RSS
czwartek, 05 stycznia 2017

Jednym ze skutków ubocznych faktu, że duża część aktorów trzecioplanowych i statystów w serialu "The Pacific" była Australijczykami, było to, że zapoznałem się (po tytułach jedynie, z rzadka tylko zaintrygowany nim zerkając na opis produkcji filmowej) z częścią kinematografii australijskiej. Dzięki czemu udało mi się trafić na cymesik wart wyszukania i obejrzenia.

Tak jak, gdy wszyscy oglądali prequel do IV epizodu "Gwiezdnych Wojen"[citation needed], ja obejrzałem prequel do V epizodu, tak teraz, gdy fani DC czekają na film "The Justice League", oglądać zacząłem "The Justice Lease", australijski serial komediowy opowiadający o superbohaterach mieszkających na przedmieściach Melbourne.

Humor jest różnoraki jak australijska fauna. Część żartów opiera się na przypisaniu bohaterom cech stereotypowych: Superman jest pedantem, Batman (przeżywający akurat swe chwile chwały) to douchebag, a Aquaman... no cóż, to Aquaman: nikomu nieprzydatny facet z trójzębem. Część zaś być musi nieco meta, skoro ich mieszkanie wyłożone jest plakatami filmów o nich, a kłótnia przy stole wynika z tego, że Superman chce zaprosić Batmana na premierę filmu o sobie, by swą obecnością zwiększył zainteresowanie.

Ładne są też przebitki w czołówce. Właściwie to nie, ładny jest jeden - Supermana. Reszta jest zaledwie ok.

Fantastyczne jest w piątym odcinku wejście Spider-Mana jako dealera naćpanego "Venomem" i chcącego sprzedać Supermanowi Kryptonit, by utopił w nim swe troski.

Gra aktorska jest na poziomie co lepszych filmików na Youtube'ie lub typowych na co gorszych kanałach telewizji, ale krótki czas trwania odcinka i niektóre z konceptów rekompensują w pełni ten niedostatek.

W odróżnieniu od wielu innych filmów o tych superbohaterach, tu grają ich aktorzy znani praktycznie z niczego: najlepszy jest Aquaman, bo da się go jeszcze ujrzeć w powracających przez kilka odcinków rolach w kilku australijskich serialach. Najbardziej "ograny" okazał się aktor, który miga na ekranie na trzy sekundy, umazany zieloną farbą z zielonym fluorescencyjnym światełkami na szyi i czole  jako Hulk po przemianie; był nawet kierowcą w "X-Men Origins: Wolverine" i strzelcem w "Superman Returns"; niemal dorównuje mu fanka Supermana z ostatniego odcinka, która grała w jednym odcinku "Agent Carter".

O, ten.

Nie każdemu może ten humor przypaść do gustu. Mnie przypadł i doczekać się teraz równie bardzo co na "The Justice League" nie mogę chwili, gdy cały drugi sezon "The Justice Lease" pojawi się na Youtube (chwilowo dostępne są tylko dwa odcinki niestety).

wtorek, 03 stycznia 2017

Obejrzałem serial do końca i zdania nie zmieniłem - ogląda się fantastycznie sceny walki, ale sceny życia cywilnego stanowczo zaniżają poziom. W tym przypadku oznaczało to cały odcinek dziesiąty, w którym przedstawiono życie marines po zakończeniu walk i powrocie do Stanów.

Nie oznacza to, że nie ma w nim dobrych scen. Taką jest scena gdy ranni hospitalizowani żołnierze dowiadują się o końcu wojny i na ich twarzach widać mieszankę sprzecznych uczuć i niedowierzanie z końca wojny.

(Patrząc na przedstawiony tu obraz walk zaczynam wątpić, czy zrzucenie bomb atomowych na Hiroshimę i Nagasaki oznaczało, jak mówią obrońcy tego manewru, skrócenie wojny na Pacyfiku o kilka tygodni i oszczędzenie kilku tysięcy amerykańskich żyć. Skłaniam się raczej ku przekonaniu, że bez tego manewru walki trwałyby znacząco dłużej i może zakończyłyby się raczej jakąś formą rozejmu niż kapitulacją i pochłonęły znacząco więcej marines. Nie widać, w odróżnieniu od "Kompanii Braci", tu ciągłego posuwania się naprzód armii, lecz jej ciągłe utykanie na długie tygodnie na kolejnych wysepkach. Może taki był zamysł scenarzystów, może takie były tylko wrażenia piechoty morskiej, na których książkach oparto serial i w rzeczywistości wyglądało to inaczej - ale takie wrażenie serial sprawił na mnie jako widzu.

Dobrze pokazują to sceny w odcinku dziewiątym, gdzie walki trwają wiele dni i o każdą piędź ziemi, a Amerykanie - mimo zdobycia już wielu wysp po drodze - nadal giną tłumnie. Na tyle, że weterani nie starają się nawet zapamiętać nazwisk młodych, bo nie ma to sensu, skoro i tak zginą. I na tyle, że są zdumieni, że przysłano im marine z poboru. Nie było dobrze z amerykańską armią w tym okresie, skoro musiała rzucać tam poborowych do towarzystwa zawodowym żołnierzom.)

Jedyne co w odcinku dziewiątym nie przekonuje, to moralna przemiana szeregowego Sledge'a, Hugo Protagonisty drugiej połowy serialu. Trudno zważywszy na jego wcześniejsze zachowania uwierzyć, że stał się aż tak zimny, nieczuły i bezlitosny dla wroga - zmiana jest zbyt jaskrawa, bo przecież nie jest niczym dziwnym, że tak walczący przeciętny żołnierz stanie się dla "Japońców" równie wyrozumiały co przeciętny Seba dla "Araba", zwłaszcza że pracuje na to cała propaganda rządowa, by ułatwić mu strzelanie do wrogów tak, by zabić.

(Ta propaganda zresztą, jak i cała ta wojna, wciąż jeszcze tkwi w psychice Amerykanów. Tę wojnę kopiował serial "Battlestar Galactica", w którym miejsce odhumanizowanych Japończyków zajęły humanoidalne roboty, zostawiając wkoło cały sztafaż wojny na Pacyfiku: ogromny lotniskowiec z dala od bezpiecznych portów w każdej chwili narażony na samobójcze nieraz ataki możliwie odhumanizowanego wroga. Tak przynajmniej jest w remake'u z lat 2004-2009. oryginału z lat 1978-1980 jeszcze nie widziałem.)

Jestem więc w stanie uwierzyć, że takie myśli miałby Snafu, miałby Legolas czy dowolny inny żołnierz - ale trudno mi, by miał je idealizowany przez kilka poprzednich odcinków Sledge. A jeżeli już uwierzę, to jego przemiana w drugą stronę na widok śmiertelnie chorej Azjatki staje się wtedy jeszcze bardziej niewiarygodna.

Z nowych twarzy szybko ginących na wyspie (tu warto zwrócić uwagę, że nie tylko oni giną; niektórzy statyści, zwłaszcza japońscy, giną w kilku odcinkach) pojawili się: Michelangelo z nowych "Teenage Mutant Ninja Turtles", statysta z dwóch odcinków "Kompanii Braci" i japoński kierowca z "The Wolverine".

Odcinek dziesiąty w zalewie sentymentów i ckliwych romansów ratuje humor Lackiego i scena wizyty w biurze pracy Sledge'a. Wątek dochodzenia do siebie po wojnie Sledge'a też nie jest zły, ale za to kończy się typowym w Hollywoodzkiej produkcji "yips", czyli czyli wyjściem z mentalnego stuporu w sytuacji powtarzającej warunki, w których on nastąpił - tak jak dym w "Szybkim jak błyskawica" lub smugi z "Top Gun". Nie wiem, czy to faktycznie znany z psychologii fenomen i Tom Cruise grywał w młodości w filmach psychologicznie wiarygodnych, czy też po prostu ładnie wygląda to na ekranie. Tu przynajmniej reakcja Sledge'a wydaje się wiarygodniejsza niż tomcruise'owe natychmiastowe parcie do sukcesu.

Niemniej jednak pozostaję w przekonaniu, że ostatni odcinek "Kompanii Braci" lepiej opowiedział historię tego, co się po zakończeniu walk działo. A w jeszcze głębszym, że szkoda, że w dziesięcioodcinkowym serialu opowiadającym dwa lata starć aż dwa odcinki przeznaczono na ukazanie życia cywilnego.

12:03, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 grudnia 2016

Kolejne cztery odcinki - trzy z których dzieją się podczas zdobywania Peleliu - uświadomiły mi, że się jednak myliłem: to nie jest serial o jednym marine i jego kolegach, to serial o paru marines i ich kolegach. Szeregowego Roberta Lackiego w piątym odcinku zmienił szeregowy Eugene Sledge, jeszcze usilniej lansowany na postać pierwszoplanową (nawet się załapał na portret w długaśnej, prawie trzyminutowej, czołówce), a wraz z nim poznajemy jego kolegów: "Snafu" o charakterystycznej twarzy, której najbliżej chyba do Bruno Marsa, kaprala Burgina, który wygląda jak rozszerzony w poziome Orlando Bloom i świeci białymi ząbkami (więc sam nadałem mu ksywkę "Legolas") i jeszcze jednego, którego nie zapamiętałem.

Gdy "pierwsza tura" zjeżdża z frontu, głównie w workach lub na statkach - szpitalach, na ich miejsce przybywa tura druga, której jednym z żołnierzy jest właśnie Sledge. Jakby ktoś sam na to nie wpadł, w odcinku siódmym jest doskonale ukazująca to scena, gdy "nowi" wchodzą na wzgórza, z których schodzi "na tarczy" wcześniej biorący udział w walkach oddział.

Tak jak pisałem, że lądowanie na Guadalcanal było fantastycznym zaprzeczeniem D-Day na wschodnim froncie, o tyle już lądowanie na Peleliu było nad wyraz podobne. Najwyraźniej lądowania na plażach w 1944 roku, w odróżnieniu od lądowań w 1942 roku, wszędzie kończyły się masakrą lądujących. Tak w praktyce wygląda galopująca brutalność wojny.

I znów mam problem z tym serialem. "Kompania braci" była znakomita, bo pozwoliła mi zawiesić niewiarę co do tego, że oglądam dzieło fikcji. Wyglądało to realistycznie, postacie były realistyczne, więc - jak na wojnie - zdarzyć się mogło wszystko. Po paru odcinkach było się domyślić, którzy bohaterowie przeżyją (ci bardziej półtoraplanowi), a którzy nie - ale nie było wiadomo, czy żyjący nie zostaną ranni lub nawet okaleczeni (jak Guernere czy Toye), ani kiedy umrą ci, co serialu nie dożyli (mogli np. w 1984 roku). Tu zaś zbyt grubymi nićmi jest szyta fabuła. Za dużo jest akcentu na postacie, z których memuarów czerpie się wieści, zmarli na polu bitwy są przed bitwą potraktowani zdawkowo (to się zmienia dopiero w Peleliu) lub też okazują się chwilę przed śmiercią szlachetni do bólu.

Niczym sierżant Basilione, bohater odcinka ósmego. Historia jego była taka: walczył w Guadalcanal, wykazał się bohaterską postawą, dostał medal i lot do Stanów, by tam zostać pokazowym idealnym żołnierzem, zbierającym datki na walczących, takim Sierżantem Ameryką. Po roku - w czasie którego korzystał z uciech świata fleszy i mikrofonów, co jednak w opowieści zostało nieco okrojone - postanowił wrócić do regularnego wojska, po czym się zaciągnął na statek znów walczyć o ojczyznę. Po drodze dokonał wielu moralnie słusznych wyborów, ustatkował się, ożenił z uroczą panią sierżant i ułożył plany na dalsze życie. Gdy w piątej minucie odcinka składa podanie o powrót do służby, a potem w wolnej chwili w jednostce zaczyna trenować, wiadomo już, że pojedzie na te wyspy i dostanie na tym Pacyfiku kulkę, a to jest hołd mu oddany. I przez resztę odcinka - aż do ostatniego kwadransa, gdy wreszcie jest pokazana walka - dostajemy ckliwą romantyczną historię Sierżanta Ameryki. Rzucony po roku przerwy znów do walki Sierżant natychmiast odzyskuje wigor, dokonuje wielu bohaterskich czynów, ratuje przed śmiercią kilkanastu marines, zabija Japońców tuzinami - aż dostaje zbłąkaną kulą prosto w serce. Nie dało się zrobić tego odcinka rzewniej i mniej realistycznie. A szkoda, byłby znacząco lepszy.

Na ekranie w tych odcinkach pojawiają się (i najczęściej giną po kilku chwilach): Pasożyt z "Tajemnic Smallville" (szeregowy Bill Leyden), Lord Drinian z "Podróży Wędrowca do Świtu" (starszy od reszty o pokolenie sierżant Elmo 'Gunny' Haney), chirurg z "X-Men Origins: Wolverine" (sierżant John Marmet), towarzyszący mu pielęgniarz (szeregowy Young), towarzyszący im bezimienny w tym filmie żołnierz (bezimienny kapelan), Vladimir Ranskahov z nowego "Daredevila" (jako żołnierz dekujący się na tyłach), oficer z "Terra Nova" (kapral Charles Womack), Lucas Taylor z "Terra Nova" (podporucznik Mac), Hooper z "Terra Nova" (porucznik Ben Sohn), Bane z "The Matrix Reloaded" i "The Matrix Reloaded" (kapitan Le Francois), sam Spartacus ze "Spartacusa" (niestety, ten drugi, gorszy; widzę też, że będzie Pogodynkiem we "Flaszu"; to akurat ten poziom gry aktorskiej) (Lew), Zam Wesell ze "Gwiezdnych Wojen: Ataku Klonów" ...i jakieś trzy pola bitew pełne ciał pozostałych. W tym ciał wyżej wymienionych. Do tego wśród cywili da się dostrzec Petraklesa z "Xeny".

Zdziwiło mnie, że nie miałem okazji nigdzie indziej ujrzeć charakterystycznych twarzy Snafu i Legolasa. Ten pierwszy gra Elliota Aldersona, protagonistę w "Mr. Robot" oraz oficera w filmie "Battleship", więc go jeszcze na pewno ujrzę (a jak zagra Freddiego Mercury'ego w planowanym filmie "Bohemian Rhapsody", poza mną ujrzą go też ponownie szerokie masy). Tego drugiego dojrzeć chyba tylko będę mógł w "Clash of the Titans", bo jakoś nie fascynują mnie ani filmy o IRA, ani serial o budowie Titanica. A szkoda, to sympatyczna twarz (twarz Snafu sympatyczna nie jest, ale charakterystyczności nie sposób jej odmówić).

20:15, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 grudnia 2016

Trzy kolejne odcinki serialu utwierdziły mnie w przekonaniu wyniesionym po pierwszym odcinku: że nie mamy tu bohatera zbiorowego, tylko jednego bohatera pierwszoplanowego, który przeżywa wszelkie przygody i gromadę jego kumpli (z których jeden wygląda jak Abelard Giza, a drugi jak munchkin z "The Gamers: Dorkness Rising"), którym przygody zdarzają się tylko wtedy, gdy akurat nie mogą zdarzyć się Hugo Protagoniście.

Szczególnie widać to w odcinkach trzecim i czwartym: odcinek trzeci, dziejący się w czasie przerwy w działaniach wojennych z Melbourne, skupia się wyłącznie na Leckie'm i jego miłosnej historii, reszta oddziału służy tylko jako tło i krótkie przerywniki. W odcinku czwartym - o którym więcej poniżej - też jemu przydarza się wizyta w armijnym centrum rehabilitacyjnym i przez sporą część odcinka reszty jego oddziału - w tym chorego na malarię Abelarda Gizę - nie widzimy wcale.

Jedynie odcinek drugi, tyczący wciąż walki o Guadacanal, opowiada raczej o oddziale niż tylko naszym protagoniście. Zdziwiłem się nieco widząc mundury noszone w tym odcinku przez żołnierzy. Poodrywane rękawy, brak koszulek czy w ogóle bluz kojarzy mi się bardziej z Wietnamem niż II wojną światową, ale w temperaturach rzędu 28 stopni Celsjusza i wysokiej wilgotności ma takie przerabianie mundurów sens. Doczytałem też, że te walki wyznaczyły kanon postępowania Amerykanów podczas walk w tej części świata, nic więc dziwnego, że w 'Namie je naśladowano (nie wiem, jak było w Korei, jedyny jej obraz mam z serialu "M*A*S*H", a tam byli jednak kompletnie ubrani).

Powiedziałbym, że jadłbym garściemi, ale widziałem chwilę potem wkładke mięsną...

W tym odcinku pojawia się też przykład wojskowego humoru.

Odcinek czwarty, gdyby nie pomysł tytułowania odcinków nazwami miejsc, gdzie przebywa oddział, powinien nazywać się "Insanity", opowiada bowiem o szaleństwie żołnierzy. Pokazane jest, jak dżungla i wojna potrafi zniszczyć psychikę. Jeszcze zanim Lackie trafi do psychiatryka - na skutek problemu nietrzymania moczu (pozwólmy mu normalnie żyć!) - widzimy jedno samobójstwo i jednego socjopatę, który ciężko rannego Japońca dusi gołymi rękami. W szpitalu widać wiele więcej przypadków ludzi zniszczonych przez wojnę, a raczej przez dziwną mieszankę masowych ataków wroga przedzielonych długimi okresami, gdy nie ma z nim kontaktu i walczy się z dżunglą i pogodą. W "Kompanii Braci", opowiadającej o przygodach na froncie europejskim tego nie pokazano, ale specyfika owego frontu była zupełnie inna.

Między innymi walki trwały tam krócej. "D-Day" od "V-Day" dzielił niecały rok: lato, jesień, zima, wiosna - i po sprawie. Tu marines ruszyli na front w 1942 roku (sceny walki zaczynają się 7 sierpnia 1942 roku) i walki trwały tam trzy lata. To po pierwsze sprawiło, że między odcinkami występują duże przerwy czasowe (trzeci odcinek dzieje się w styczniu 1943, czwarty zaczyna w grudniu 1943, a kończy w maju 1944), czego nie widać po bohaterach, a po drugie - to dobry prognostyk na to, który front Amerykanie uznali wtedy za ważniejszy i rzucili swych żołnierzy tam dwa lata wcześniej, i który uznają za ważniejszy podczas kolejnego globalnego konfliktu.

Słów parę o obsadzie: ogląda się równie przyjemnie jak "Kompanię Braci", bo żadne z twarzy nie są "ograne" i widzi się postacie, a nie znanych aktorów (w "Kompanii Braci" zgrzytem był Ross z "Przyjaciół", na szczęście po pierwszym odcinku pojawiający się tylko na dwie chwile). Co nie oznacza, że części z nich już nie widziałem. Główny bohater, szeregowy Lackie, to Savin z "Iron Man'a 3". Jego kompan, szeregowy Lew 'Chuckler' Juergens, który wygląda jak munchkin z "Dorkness Rising", to major / pułkownik Stryker z "X-Men: Days of Future Past" i "X-Men: Apocalypse" (a także Slit z nowego "Mad Maxa"; nie poznałbym). Jego drugiego kompana, szeregowego Wilbur 'Runner' Conley, który wygląda jak Abelard Giza, akurat nigdzie wcześniej nie widziałem.

Wśród pozostałych żołnierzy znaleźć można: Tima z "Parku Jurajskiego" (szeregowy Eugene Sledge), Jose z "Dwunastu małp", który był też pacjentem w odcinku 06x05 "Doktora House'a" (sierżant John Basilone), pacjenta z odcinka 05x24 "Doktora House'a" (szeregowy Sidney Phillips), Paul Ladesma z odcinka 03x03 "Elementary" (szeregowy Bill 'Hoosier' Smith), strażnika z "Terra Nova" (US Marine - B Corps), myśliwego z "Terra Nova" (szeregowy William LaPointe), tkacza z "Terra Nova" (podporucznik Lebec), technika z "X-Men Origins: Wolverine" (ojciec Keough), generała Philbricka z "Terra Nova", będącego zarazem generałem Munsonem w "X-Men Origins: Wolverine" (generał Alexander Vandegrift), porucznika z "Matrixa" (podpułkownik McMaster) i jako podpułkownika Lewisa 'Chesty' Pullera - prezydenta Ellisa z universum MCU (i, przy okazji, prezesa Simona Stagga z odcinka 01x02 "Flesza"). Tego ostatniego akurat twarz natychmiast skojarzyłem, ale jako że to podpułkownik, to nie odczuwałem zgrzytu. To nie podpułkownicy są bohaterami tej opowieści. Do tego wystąpiło w serialu od groma aktorów z australijskiego serialu "Sąsiedzi".

Z twarzy, których jeszcze nie widziałem, ale niebawem ponownie zobaczę: nadchodzący Punisher (sierżant Manuel Rodriguez), James Wesley z aktualnego serialu "Daredevil" (sierżant Stone) i ktoś w nadchodzącym "Twin Peaks" (kapral John Powell).

W pozostałych rolach: jako Vera Keller, do której Lackie pisze listy - dr Alana Bloom z serialu "Hannibal" (choć gdy się uśmiecha, przypomina mi jakąś inną aktorkę, jednak nie mogę do końca rozpoznać, którą). Jako doktor Sledge, ojciec Tima - aktor znany jako Burzaan z odcinka 01x18 "Star Trek: Enterprise", Pri'Nam D'Jamat z odcinka 03x12 "Star Trek: Enterprise", Jeff Carlson z odcinka 04x07 "Star Trek: Deep Space Nine" (tego akurat nie widziałem; przeczytawszy opis, natychmiast dodałem go do listy filmów do obejrzenia), Tom Brooks z odcinka 06x21 serialu policyjnego z Donem Johnsonem pt. "Nash Bridges", szeryf Ciolino z odcinka 08x04 "Z archiwum X". Nie ma więc raczej możliwości, bym gdzieś go wcześniej nie widział - a jednak go nie rozpoznałem.

W odcinku trzecim na przepustce w Melbourne nasza piechota morska spotyka Strażnika z jednej z przygód Pierwszego Doktora i Annę Marię Flynn z serialu "Constantine". W armijnym szpitalu psychiatrycznym Lackie spotyka dyrektora CIA McCone'a z "X-Men: First Class", który - jest i polski akcent! - był generalnym gubernatorem w "Karolu. Człowieku, który został papieżem". 

Mimo tego mam wrażenie, jakbym oglądał serial pełen nowych, nieznanych mi twarzy (poza twarzą podpułkownika Lewisa 'Chesty' Pullera). Może to dlatego, że pod hełmami i grubą warstwą brudu mało kogo - poza Hugo Protagonistą, Abelardem Gizą i munchkinem - jestem w stanie rozpoznać. W "Kompanii Braci" bardziej było widać różnice między żołnierzami, tu mam wrażenie, że nawet kolor włosów (gdy już zdejmują hełmy) niemal wszyscy mają podobny, w odcieniach między szatynem a rudym.

21:28, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 grudnia 2016

Już dawno chciałem obejrzeć ten serial, reklamowany mi jako "takie Band of Brothers, tylko na Pacyfiku". Akurat odświeżyłem sobie jeden odcinek "Kompanii Braci", więc chęci te wypłynęły na wierzch. Co więcej, chciałem zobaczyć te pola bitew, bo zdaniem mego ulubionego geostratega, najbliższa wojna też się tam mniej więcej będzie działa i chciałbym mieć pogląd na geografię frontu walki (na przykład zdziwiło mnie, jak daleko na południe od Japonii zaczęła się amerykańska kampania wojenna - toż to u samego brzegu Australii - i to nie tego Japonii najbliższego!).

Pierwszą zauważoną przeze mnie różnicą jest wyraźny jeden bohater pierwszoplanowy - ów pisarz plus kilka bohaterów półtoraplanowych, którzy mają swoje scenki wprowadzające. W "Kompanii braci", mam wrażenie, dużo bardziej bohaterami była zbiorowość.

Drugą jest to, że przeklinają o niebo częściej. 

Fantastyczna jest scena pierwszego lądowania na brzegu. Jest stres, gdy ładują się na barki, jest stres, gdy barki podpływają, widz europejski oczekuje jatki w stylu "Omaha Beach, D-Day", a tu gdy niemal w panice wszyscy wybiegają na plażę zamiast akcji jest całkowite jej zaprzeczenie - marines z sąsiednich barek wylegujący się na plaży, bo nie napotkali żadnego wroga. To pięknie złamany schemat lądowania Amerykanów w Europie znany nam, Europejczykom, z niezliczonych obejrzanych amerykańskich filmach drugowojennych.

Scena rzezi jednak też jest, tyle że nocna i to przeciwnik ginie setkami. Niemniej jednak widok plaży pełnej zwłok robi też wrażenie.

Nasz bohater pierwszoplanowy odnajduje w sobie empatię dla przeciwnika. Jeżeli jest ta postać oparta na postaci autentycznej, podziwiam jego tok myślenia i niezgodę na odczłowieczanie przeciwnika okazywaną nawet w czasie wojny, ale obawiam się, że jest to fikcyjny bohater mający wprowadzić nieco bardziej pokojowe nastawienie, by oddział rasistów (a takimi byli w tamtych czasach typowi rzuceni na front zachodni amerykańscy żołnierze, m.in. dzięki rządowej propagandzie) nie wydawał się zbyt niepoprawny w naszych nie-wojennych czasach.

17:12, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 grudnia 2016

Jest i klasyczny lecący przez przestrzeń tekst, zaczynający się od słów 'Episode IV 1/2'.

Podczas gdy wszyscy oglądają prequel do Epizodu IV "Gwiezdnych Wojen", ja postanowiłem obejrzeć prequel do Epizodu V "Gwiezdnych Wojen". Oczywiście w okresie świątecznym, jak przystało na "Holiday Special".

Podczas napisów początkowych Luke Skywalker wygląda jak Ellen DeGeneres. Później na szczęście jest nieco lepiej.

Do momentu ujrzenia tego kadru nie zdawałem sobie sprawy, jak aryjski jest Luke.

Dom Wookiech wygląda tak antropocentrycznie, że mogli by w nim mieszkać Hendersonowie i jest tak samo "A.D. 1978" jak dom Flintstone'ów był "A.D. 1960". Mają nawet kasety magnetofonowe! Tyle, że nich zapisują filmy hologramowe, a nie zwykłą muzykę jak my.

Mógłbym spytać, czemu Wookie, ojciec Chewbacci, fantazjuje o kobiecie ludzkiej, ale jestem tolerancyjny i nic nie mam przeciwko interspecies erotica, o ile żadna ze stron nie ma nic przeciwko.

Luke Skywalker i C3PO. Luke siedzi z przodu, dodam gwoli ścisłości.

Jest też i film animowany - źle animowany; bardzo źle animowany - o przygodach bohaterów "Nowej Nadziei".

Han Solo (po prawej) przez cały filmik (poza jedną sekundą, tuż przed wybuchnięciem śmiechem) ma tak narysowane oczy. Albo są przymrużone, albo lunatykuje...

Jedyną jego zaletą jest to, że pojawia się w nim Boba Fett, który nawet coś - i to dużo, dużo więcej niż we wszystkich filmach razem wziętych - mówi. Za to jego ucieczka jest absolutnie bez sensu: ma ich wszystkich pod lufą, protagoniści są nieuzbrojeni, Han i Luke właśnie co dochodzą do siebie po narkotycznej śpiączce - a on ucieka.

Jest obowiązkowa scena w kantynie. Nawet niezła (jak na warunki tego speciala), choć moment, w którym pani karczmarka (kantyniarka?) zaczyna śpiewać, może wzbudzić zdumienie. Przynajmniej piosenka, którą śpiewać zaczyna gościom, których zamierza wyprosić z kantyny w związku z wprowadzeniem stanu wojennego i godziny policyjnej, jest całkiem ładna, a refrenową frazą "So say good night, my friend / good night but not good bye!" zamierzam kiedyś zanucić kończąc libację z Nieogolonym (a może i większy kawałek, od rozpoczynających piosenkę słów "Just one more round, friend / then homeward bound, friend...").

Za to pomysł, jak do fabuły wprowadzić kantynę na Tatooine, jest absolutnie fatalny. Imperium bowiem przez środki masowego przekazu, wyglądające zupełnie jak telewizory A.D. 1978, nakazuje swym poddanym obejrzeć materiał o Tatooine, by zobaczyć, że inni mają jeszcze gorzej. Po czym w tym materiale wszyscy działający umiarkowanie legalnie i umiarkowanie lojalnie względem Imperium zostają przedstawieni jako pozytywne postacie. Co więcej, wyraźnie negatywnym bohaterem opowiastki jest Imperialne zarządzenie o godzinie policyjnej. Powiedziałbym, że to był chyba najbardziej antyrządowy przekaz w opanowanym przez totalitarny rząd medium, ale nie słyszałem na żywo w radiu felietonów Jacka Fedorowicza z czasów, gdy był jeszcze ładny, a taką słyszałem o nich opinią.

W finale za to śpiewa same księżniczka Leia. Pieśń jest tak patetyczna, że brakuje tylko amerykańskiej flagi w tle (Wookie podczas swojego święta ubierają stroje odświętne, robe, które wyglądają dokładnie jak robe noszone przez młodych Amerykanów w dniu ukończenia college'u. Brak im tylko charakterystycznych furażerek do pełni obrazu).

Carrie Fisher kiedyś przyznała się, że podczas kręcenia "Gwiezdnych Wojen" wpadła w nałogi alkoholowy i narkotykowy. Teraz już chyba wiem, podczas kręcenia której sceny...

Czepiałbym się, że na Święcie Życia Wookiech główną pieśń miast Wookie śpiewa człowiek (i to w ludzkim języku), ale w momencie gdy na planetę objętą blokadą imperialną bez problemu dostają się (w jedno miejsce!) trzy statki kosmiczne wiozące trzy pary bohaterów, by mogli wziąć udział w tej ceremonii, narażając wszystkich na szykany ze strony władz, byłoby to już czepialstwo.

Podobnie wiele innych wątków jest poprowadzonych absolutnie bez sensu i tak zakończonych. Część z nich da się wyjaśnić faktem, że to Holiday Special, więc trzeba wprowadzić dziwne postanie, puścić kilka piosenek, etc. - ale części nawet to nie tłumaczy. Taki na przykład szturmowiec, który po rewizji w mieszkaniu rodziny Chewbacci został tam, by ich pilnować. Han Solo z Chewie'm zabijają go, zrzucając z tarasu (rodziny Wookiech żyją w domkach na drzewie; wysoko, wysoko na drzewie, a domki są połączone tarasami i mostami). Jest trup, jest złamana barierka ochronna - ale wystarczy, by (gdy na telewizorze pojawi się nakaz zgłoszenia się tego szturmowca) jeden z bohaterów drugoplanowych zadzwonił do dowódcy i powiedział, że ów szturmowiec go obrabował, po czym na odchodne powiedział, że teraz udaje się ukrywać do lasu - i sprawa jest rozwiązana. Żadnych podejrzeń, nikt nie przyjdzie nawet obejrzeć miejsce zdarzenia (co spowodowałoby odkrycie złamanej barierki). Obywatel zgłosił szkodę, na pewno tak musi być. Kurcze, aż bym chciał żyć pod butem Imperium!

Kilka scenek jest nawet ciekawych - jak na przykład robot na słabnących bateriach instruujący jak złożyć nadajnik - ale mają zbyt slapstickowo komediowy charakter, by się wpasować w universum SW. Nawet kantyna jest tu pozbawiona dymu i półmroku, taki to pozytywny obraz świata. Zbyt, jak na to, do czego przyzwyczaił nas Lucas w pierwszej trylogii.

Na poziomie godnym pierwszej trylogii Gwiezdnych Wojen grają tylko Darth Vader, R2D2 i C3PO. Najprawdopodobniej ze względu na ich zaangażowanie w grę aktorską...

Gość, który przesiadywał z rodziną Chewbacci, przesiadywał też z Muppetemi na Manhattanie. Pani, o której fantazjował ojciec Chewie'go, to Dominique Deveraux z "Dynastii". Mężczyzna w stroju żony Chewbacci grał Gargantuę w "Wonder Woman". Mężczyzna w stroju jego ojca załapał się do obsady animowanego "Władcy pierścieni" z 1978 roku, a kobieta w stroju jego syna grała kosmitę w jednym odcinku "Świata według Bundych". Jednego ze szturmowców gra Bilar z oryginalnego serialu "Star Trek", inny mignął w odcinku "The X-Files".

Trzy z czterech osób w jednym z występujących zespołów pisało muzykę do "Grand Theft Auto IV". Jeden z nich mignął mi na ekranie w "Las Vegas Parano" w roli "Acid cook guy at Matrix" (mogłem więc nie poznać). W kilku rolach (czterorękiej kucharki, klienta zakochanego w kantyniarce oraz robota tracącego zasilanie) Harvey Korman znany mi z kilku ról (Hedley'a Lamarra w "Płonących siodłach" i doktora Sewarda w "Draculi: Wampiry bez zębów").

Do tego garść aktorów z "Nowej Nadziei" oraz - dla równowagi - garść takich, dla których to był jedyny występ zarejestrowany na taśmie filmowej.

* * *

Wersja, którą obejrzałem, okazała się być dwugodzinnym nagraniem wprost z telewizora. Co po pierwsze oznacza, że mogłem zobaczyć ówczesne reklamy, co było nagrodą samą w sobie - tak były uroczo paździerzowate. Część była "reklamami społecznymi", może ze względu na okazję. Taka była na przykład reklamówka Związku Zawodowego Krawców Damskich, którego przedstawiciel tłumaczy, że kupowanie rzeczy z importu niszczy ich przemysł i pozbawia ich miejsc pracy.

Dzięki tym reklamom można dostrzec początki kariery znanego filmowca...

Część z nich była reklamami innych programów stacji CBS (w tym serialu "Dallas" i serialu o opowieściach biblijnych). I już te zajawki uświadomiły mi dobitnie, że taki był wtedy poziom programów telewizyjnych. Nie oglądamy ich teraz - co najwyżej najlepsze, wybrane - więc łatwo o tym zapomnieć.

Część była reklamami produktów i z nich się dowiedziałem, że 38 lat temu w Ameryce można było wprost w reklamie podać nazwę produktów konkurencji, od których reklamowany produkt jest ponoć lepszy. Teraz nie obyłoby się bez pozwów...

Jedna reklama zaś była kuriozalna ponad miarę. Zaczyna się od trzech ujęć baseballisty uderzającego piłkę. Pojawia się ów i mówi, że to był on i nigdy nie zapomni dnia, w którym zdobył trzy home run'y w jednym meczu. Po czym dodaje: "And it helped me get my own candy - Reggie" (po czym wnioskuję, że to jego imię), pokazuje go, łamiąc go w rękach i podając składniki puentuje: "Reggie - the candy they named after me!". W epilogu nadgryza batona i mówi - "Hmmm, Reggie tastes pretty good". I tak się zastanawiam, że właściwie jedynym, co ma klienta skłonić do zakupu to stwierdzenie znanego bejzbolisty, że "it tastes pretty good". Ale może wtedy to działało...

* * *

Poza reklamami były też skrócone wiadomości. Pierwsza informacja była o tym, że przywódca ZSRR Leonid Breżniew właśnie potwierdził, że ZSRR testowało raz bombą neutronową, ale nigdy nie wdrożyło jej do produkcji. Pomyślałem sobie wtedy, że nawet przywódcy świata wpasowali się w tematykę "Star Wars".

Druga była o procesie byłego pracownika CIA, który sprzedawał tajne informacje Rosjanom. I wtedy zrozumiałem, jak bardzo ten przesadnie cukierkowy ton tego specjalnego odcinka był Amerykanom potrzebny. Możemy teraz narzekać na zbyt wyidealizowaną wersją tego universum, zbyt lekką i zabawną - ale gdy w wiadomościach słyszysz, że Imperium Zła zaprojektowało bombą neutronową, to nie chcesz głębi psychologicznej, tylko głupawo-słodkawej historii z happy-end'em, która by cię podniosła na duchu. I chyba to właśnie otrzymali.

* * *

Obejrzałem, przespałem się z uwagami po obejrzeniu i powiem, że nie rozumiem hejtu, jaki ten Special zbiera. Oczywiście, jak na poziom Gwiezdnych Wojen jest fatalny do bólu, ale to dlatego, że poziom Gwiezdnych Wojen był znacząco ponad poziomem przeciętnej telewizyjnej produkcji owych czasów. Gdyby taki Holiday Special miał np. "Mork i Mindy", czy "ALF" (że ograniczę się tylko do seriali z kosmitami), to wszyscy wzruszyliby ramionami: odcinek świąteczny rządzi się własnymi prawami i tak właśnie powinien wyglądać zważywszy na owe prawa i telewizyjny budżet. A tak, porównując tę produkcję do oryginalnej trylogii (której poziomu, pamiętajmy, nie dorównała nawet trylogia prequeli), otrzymaliśmy coś, co ma miano najgorszej produkcji ever, mimo że taką nie jest.

Choć hejt wydaje mi się przesadny, to po obejrzeniu jeszcze bardziej doceniłem Christmas Special'e Doktora Who.

20:06, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 grudnia 2016

No i faktycznie, całość sezonu skończyła się efektowną śmiercią w przestrzeni kosmicznej. Ponieważ Skye w swej wizji widziała, że ktoś tam zginie, wiadomo było, że tak się stanie. To, kto to będzie, wyjaśniło się dopiero pod koniec ostatniego odcinka, a wcześniej nie było takie pewne, co dobrze świadczy o serialu.

(Choć tak serio, czy nie było to dość oczywiste? Nie mógł zginąć agent Phil, nie mogła zginąć Skye, bo są postaciami zbyt pierwszoplanowymi. Nie mógł zginąć nikt z duetu Fitz&Simmons, bo to byłaby już fabularnie przesada - i utrata znacznej części tego, co czyni serial niezłym. Pozostawała więc agentka May - też zbyt ważna, choć akurat jeszcze mogłaby zginąć bez szkody dla fabuły; Mack - którego przez długi czas obstawiałem; któryś z nieludzi - W Oka Mgnieniu i Rozpuszczalnik są zbyt nowymi dodatkami do serialu, by z ich śmierci czynić finał; pozostaje jeszcze Piorunek - i faktycznie na niego padło.)

Przy okazji - a właściwie nie przy okazji, bo to było głównym celem wybuchu - zginął też Szubnigorat w ciele agenta Warda. Tym samym ów zakończył swą trzysezonową przygodę z serialem z wielkim wybuchem. I już nie będzie można usłyszeć zdania niczym w szesnastym odcinku:

"Ward? What a pain in the ass. Leaving him for dead on another planet isn't enough to get rid of that guy?"

Jakkolwiek, by się go pozbyć trzeba było wysadzić głowicę nuklearną w przestrzeni kosmicznej. That should do the trick.

Nieludzie, wbrew temu co sądziłem, nie pojawili się na wielki finał, lecz już kilka odcinków wcześniej, pomóc uratować TARCZOwników. Po czym natychmiast okazało się, że Szubnigorat może zarażać sobą innych nieludzi i zostali przez cały kolejny odcinek poddani kwarantannie, która tak się nie spodobała Rozpuszczalnikowi, że się przez kilka ostatnich odcinków na ekranie już nie pokazał. Jeśli się obrazi do końca, to z trzech czarnowłosych atletycznych mężczyzn z kwadratową szczęką i kilkudniowym zarostem, którzy przewinęli się przez ten sezon w przyszłym nie będzie ani jednego.

Za to, by starać się utrzymać widownię prezentując pewne typy urody na ekranie, w jednym odcinków, w którym Skye... Daisy przeszła na ciemną stronę mocy (bo Szubnigorat, który miał zatruć sobą jednego z TARCZOwników - nieludzi, wybrał do tego celu właśnie ją), natychmiast na ekranie pojawiła się agentka w identycznym, nieco wiewiórczym (duże orzechowe oczy i lekko wystające nad wyraz białe siekacze), typie urody. Gdyby zastąpiła aktorkę grającą Skye między sezonami, przypuszczam, że część widowni by się nie zorientowała w podmianie. (By zaś nie przesadzać, gdy tylko agentka Skye wróciła na dobrą stronę mocy, owa podobna wizualnie agentka na stałe zniknęła z ekranu).

Skądinąd, strasznie słaby ten Szunbigorat i nijak niegodny tego, by o nim pisać per "Śmierć". Fakt, potrafi zarażać nieludzi sobą, a poza tym? Och, regeneruje go uśmiercanie w brutalny sposób ludzi, ale czyni to detalicznie. Od odpowiednika Apocalypse z "X-Menów" oczekiwałem więcej. Gdyby na przykład wysysał energię z otoczenia, to by tłumaczyło i to, czemu zesłano go na tak jałową planetę (by nie mógł zregenerować sił) i grozę, którą wywoływał. Tu, zamiast "Śmierć", dałbym mu ksywę "Kierownik" - główną jego bronią jest to, że potrafi rozkazywać innymi nieludziom i to oni za niego odwalają całą robotę.

sobota, 10 grudnia 2016

Rzadko oglądam tzw. "dobre filmy" z uznanymi aktorami. Jednak po "Doktorze Strange'u"[citation needed] (i oczekując wciąż na nowy sezon "Sherlocka") zatęskniłem za widokiem Benedicta Cumberbatcha na ekranie. Popularna platforma z materiałami audiowizualnymi po obejrzeniu przeze mnie kilka scen z dotychczasowych odcinków "Sherlocka" zasugerowała mi sceny z "The Imitation Game". Po obejrzeniu dwóch stwierdziłem, że prościej będzie obejrzeć cały film niż dalej tak skakać ze sceny na scenę.

Benedict Cumberbatch gra, jak to zwykle w jego emploi (no, poza "Four Lions"), nie liczącego się ze społecznymi regułami aroganckiego geniusza, tym razem Alana Turinga. Poza nim w obsadzie - Tywin Lannister (równie pryncypialny, jak w "Grze o Tron", Sinestro z "Green Lantern" (którego bardziej kojarzę jako Lorda Blackwooda w "Sherlocku Holmesie") (tu równie tajemniczy, ale jednak po dobrej stronie), Ozymandias z "Watchmen'ów" (który jednak traci przywództwo wśród innych nieprzeciętnych jednostek, a nie je zyskuje, jak tam) i Keira Knightley.

Do tego Marek Agryppa z "Rzymu" (który momentami strasznie przypomina z twarzy Sama Gamgee), prawa ręka M z "Quantum of Solace", wielebny Golightly z odcinka 04x07 przygód Doktora Who, reporter z odcinków 01x04-05 przygód Doktora, pompejańska kapłanka z odcinka 04x02 ww. indywiduum, szef stewardów z odcinka świątecznego 2007 przygód owego, król Ryszard z najgorszego serialu o Robin Hoodzie wszechczasów, Tom z najlepszego serialu o Robin Hoodzie wszechczasów (który także, uwaga, w "2001: Odysei Kosmicznej" grał jedną z małp), Koniuszy z odcinka 02x01 "Sherlocka" i trzy osoby z obsady pierwszego odcinka pierwszego sezonu "Black Mirror", jedna z drugiego odcinka drugiego sezonu i jedna z trzeciego odcinka trzeciego sezonu[citation needed].

Do tego kilku młodzików poniżej trzydziestki, których nie miałem jeszcze okazji nigdzie zobaczyć (i jeden aktor po 50-tce, o którym mogę powiedzieć to samo). W rolach tych wszystkich, które migają na ekranie na tyle krótko, że nie załapali się na napisy końcowe - mnóstwo ludzi, którzy nie zostali wymienieni w stosie innych filmów, gdzie migali na ekranie.

Jak widać więc, obsada jest znakomita; to samo można powiedzieć o poziomie gry - jest zaiste brytyjska. Nikt nie krzyczy, nikt nie suszy śnieżnobiałych zębów deklamując wzniosłe mowy na tle amerykańskiej flagi, a aktorzy pokazują, że ich zadaniem jest poruszać odpowiednimi mięśniami mimicznymi, a nie poddawać się zabiegom, po których mają wyglądać na młodych i atrakcyjnych.

Ładne, równie brytyjskie, są kadry i ujęcia. Dla odmiany niemal nie ma wybuchów, a te, które są, zamiast za pomocą CGI, zostały odtworzone z archiwalnych materiałów. W kinie amerykańskim by to nie przeszło.

Przyczepić się można by się jedynie fabuły. Mocno lekceważony jest polski wkład w złamanie szyfru Enigmy - choć dwa razy w tym kontekście pojawia się słowo "Polish". Jednak ten film tak naprawdę nie jest o łamaniu szyfru Enigmy - jest o Alanie Turingu, geniuszu niedostosowanym do norm ówczesnego społeczeństwa. By pokazać ten geniusz widzowi, to on musi w filmie do wszystkiego dojść sam. A pokazać ten geniusz trzeba, by zrozumieć tragiczną wymowę finałowych scen, gdy jako karę za swój homoseksualizm poddany zostaje kuracji hormonalnej, przez co traci swe umysłowe umiejętności.

(Skądinąd, co za geniusz wpadł w owym czasie na pomysł, by homoseksualizm leczyć kobiecymi hormonami? Doprawdy, ktoś usiadł przy biurku i pomyślał: "Hmmm, ten mężczyzna nie spełnia naszych wymogów odnośnie wzorca bycia mężczyzną. Naszprycujmy go kobiecymi hormonami, to na pewno pomoże."? Czym trzeba być naszprycowanym, by dojść do takiego wniosku?

Żeby nie było - rozumiem tę formę kastracji hormonalnej pedofilów. Wynika ona jednak z dzisiejszego zrozumienia rzeczy, na bazie których dochodzi się do wniosku, że nie da się wyleczyć tych preferencji, więc trzeba uniemożliwić ich posiadaczowi z nich korzystanie, uniemożliwiając mu erekcję. Ale "leczenie" homoseksualizmu w ten sposób? To już wstrzykiwanie męskich hormonów powinno być raczej brane pod uwagę - skoro uznajemy, że ktoś jest "nie dość męski" (częsta uwaga względem homoseksualistów), to właśnie męskimi hormonami powinno się to leczyć...)

Gdyby ktoś tej wymowy filmu nie zrozumiał, jest w końcówce specjalny napis na ekranie, mówiący, że za przestępstwo homoseksualizmu skazano swego czasy 49 tysięcy mężczyzn. Pewnie za każdą z tych historii kryje się osobista tragedia. Ale tylko w niewielu przypadkach - kto wie, może tylko w tym jednym - narrator z "Galapagos" Kurta Vonneguta (ISBN: 83-07-02276-2) nie mógłby powtórzyć: "Cóż, i tak nie napisałby Piątej Symfonii Beethovena"...

14:54, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 grudnia 2016

Kolejny ciąg odcinków (najwyraźniej te sezon tak ma, wybrano kilka krótszych wątków fabularnych zamiast jednego całosezonowego), zaczyna scena otwierająca odcinek 11. Ta sama scena kończy odcinek 15, a przedstawia wizję przyszłości ("Three months from now"), w której na stacji kosmicznej na orbicie Ziemi wpierw widać unoszącą się w nieważkości krew, a po chwili cała stacja wybucha. O ile w odcinku jedenastym jest to tylko sama ta scena, bez słowa wyjaśnienia, a o tyle w odcinku piętnastym widzi ją Skye... Daisy, gdy dotknął jej nieludź, którego dotyk sprawia, że ludzie widzą przyszłość, ze szczególnym uwzględnieniem chwili własnej śmierci. Ponieważ w odcinku piętnastym, w którym Daisy wpierw doznaje innej wizji, a potem owa się spełnia, scena ta widoczne jest jedynie jako prorocza wizja, prorokuję, że zobaczymy ją w finale sezonu.

W tle zaś rozwijane są wątki personale. Z TARCZOwiników odchodzą Bobby i Hunter, para zakochanych w sobie agentów. O ile Bobby była w serialu po to, by być obiektem zachwytu nastoletnich nerdów, o tyle Hunter pełnił rolę wybitnie, czasem wręcz na siłę, komediową. Przy okazji też, prawdopodobnie nieświadomie dla scenarzystów był pewnym miernikiem nierealizmu serialu - nie ma wątpliwości, że Hunter był wybitnym agentem (choć czasem nieco mało lotnym), ale tylko jemu zdarzało się coś nie wychodzić: plan czasem zawiódł, czasem nie trafił strzelając do przeciwnika etc. Były to rzadkie sytuacje, ale wyglądał przez nie jak ofiara, bo innym udawało się zawsze i wszystko. Jedna agentka z dwoma kijkami kontra piętnastu uzbrojonych w karabiny maszynowe najemników? Tu nawet nie było emocji, wiadomo było, że po walce trzeba będzie dostarczyć piętnaście trumien. A Hunterowi zdarzało się realistycznie obrywać w takich sytuacjach.

Były mąż May, Jeżozwierzołak, ulega ostatecznej przemianie w Jeżozwierza, co też w pewien sposób wyklucza z dalszej obsady samego byłego męża May, choć już nie grającego go aktora.

W tle Szubnigorat w ciele agenta Warda nabiera siły i krzepy i zbiera sobie armię mutantów. TARCZOwnicy zaś postanawiają się zdecentralizować i zostawiają sprzymierzonych nieludzi w różnych, ich rodzimych, miastach. Tak z ekipy odchodzi Rozpuszczalnik, ale nie mam wątpliwości, że wróci na finał.

W miejsce zabitej ukochanej Coulsona, szefem bliźniaczej agencji zostaje znany z poprzednich sezonów generał Talbott. Jego ignorancja jest źródłem wielu żartów w odcinku, w którym gra pierwsze skrzypce. Ignorancja reszty drużyny, gdy chwilę później znajduje się w Rosji, już nie tak bardzo, choć Skye... Daisy stara się nieudolnie żartować ze swej nieznajomości cyrylicy ("backward letters", czy rosyjskie "D" wyglądające jak "New Hampshire with legs").

Wątki naukowe są po części ciekawe (gdy TARCZOwnicy trafiają na ww. proroka, zaczyna się wykład Fitza na temat determinizmu - nie do końca idealny, ale dla przeciętnego widza na pewno pouczający), a po części absurdalne: gdy ów Fitz dostaje wybuchowym glutem w szyję, błyskawicznie dochodzi do wniosku, że by go zneutralizować, potrzeba go schłodzić ciekłym azotem - Skye więc spryskuje mu szyję ciekłym azotem z rozpylacza. I wsio, żadnych obrażeń, żadnych odmrożeń, a bomba glutowa zamarza i nie wybucha. Uważam, że przy tej scenie powinien być napis "Kids, don't try this at home".

środa, 30 listopada 2016

Po obejrzeniu nowego Kapitana Ameryki (oraz "Doktora Strage'a")[citation needed] postanowiłem nadrobić zaległości i obejrzeć trzeci sezon "TARCZOwników", podczas gdy od paru miesięcy trwa już czwarty. Bingewatching przerwałem po dziesiątym odcinku, bo owe dziesięć odcinków wydaje się stanowić pewną zwartą całość, pewien arch całej TARCZOwej fabuły, w dziesiątym odcinku wątku kończąc dużo wątków rozpoczętym w pierwszym. Pozostałą część wątków zaś przesuwa dalej "to the next level", czasami niestety nieco na siłę.

Główny wątek tego dekalogu rozpoczyna ostatnia scena ostatniego odcinka drugiego sezonu, ukazująca Jennę Simmons wessaną wewnątrz czarnego monolitu. Okazuje się, że ów monolit to portal do innego świata, gdzie trwa wieczna noc (nie do końca; Simmons raz wylicza, że nadejdzie niedługo kilkuminutowy dzień, a następny taki świt będzie za około 18 lat) i panuje przedwieczny mutant (serial nie na praw do używania tego słowa, tytułuje więc mutantów nieludźmi ("Inhumans")), odegnany tam z Ziemi. Na tyle potężny i złowrogi, że jego imię zapisane w starojudaiskim pergaminie brzmi "Śmierć". Na planecie tej (o której jest cały piąty odcinek, opowiadający historię Simmons tam; nad wyraz fajny, trzeba przyznać, a jego wyjątkowość podkreśla nawet inna czołówka) Simmons spotyka astronautę wysłanego tam 14 lat wcześniej i dzięki niemu i jego aparaturze udaje jej się tam długo przeżyć.

Po miesiącach prób Fitzowi (który nagle traci swe ograniczenia z drugiego sezonu; najwyraźniej w tym universum miłość jest tak wielką siłą, że potrafi przezwyciężyć obrażenia mózgu wywołane niedotlenieniem) udaje się otworzyć portal, a następnie w ciągu kilku minut odnaleźć Simmons i ściągnąć ją na Ziemię. Jak zwykle w takich przypadkach, udaje im się wrócić w ostatniej sekundzie przed zamknięciem portalu. Nie tylko im zresztą.

Nagle się bowiem okazuje, że nazistowska Hydra ma tysiącletnie korzenie i bada ten monolit od setek lat. W tym celu jedna z pozostałych przy życiu głów Hajdry porywa Fitza i Simmons, by z ich pomocą pomóc powrócić Śmierci na Ziemię. Na tę misję wysyła oczywiście agenta Warda, bo jak ktoś w tym serialu był jedną z głównych postaci w pierwszym sezonie, to musi grać i w trzecim. Ów wraz ze swą ekipą i Fitzem wkraczają na odległą planetę, a za nimi w iście hollywoodzkim stylu (wyskakując z lecącego samolotu tak, by trafić przez dziurę w dachu wieży do portalu wielkości dmuchanego baseniku na podłodze szkockiego zamku) do portalu wskakuje agent Phil Coulson, który chce zemsty za to, że parę odcinków wcześniej Ward zabił mu ukochaną.

Tak oczywiście wszystko toczy się ustalonym torem, mutant zostaje zatrzymany, a Fitz z Philem w ostatniej sekundzie przeskakują przez portal. Jednak po drodze Coulson zabija Warda, swoją mechaniczną ręką miażdżąc mu klatkę piersiową. Ponieważ jednak aktor grający w pierwszym sezonie jedną z głównych ról najwyraźniej ma długi kontrakt, to mutant okazuje się być ślimakiem opanowującym ludzkie ciała, także (a może wyłącznie) martwe, to wślizguje się do ciała Warda. Po czym, i to jest niesamowite, wraca na Ziemię.

Cała idea owej planety była taka, by nie pozwolić stamtąd uciec mutantowi. Cała idea ucieczki przez portal była taka, że udała się w ostatniej sekundzie. Co prawda portal otwiera się samoczynnie, ale nikt poza Fitzem i Simmons nie jest w stanie wyliczyć, gdzie - i co więcej, portal przenosi wtedy na Ziemię przed monolit, który leży zamknięty w plastikowym pudle wewnątrz bazy TARCZY - a jednak gdy tylko ślimak ("Hej, hej Szubnigorat, / hej, hej, la, la, la, pełzająca śmierć") wchodzi do ciała Warda, natychmiast ląduje na Ziemi. Przypadek? Nie sądzę. Niewypełniony kontrakt wysoce płatnego aktora? Już bardziej.

A przecież ta scena, gdy Coulson ostatecznie przekracza granicę i zabija Warda byłaby znacznie mocniejsza, gdyby faktycznie go zabił. A tak jest kolejną umoralniającą scenką o konsekwencjach swych czynów ("Nie zabijaj nieprzyjaciół, bo może w ich martwe ciało wejść mutagenny ślimak"). A tak odnosi się wrażenie, że w tym serialu głównym postaciom umrzeć równo trudno co w "Szczale" czy "Modzie na sukces".

Drugi wątek to zalew Nieludzi. Część dobrą (jeden gość, Rozpuszczalnik, pojawia się jako cel akcji TARCZY w pierwszym odcinku i awansuje na pełnoprawnego agenta w dziesiątym), część złą (jak Jeżozwierzołak, mordujący innych nieludzi i wyrywający manę z ich piersiowej czakry; jako zmiennokształtny potrafi ukrywać się wśród ludzi, nic więc dziwnego nie jest, że ostatecznie okazuje się nim być jeden z pomocników ekipy TARCZY, były mąż agentki May), część zaś uśpioną i zapakowaną do kapsuł przetrwalnikowych do czasu, aż uda się znaleźć lek mający przywrócić im człowieczeństwo. Tych uśpionych bohaterów drugoplanowych wycina się w dziesiątym odcinku z dalszego toku fabuły, ze szczególnie dużą pomocą Jeżozwierzołaka.

Oczywiście wątki te się łączą, a uśpionych nieludzi każe przywieźć głowa Hajdry do szkockiego zamku, by uczynić z nich armię dla powracającego Śmierci. Dzięki temu wszystkie te wątki da się rozwiązać za pomocą jednej sceny akcji. To się nazywa telewizyjna oszczędność!

Był wątek współpracy TARCZY z inną agencją, ale zdaje się, że się zakończył w chwili, gdy Ward zabił szefową owej agencji, która przez tych parę odcinków prywatnie była ukochaną Coulsona. 

Był wątek wracającej do zdrowia agentki Bobby, która dostała po kulach w ostatnim odcinku drugiego sezonu. Wątek oczywiście kończy się pełnoprawnym jej udziałem w finałowej bijatyce.

Był wątek, gdy agent Coulson jadąc na swą prywatną vendettę robi p.o. dyretora łysego Murzyna. Najwyraźniej takki jej kanon MCU: na czele TARCZY musi stać łysy AfroTARCZOwnik, nawet gdy nie ma twarzy Samuela L. Jacksona.

W rolach dwóch nowych postaci męskich (z których tylko jeden przeżywa te pół sezonu) - dwóch aktorów w typie urody agenta Warda: biały, kruczoczarnowłosy, z kwadratową szczęką i kilkudniowym zarostem. Najwyraźniej badania publiczności wykazały, że ten typ męskiej urody był gwarantem sukcesu do tej pory, więc teraz, gdy agent Ward przeszedł już do końca na ciemną stronę mocy, potrzeba publice pozytywnego bohatera o takiej urodzie. I tak jak w pierwszym sezonie Skye partnerował w akcji agent Ward, takk teraz partneruje jej agent-nieludź Rozpuszczalnik, który w tle wygląda niemal identycznie.

Mieszane miałem nieco odczucia oglądając serial. Z jednej strony - nie cieszył, jak kiedyś (choć wątek obcej planety jest zaiste fantastyczny i piąty odcinek cieszył nad wyraz), może ze względu na nadmierne eksploatowanie postaci Warda, z drugiej zaś - wpadłem z nim w bingewatching, oglądając po dwa, czasem trzy odcinki jednego dnia. To znaczy, że jednak mnie wciągnął.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 54

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA