spalonej ziemi prowadzona przez Shermana i Sheridana mogła doprowadzić do kolejek ludzi chętnych, by postrzelać do unionistów). Trudno mi to jeszcze o jednoznaczne wnioski.

Po napisach początkowych zdumiony byłem, jak bardzo początek filmu się przynajmniej oględnie zgadza z fabułą książki: jest sześciu/pięciu mężczyzn uciekających balonem z secesjonistycznego więzienia w Richmond. Aż narzekałem w myślach na taki detal jak brak psa (z którego obroży powstały pierwsze narzędzia na Wyspie) - aż tu nagle pośród burzy przed balonem otworzył się magiczny portal. Natychmiast przestałem narzekać na brak psa.

O rany, ta magiczna dziura w niebie to był Trójkąt Bermudzki. Rety, rety, rety. "Tajemnicza wyspa" była wspaniałą powieścią, bo była rzeczowa, pronaukowa i realistyczna. Wierzyłem, że wszystko, co zrobili tam bohaterowie dało by się w prawdziwym życiu zrobić na bezludnej wyspie (mając na starcie psa z metalową obrożą i pół paczki zapałek). A tu Trójkąt Bermudzki całkowicie tę pronaukowość niszczy.

Całość fabuły dziejącej się na Wyspie doskonale streszcza spotkana tam przez uciekinierów ze środka Wony Secesyjnej pani pilotka z 2012 roku gdzieś w połowie filmu: "Let's just recap. We're on an island lost in time, inhabited by flesh-eating swamp things, invaded by pirates, haunted by volcano and stalked by giant octopus. Does that about sum it up?". Nie dodaje do tego - bo to już wyjaśnili sobie wcześniej - że przez ów magiczny trójkątniebermudzki portal regularnie dostają się tu kolejni ludzie, statki i samoloty, których wraki spoczywają na całym wybrzeżu wyspy. 

Nie opisuje też kiepskości tych wszystkich efektów. Bagienne stwory to ludzie w strojach z czarnymi frędzlami i gdyby wśród nich wpuścić Diabła Piszczałkę z "Przyjaciół Wesołego Diabła", byłby pokazem profesjonalizmu. Z piratów widać tylko ich buty i stojący na redzie statek. Widok ośmiornicy jest widzowi oszczędzony, a gdy pożera jednego z rozbitków, kamera przez minutę pokazuje twarze trzech przyglądających się temu jego kompanów. 

Dzięki obrazowi w HD, da się dostrzec dziurę po kolczyku w uchu czarnoskórego zastępcy kapitana Cyrus Hardinga, Neba Nugenta. Najwyraźniej chłopaki z Bronxu lubili bling-bling już wtedy.

"He won't make it", mówi pan kapitan o uciekającym przed nie lubiącymi ognia stworami sierżancie, idzie więc po pistolet sygnałowy, wraca na ganek, a gdy sierżant "made it" wbiegając w do domu otoczonego pochodniami, kapitan strzela nadbiegającemu potworowi w tors, a ów staje w ogniu. Trochę nie widzę tu logiki.

O, nieścisłość chronologiczna! Kapitan Unionistów z roku 1865 roku mówi "survival of the fittest". Co prawda książka Darwina ukazała się rok wcześniej, w 1864 roku, jednak - abstrahując od faktu, czy w ciągu tego roku dotarłaby do rąk kapitana amerykańskich wojsk, a ów pośrodku wojny domowej miałby czas ją przeczytać - ten termin pierwszy raz pojawił się dopiero w jej recenzji z 1866 roku, a Darwin użył go dopiero w książce z 1868 roku. 

Potem, by choć trochę nawiązać do Verne'a, pojawia się Kapitan Nemo, który okazuje się być twórcą portalu, który powstał, gdy testował urządzenie do podróży w czasie. Nautilus wylądował na wyspie, na samym jej środku, więc przysypał go ziemią i nad włazem do niego zbudował dom, podczas gdy jego załoga zmieniła się w owe kanibalistyczne stwory.

W finale Kapitan Nemo idzie na dno z "Nautilusem", podczas gdy czworo jeszcze żyjących turystów wlatuje balonem w burzę nad wulkanem, by uderzeniem pioruna odpalić urządzenie do otwierania tuneli czasoprzestrzennych. A gdy tunel się otwiera i balon w niego wlatuje - film się urywa.

Nad wyraz znajomą twarz ma aktor grający rolę kapitana Cyrusa Hardinga (imię postaci z książki w wersji Kingstona): en face niczym Sonny Crockett w "Miami Vice", z półprofilu niczym Ryan Reynolds, a do tego, gdy się złości przypomina Willa Scarletta w jedynym słusznym serialu o Robin Hoodzie. I nad wyraz znajome ma zęby[citation needed]. Widziałem je już w "Szczale".

Spadającego z balonu dziennikarza Gideona Spiletta (nazwisko z powieści) gra sam Deputy Warden Kavanaugh z "Urodzonych morderców". 

Sierżant Konfederatów Bonawenturę Pencrofta (nazwisko z powieści) się chyba specjalizuje w tej epoce: widziałem go już w "Jonah Hexie", a zobaczę jeszcze w "Django" (ciekawe czy też tak będzie dokuczać kolorowym), i może w "12 Years a Slave". Na planie "Django" mógł spotkać tutejszego czarnucha, czyli czarnoskórego szeregowego Neba Nugenta (w książce był to Neb, były niewolnik kapitana Cyrusa), którego tu jedzie jak burą sukę. Grający go aktor występował w licznych filmach, ale wrażenie tym spowodowane blaknie, gdy się zobaczy, że część tytułów brzmi jak bestiariusz do Warhammera. Szeregowego Herberta (w powieści był to adoptowany syn kapitana) jeszcze nigdzie nie widziałem, ale zważywszy na jego dotychczasową filmografię i moje zamiłowanie do kinematograficznego turpizmu, pewnie jeszcze nieraz zobaczę.

Głupiutką nastolatkę z 2012 roku gra Pam z serialu "Jessica Jones". Jeszcze nie widziałem, ale już chyba wiem, czego się spodziewać po tej roli. Jej siostrę, panią piiotkę, mimo znajomo wyglądającej twarzy, widziałem tylko w epizodach w "Fantastycznej Czwórce" z 2005 roku. Obie kobiece postacie mają na nazwisko Fogg, by choć trochę miały wspólnego z Verne'm.

Pojawiającego się jedynie w scenie reminiscencji młodego Kapitana Nemo gra Mark Sheppard, znany mi doskonale z "Firefly", "Battlestar Galactica" i "Doktora Who" (odcinki 06x01-02 o Ciszy czasów Nixona), a nieco mniej z odcinka "Z archiwum X", odcinka "Sliders", odcinka "Star Trek: Voyager". Zestarzałego Nemo gra jego ojciec, który też grał postarzałą wersję postaci granej przez swego syna we wspomnianych odcinkach "Doktora Who". 

Formalnie w obsadzie występuje Tom Ayrton (nazwisko z powieści), ale konia z rzędem temu, kto go odnajdzie: pewnie miga na ekranie z innymi bagiennymi potworami, ani razu się nie odzywa ani nie pada ni razu jego imię.

Rzadko zbieram się na jakąś rekomendację, zdając sobie sprawę, że De Gustibus Non Disputandum Est. Tego filmu jednak z czystym sercem mogę nie polecać, a jeśli ktoś czytał książkę, a tym bardziej jest jak ja jej fanem, z czystym sercem polecam trzymanie się jak najdalej od niego, by nie psuć sobie wspomnień.

21:03, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 56

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA