RSS
poniedziałek, 06 marca 2017

Tematyka wykładu - tym bowiem okazał się ten link, zapisany w katalogu "do obejrzenia w przyszłości" wiele miesięcy temu - nie była mi przed projekcją obca. Książkę o tym samym tytule, której wykładowca był współautorem (ISBN: 83-909570-0-0) dostałem na Gwiazdkę (jestem dość mocno przekonany, że od babci) pod koniec zeszłego tysiąclecia i choć nigdy jej do końca nie przeczytałem, orientowałem się już w chwili otrzymania dość dobrze w zawartości.

Choć teorie jego brzmią niczym kolejna teoria spiskowa ("Archeolodzy ukrywają prawdziwą historię człowieka!"), wykładowca mówi merytorycznie, a za swoimi tezami podaje rzeczowe argumenty w postaci autentycznych odkryć przedmiotów wytworzonych przez istoty rozumne oraz szczątków biologicznie współczesnego człowieka w nienaruszonych (co akcentuje) warstwach geologicznych datowanych na dziesiątki, a nawet setki milionów lat.

Opowiada o tym, że znaleziska te są dyskredytowane ze względu na nieprzystawalność do obowiązującego paradygmatu. Zauważa, że tam, gdzie za jego hipotezą przemawiają badania XIX-wieczne, odmawia im się ważności argumentem "bo w tamtych czasach archeologia była w powijakach, ludzie nic nie wiedzieli o datowaniu warstw geologicznych", podczas gdy popierające obowiązujący paradygmat odkrycia z tamtych czasów uznawane są za bezdyskusyjnie poprawne z punktu widzenia metodologicznego. Wykluczyć oczywiście nie można - o czym autor nie wspomina - że akurat te badania faktycznie były przeprowadzone rzeczowo i dlatego badania XX-wieczne je potwierdziły w całej okazałości, podczas gdy te przytoczone w jego wykładzie były przeprowadzone błędnie i to był powód, dlaczego dawały takie wyniki. Poziom wiedzy XIX-wiecznej nie był uniwersalnie dobry lub uniwersalnie niski - był mocno zróżnicowany. Dopiero XX-wieczna popularność uniwersytetów oraz znacznie zmniejszenie się populacji bajecznie bogatej szlachty, która zajmowała się hobbystycznie archeologią, to zmieniły i poziom wiedzy ludzi zajmujących się wykopkami się wyrównał.

Dodatkowo mówca podczas wykładu obficie cytuje swych krytyków, zaznaczając powtarzającą się pozytywną uwagę o tym, że książka jego zadaje pytanie o miarodajność metodologii pomiarów i otrzymywanych wyników. Nie mnie wdawać się w szczegóły, ale mam podobny problem z astrofizyką. Przy badaniu kosmosu do szacowania odległości używa się świec standardowych: cefeid i supernowych typu Ia. Są to obiekty od nas znacząco odległe, w związku z czym: a/ trzeba było używać innych, nie tak oczywistych (skoro straciły na popularności), metod do wyznaczenia odległości do nich; b/ obserwujemy ich stan sprzed dziesiątek, a nawet setek milionów lat. Świadom ograniczeń czasowych własnej percepcji, nie jestem tak jak ogół kosmologów pewien niezmienności w czasie stałych i praw fizycznych. Wykluczyć nie mogę, że to, co lokalnie uznajemy za wartość stałą (np. prędkość światła) zmienia się w miarę rozrostu Wszechświata. Te niezauważalne z naszej perspektywy czasowej zmiany, powodować mogą zmianę w czasie jasności "świec standardowych", a przez to zafałszowanie wszystkich opartych na nich wyników badań. Której to hipotezy wykluczyć nie można, zważywszy na problem z wynikami badań kosmologicznych (by wszystko się zgaszało, należało zaledwie ad hoc zapełnić 96% Wszechświata wyłącznie teoretycznymi obiektami o niewyjaśnionej naturze).

Niewykluczone, że podobne błędy tkwią w archeologii. Metody badań mogą być źle skalibrowane - choć tu akurat pomyłka stukrotna (o której akurat wykładowca opowiada; o ile narzędzia datowane na milion lat temu da się wytłumaczyć jeszcze przesuwając ewolucyjnie obowiązującą teorię nieco wstecz, o tyle odkrycia szczątków anatomicznie współczesnych homo sapiens sprzed 20 milionów lat - czyli akurat sto razy dawniej niż współczesna teoria określa początek naszego gatunku - tak wytłumaczyć się już nie da) wydaje mi się mało prawdopodobna. Ale w astronomii też mi się na przełomie lat 80-tych i 90-tych, przed czarną materią i energią, wydawała. 

Dodać do tego trzeba mizerność materiałów kopalnych - zachowują się pojedyncze jedynie szczątki, reszta ulega recyclingowi w wielkim kole życia. Anegdotycznie - choć o czasach wcześniejszych - wspomnieć mogę wyczytaną gdzieś anegdotę, że jeden z popularnych gatunków dinozaurów uznaje się za wymarły podczas Wielkiego Wymierania sprzed 65 milionów lat, bo najświeższe znalezione jego szczątki są datowane na 71 milionów lat. Podobny problem, z tego co czytałem, tyczył początków ludzkości. Jeżeli więc istnieją gdzieś jeszcze dawniejsze szczątki hominidów, jest wcale niewykluczone, że jeszcze na nie nie trafiliśmy - a jeżeli istniały wcześniej hominidy, jest wcale niewykluczone, że nigdy nie trafimy na ich pozostałości, jeśli nie padły na podatny grunt w chwili śmierci właściciela (co oznacza, jeżeli dobrze pamiętam, przede wszystkim bagna).

Ja jednak zaproponować chciałbym inne wyjaśnienie zachowanych szczątków, nie psującej obowiązującej teorii. Otóż szczątki anatomicznie współczesnego człowieka oraz pozostawione przez niego ślady da się wytłumaczyć tym, że człowiek dokonał w końcu podróży w czasie. Niekoniecznie udanej - szczątki oznaczałyby, że do powrotu do przyszłości nie doszło. Proste narzędzia wykonane oznaczać mogły, że brakło podstawowego sprzętu, co oznaczać może, że są to nieudane pierwsze próby temporalnych wojaży ("Cofnę się tylko trzy dni... Zaraz, co tu robi ten dinozaur?"). Jeżeli na wyprawę udała się większa grupa ludzi, niewykluczone, że doszło tam do narodzin chronologicznie pierwszego człowieka na Ziemi. Mogłoby powstać nawet całe pokolenie, gromada, która potem, zgodnie z nieubłaganymi procesami ewolucji (por. Kurt Vonnegut, "Galapagos", ISBN: 83-07-02276-2), zdegenerowałaby się bez współczesnej wiedzy i najprawdopodobniej wymarła. Jako zbyt genetycznie oddalona (przynajmniej według mojej wiedzy) od ówczesnych gatunków nie zostawiłaby w puli genetycznej swych alleli. Gdyby jednak jeden z nich - lub potomek gromady podróżników - trafił akurat kilkaset tysięcy lat temu do wschodniej Afryki i tam postanowił spółkować z hominidem wystarczająco pokrewnym genetycznie, w ten sposób spełniając rolę ewolucyjnego Adama, wątpiący w skutek losowych mutacji ludzie mieliby wreszcie odpowiedź na to, skąd wziął się człowiek: stworzył się sam. To dopiero byłoby ostatecznie zrzucenie boga z piedestału i sukces antropocentryzmu. Podejrzewam, że w takim przypadku Dawkins z radości aż wszedłby z powrotem na drzewo.

13:15, nieuczesany23
Link Komentarze (3) »
piątek, 03 marca 2017

Wróciłem do serialu po długiej przerwie (w czasie której zdążyłem m.in. obejrzeć czwarty sezon "Sherlocka") i wydał mi się nawet ciekawy. Główną rolę gra Anglik, co już jest plusem. Co prawda Johnny Lee Miller czasem szarżuje, ale mimo to da się to oglądać bez narażania się na złą grę aktorską. Partneruje mu Lucy Liu, Azjatka, więc trudno o jej grze aktorskiej coś powiedzieć. A do tego niektóre sprawy są doprawdy ciekawe.

Tak jak ta z odcinka piętnastego, w którym ofiarą mordercy padają członkowie rodzin ofiar wypadku lotniczego, o który toczy się postępowanie przedsądowe: jest właśnie ustalane, czy rodziny wszystkich ofiar dostaną tyle samo, czy też dla każdego odszkodowanie wyliczone będzie indywidualnie na podstawie "szacowanych utraconych dochodów współmałżonka/rodzica/etc.". Przy pierwszej ofierze policja znajduje 3804 dolary i kartkę ze wzorem wyliczającym wysokość odszkodowania. Po drugiej - ponad 80 tysięcy i...

I to jest ciekawy punkt do rozważań filozoficznych - jaki podział jest poprawny? Czy ci, który utracili młodych zdolnych członków rodziny powinni dostawać więcej niż rodziny schorowanych starców? Czy też za każde życie taryfa jest ta sama?

Ten problem filozoficzny tworzy jednak tu pani z wyraźnym zamiarem uzyskania większego odszkodowania. Zmienia się on więc w banalny problem o granicach środków prowadzących do celu.

W roli wyliczankowej morderczyni - pani, której pierwszą rolą była rola Alii w "Diunie" Lyncha, a drugą - Gersten Hayward w "Twin Peaks" Lyncha. Trochę od tamtej pory obniżyła loty.

W roli twórcy formuły wyznaczającej wysokość odszkodowania - Lord Burleigh ze "Star Trek: Voyager" (ciekawe, czy podobnie jak jego imiennik też był Sekretarzem Stanu i doradcą Królowej). 

Odcinek szesnasty zaś opowiada o mrocznej historii Sherlocka z czasów, gdy - cytując Kinky'ego Friedmana (83-7120-293-8) - "zamienił się w amfibię". Policja znajduje trupa z tamtego okresu z nazwiskiem Sherlocka (Holmes, jakby ktoś nie pamiętał) napisanym na kartce w kieszeni. Okazuje się, że z tego okresu Holmes nic nie pamięta - więc udaje się do swego dilera z owych czasów. Ów twierdzi, że owej nocy Sherlock popełnił jakieś morderstwo i ma tego dowód. 

Ostatecznie wszystko udaje się wyjaśnić, a widz ma rozeznanie, jak głęboko - niepomny rad Jonasza Kofty - stoczył się detektyw przed rozpoczęciem kuracji, której końcem zaczynał się pierwszy sezon serialu.

Owego dilera gra konkurent House'a o serce Cuddy. Pół nocy się zastanawiałem, skąd znam tę twarz. A dziwne, powinienem rozpoznać natychmiast po oczach.

W roli jednego z dwu zewnętrznych detektywów badających zamieszanie Sherlocka w sprawę - Jubal Earky z "Firefly". W epizodycznej roli migającej na ekranie w jednej scenie rodziny ofiary - aktorka, która jako hiszpańska pokojówka epizodycznie migała w odcinku "Turn Left" Doktora Who.

07:34, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 marca 2017

Zanim zabrałem się za oglądanie tego filmu, przeczytałem przez roztargnienie sporo uwag o nim. Że fatalnie zmontowany, że fatalna obsada, że luki fabularne i tak dalej. Trudno więc uważać, bym podszedł do filmu unbiased, ale pomimo podobnych przeczytanych przed projekcją uwag, taki "Batman v Superman" mi się spodobał. Może więc ten film jest faktycznie kiepski.

Na pewno tak nieudolnego montażu nie widziałem od czasu filmu "Wiedźmin" (filmu! nie serialu, który w porównaniu z tym filmem zmontowany jest porządnie). Przez głowę przeszła mi myśl, że materiału filmowego było na 5 godzin, a potem montażyści postanowili zostawić dwie godziny i kwadrans nie tracąc żadnego efektownego ujęcia - więc szlag trafił sens, tempo filmu i tym podobne duperele. By to uhonorować, moja recenzja będzie zbiorem źle zmontowanych uwag z projekcji (bo musiałbym jeszcze raz obejrzeć spore kawałki filmu, by je zmontować lepiej). Tak więc...

I znowu - zamiast "mutantów" są jacyś "metahumans". Serio, tylko X-Meni mogą mówić "mutant"? Jeszcze w universum Marvela bym to zrozumiał, ale to jest film ze stajnii DC...

O, Deadshot jest z mojego rocznika. Gra go oczywiście aktor starszy o dekadę. Tyle w temacie współczesnego ageizm'u.

Killer Croc jest dekadę straszy.

Po pojawieniu się w sieci trailerów widziałem dyskusję fanów ekscytujących się, czy stojący w gablocie strój Robina z napisem sprejem "Ha Ha Ha!" oznacza (jak w komiksie), że Robin - asystent Batmana nie żyje. Cóż, podczas prezentacji Harley Queen pojawia się na ekranie duży i świecący napis "accomplice to the murder of ROBIN". Wygląda na to, że ta hipoteza była prawdziwa.

Geneza Harley Queen wydaje się zgodna z komiksowym kanonem.

Wstęp (historie i genezy) - istna rewia piosenek. A potem jest jedno ujęcie, które wygląda jak okładka kolekcji płyt Guns'n'Roses:

A w środku Dżoker i jego Apetyt Na Destrukcję.

Na górze róże, na dole AK-47, co będzie dalej, tego nawet ja nie wiem.

Cara Devange przechadza się po scenie w samej bieliźnie kręcąc biodrami. Nic dziwnego, wszak akurat to jest jej wykonywany zawód.

A chwilę później wyczarowuje tak fraktalnie ślicznego w swych zawijasach bloba, że pasowałby do "Doktora Strange'a"[citation needed].

Pojawia się brat Czarodziejki i wraz z nią zaczynają siać zniszczenie w mieście. Scena urywa się, gdy w środku nocy, parę kwadransów po obudzeniu się pana brata, w mieście tkwi wielka kula magii, a rodzeństwo rozwala auta i helikoptery. Kolejna zaczyna się od lotniska ewakuacyjnego w środku dnia. Więc nagle powstało horrendalne zagrożenie i gdy zaczyna się rozwijać i to wszystko powinno się najciekawiej dziać, uznajemy, że przez 12 godzin nic ciekawego się nie stało, bo nasi główni bohaterowie byli wtedy gdzie indziej?

Sceny z Harley Queen, które zachęcały w trailerze, w filmie są tak wmontowane, że wydają się absolutnie niepasujące, jakby wymuszone.

W scenie, gdy się grupa zbiera, jeden superzłoczyńca wbija się bez żadnej zapowiedzi. Ani słowa o nim przez poprzednie 45 minut nie było. Ciekawe, kto w mieście pogrążonym w chaosie zginie pierwszy...

A potem jeszcze dołącza Katana. Ma przynajmniej scenkę z przeszłości, która wprowadza widza w tajniki jej historii, a dowódca ekipy rzuca dłuższym infodumpem na jej temat.

Tak estetycznie ozdobionych pistoletów i strzelb nie widziałem od "Romea i Julii" z Leonardo diTakąrybą.

Rany, tylko Killler Croc, metahuman pokryty łuskami, nie jest wytatuowany. A niektórzy z bandytów drugiego planu są wytatuowani tak obficie, że nie dostaliby pracy nawet w McDonaldzie. Najwyraźniej scenarzyści wyczytali gdzieś opracowanie z lat 80-tych, łączące tatuaże z przestępczością. Albo może po prostu trzymali się estetyki komiksów z tamtej epoki.

Midway City. Taka pada nazwa miejsca akcji. Tym samym liczba znanych mi miast Ameryki w universum DC wzrosła do pięciu (Metropolis, Gotham City, Central City, Costal City i teraz Midway City). Nie mogę doczekać się zimowych przygód w North City, ani upalnych w South City.

Tak jest! W 53 minucie pierwszy - od wybuchu zainstalowanego w jego szyi przez wojsko ładunku - zginął gość, który się pojawił niecałe dziesięć minut wcześniej, bez żadnej historii, z całym infodumpem w postaci zdania "he climbs things". To dopiero zaskoczenie! Kolejny będzie Kapitan Bumerang, potem Katana i być może Killer Croc, a na końcu El Diablo, po tym jak uwolni swą moc w wielkim starciu z rodzeństwem Czarodziejów, brat Czarodziej i pewnie Czarodziejka. Deadshot i Harley Queen przejdą do kolejnej rundy. 

W pierwszej potyczce Legionu Samobójców przeciwnikami są jakieś pseudo-skalne golemy (które jednak da się zastrzelić). Dzięki temu gang może odstrzeliwać lub odcinać im pół głowy, co wygląda przecież groźnie samo z siebie i ma ukazywać, jak bardzo brutalna jest ekipa, a równocześnie pozwala nie ukazać nawet kropli krwi, co mogłoby zwiększyć sugerowany wiek dla widzów (a jak wiadomo, wyjście z kategorii PG-13 oznacza dla filmu akcji finansową klapę (sprawdzić, czy nie "Deadpool")). Sprawia jednak kiepskie wrażenie, osłabia wymowę tej walki.

Sierżant oddziału eskortującego SS wygląda jak Brody z universum Jay'a i Cichego Boba.

W drugiej walce kosę w serce zarobił Bumerang - ale ocalił go ukradziony plik banknotów za pazuchą.

Harley Queen ucieka do Jokera. Gdy ów zdalnie rozbroił jej ładunek w szyi, idzie w ogniu walki wprost do niego. "Zabij ją!", krzyczy Amanda Walker do uzbrojonego dowódcy oddziału. Ów wciska przycisk na detonatorze, widzi że to nie działa, więc odpowiada jej, że nie może. Uzbrojony dowódca. Podczas gdy Harley Queen przechodzi kilka metrów obok niego. Nie może jej zabić. Oto, co czego doprowadza uzależnienie od app'ek. Starszy dowódca po prostu by jej łeb odstrzelił.

- Nie mogę jej zabić! To gwiazda filmu i musi się pojawić w sequelu!

Niech ktoś powie temu panu, że tym, co trzyma w rękach, też może zabijać na odległość.

Hail Eris! Amanda Walker odlatuje śmigłowcem nr 23.

Obsadzenie Cary Delavange w roli przedwiecznej istoty innego gatunku jedynie opanowującej ciała ludzi pozwoliło nie dość, że zatuszować jej drętwą i fatalną grę aktorską, to jeszcze wykorzystać ją fabularnie. Faktycznie wygląda bowiem nieludzko robiąc te grymasy.

Skądinąd, jest to osiągnięcie: mieć w obsadzie jedną z najbardziej znanych modelek oraz jedną z "najgorętszych" aktorek Hollywood i ani w jednej scenie ani jednej z nich nie pozwolić wyglądać sexy

W walce z bratem Czarodziejem ginie El Diablo, oczywiście po przełamaniu się i pełnym wykorzystaniu swej mocy przeciwko niemu. Oczywiście jego (i nie tylko jego) poświęcenie okazuje się kluczem do sukcesu.

A Bumerang jeszcze żyje, choć w ostatniej chwili uratowała go Katana. W pierwszym starciu z Czarodziejką Bumerang upada po raz trzeci

O rany, ostatecznie umarł tylko poświęcający się El Diablo i nawet mimo śmierci Czarodziejki dała się odzyskać nieuszkodzoną Carę Delavenge jako panią archeolog (choć nie widzę w scenach finałowych Katany). Przez chwilę byłem zdumiony tym nad wyraz optymistycznym wynikiem końcowym oddziału było nie było samobójczego, aż sobie uświadomiłem, że to przecież wprowadzenie do rozszerzonego universum i nie można zbyt łatwo pozbywać się postaci drugoplanowych. Część z nich bowiem pokonać jeszcze musi Batman, część - Flash i miło by było, gdyby coś zostało dla Aquaman'a (czyżby Killer Croc, z którym walczyć będzie pod wodą?) czy choćby Jokera.

I ok, w typowym filmie superbohaterskim (a tym bardziej serialu) to norma, ale tu, jako że miała to być drużyna "antybohaterów", może nieco nawiązując do mającego premierę w podobnym czasie "Deadpool'a" liczyłem na bardziej śmiercionośny wynik. Przynajmniej dla tytułowego oddziału - reszta świata oraz ludzkich żołnierzy dostała bowiem po kulach, dokonując aktów bohaterstwa lub poświęcenia (jak żołnierz, który odpalił ładunek z jednosekundowym licznikiem w kanale pod bratem Czarodziejem) gdzieś na obrzeżach kadrów lub na drugim planie. To w końcu zwykli ludzie, they're expendable.

Podsumowując: montaż z powodu konieczności fabularnych trochę nieskładny (jak na przykład wrzucanie retrospekcji anty-bohaterów w różnych momentach; skoro już dzielimy i nie wrzucamy wszystkich na początku, to można było na początku dać jeszcze mniej, bo jest wrażenie przesytu; a skoro już i tak jest, to równie dobrze można by tam dać wszystkie), bezsensowna postać Wspinacza (to, że szybko umrze jest pewne od pierwszych sekund jego pojawienia się na ekranie; brak historii sprawia, że widzowi trudno wyrobić sobie względem niego jakieś emocje, przez co jego śmierć jest zupełnie pusta i pozbawiona znaczenia) i do tego główna fabuła banalna równie bardzo jak w "Deadpool'u": grupa idzie przez pół miasta zabijając wszystkich podczas trzech potyczek, ratuje Amandę Walker, traci ją na rzecz przeciwnika, idzie ubić rodzeństwo Czarodziejów (zaczynając od brata, bo siostra miała opowiedzianą historię), jest obowiązkowa scena rozmowy (tu w barze), gdzie ktoś opowie rzewną historię i wiadomo, że zginie, po czym wielka finałowa walka (tu akurat były dwie), w której ktoś po wewnętrznym przełamaniu wyzwala całe moce i pokonuje przeciwnika, ale kosztem własnego życia, po czym jest epilog, gdzie wszystko znów jest tak, jak w universum być powinno. To już tak nisko oceniany "Batman v Superman" miał więcej wątków fabularnych.

I jeszcze jedno: to miała być drużyna antybohaterów. Złoczyńców, morderców, najgorszego plugastwa. i jak na takich zachowują się zbyt grzecznie: współpracują, nic nie psują - raz tylko Harley Queen rozbija szybę wystawy sklepowej - a większość ich bycia złymi ogranicza się do powtarzania "We're the bad guys!". Jedyną - i to fantastyczną - prawdziwie badass antybohaterką okazuje się być szefowa agencji wojskowej, która ich zatrudniła, Amanda Walker. Gdy istnieje niebezpieczeństwo, że mogą wraz z nią wpaść w ręce wroga i wyjawić ważne informacje jej asystenci - bez chwili wahania strzela im w głowę. Jestem pewien, że gdyby zrobiła to na oczach SS, połowa tego oddziału byłaby jej zachowaniem zszokowana, a ktoś być może by się rozpłakał. Muszę przyznać, że o ile ogromnie pozytywne wrażenie robi na mnie Amanda Walker w "Szczale", ta tu biją ją i wszystkich innych w bezwzględnej skuteczności na głowę. Aż bym z chęcią obejrzał film o niej, miast tych łapserdaków.

wtorek, 28 lutego 2017

Pilot serialu zaczyna się, zgodnie z radami Hitchcocka, wybuchem bomby atomowej w centrum Manhattanu. W związku z tym wojsko planuje użyć odkrytej, ale nieprzetestowanej maszyny do podróży w czasie, by temu zapobiec, a do roli królika doświadczalnego wybiera policjanta, który przesłuchiwał zamachowca i nie udało mu się wydobyć informacji, jak wyłączyć bombę.

Maszyna znajduje się w super-tajnej bazie wojskowej, która jest fantastycznie absurdalna. Wygląda jak stacja metra: i dlatego, że jest pod ziemią, i dlatego, że kręci się tam nieskoordynowany tłum cywilów. W tle przechodzi też cywilny, nisko opłacany pracownik pionu sprzątania. Na pewno nie wyjawiłby nikomu sekretnej lokalizacji bazy, za żadne pieniądze.

Argh, czy generał w tle to asesor z "Total Recall 2070"? Myślę, że tak, bo ten tu gość też wygląda prawie jak Kevin Spacey. Tak, to on!

Ma serial potencjał (tak jak potencjał miały "Sliders", czy "Stargate SG-1"), który odcinek pilotowy w znacznej mierze zmarnował. Trochę zabrakło pomysłu na to, jak z jednorazowej podróży w czasie, by uratować Nowy Jork (i 9 milionów jego mieszkańców) zrobić cotygodniową rozrywkę, ale w tym celu w epilogu okazuje się, że postać grana przez nie-Kevina Spacey'a ma ukryte motywy i wiedzę o działaniu zmarszczkoskopu (czyli urządzenia pozwalającego badać zmarszczki w czasoprzestrzeni). I on planuje coś złego. Wnioskuję więc, że to pogoń za nim miała być spirytus movens serialu, a przynajmniej pierwszego sezonu.

Zmarnowany potencjał widać w traktowaniu innych lokacji w czasoprzestrzeni jako jedynie sztafażu. Są trzy osoby w ekipie czasopodróżników: biała kobieta, czarny mężczyzna i biały mężczyzna. To powinno wywoływać reakcję u ludzi sprzed lat 1990-tych. Tu zaś akcja dzieje się w 1929 i Negr, poza dziwnymi spojrzeniami, nie ma żadnych kłopotów z chodzeniem tam, gdzie biali. Ba! Portal czasoprzestrzenny znajduje się w piwnicy luksusowego hotelu i liczyłem na scenę, gdy odźwierny nie chce Murzyna wpuścić do środka, ale scenarzyści zupełnie ten wątek pominęli, stawiając zamiast tego na typową walkę z tykającym zegarem.

Ciekawym pomysłem była motywacja "głównego złego", czyli Noblisty, który zdetonował ładunek nuklearny w centrum Manhattanu. Ze swych naukowych konsultacji wiedział o istnieniu zmarszczkoskopu (i wiedział lub przynajmniej domniemywał, że poza obserwacją daje możliwość przesyłania organizmów żywych), więc dokonał dzieła zniszczenia, by zmotywować wojsko i służby do użycia go i dać im od razu pierwszy cel. To mu się udaje: jego żona nie ginie napadnięta przez bandytów, przez co sam Noblista nie ma motywacji, by budować jakieś tam bomby. Skutkiem tego owe 9 milionów nowojorczyków nigdy nie ginie, a on żyje długo i szczęśliwie

Podejście do nauki jest tak optymistyczno-banalne, że Flash wydaje się przy tym serialem wręcz naukowym. Jest jeden technik, co składa cały sprzęt i robi to dobrze, bo wcześniej pracował w NASA. Jest jeden naukowiec od siedzenia przy komputerze i przeglądania archiwów (strasznie mi się podobało wyszukiwanie numeru rejestracyjnego auta z roku 1929 na zeskanowanych książeczkach pojazdów z tamtej epoki). I jest pani naukowiec od historii, która potrafi określić epokę po samym zapachu kupy.

W roli głównej amerykańskiego przeciętniaka (choć tu nad wyraz rozgarniętego) - aktor nieznany mi z żadnej roli. W roli jego czarnoskórego kolegi z pracy - aktor nieznany mi z żadnej roli. W roli towarzyszącej im w podróży pani naukowiec - morderczyni w śpiączce z odcinka "Elementary" oraz matka w przeszłości głównego bohatera amerykańskiej wersji serialu "Life on Mars".

W roli naukowca od komputera - aktor nieznany mi z żadnej roli, który przypomina mi jednego ze złodziejskiej ekipy Ant-Man'a. W roli pani naukowiec od epok historycznych - Obara Sand z "Gry o Tron", znana też jako Królowa Naboo z Epizodu III Gwiezdnych Wojen. W roli technika - aktor, którego widziałem już nieraz i pewnie jeszcze zobaczę, gdy się wreszcie zabiorę za "Maczetę" i "Grindhouse: Planet Terror",

Jako tajemniczy wojskowy - wspomniany asesor z "Total Recall 2070". Jako towarzyszący mu w paru scenach generał - jeden z androidów z owego serialu. Jako szef policji - jeden z aktorów trzecioplanowych w jednym z odcinków "Total Recall 2070" (i "Suicide Squad"[citation needeed]). Jako dziennikarka - rzeczniczka z tego samego odcinka.

Jako amerykański prezydent - profesor Wójcik z "Karola. Człowieka, który został papieżem", znany mi bardziej jako Windom Earle z "Twin Peaks". Jako Sekretarz Stanu - dr Lull z oryginalnego "Total Recall"

W roli Noblisty-zamachowca - sam David Cronenberg.

David Cronenberg, po spotkaniu grupą widzów, którym nie spodobał się 'Cosmopolis'.

Tak właśnie wygląda obity po mordzie reżyser David Cronenberg.

12:26, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 lutego 2017

Fabuła jest prosta, ale scenarzyści robią wszystko, by przykryć to nad wyraz żwawymi scenami akcji i legendarnie śmiercionośną bronią w rękach tego złego. I nieźle im to wychodzi, przynajmniej w zakresie scen akcji. Nie wykluczam, że kilka z nich obejrzę jeszcze raz, by nacieszyć się detalami i wybuchami. Gorzej nieco jest z tą śmiercionośną bronią: by ją zdobyć, główny zły bez najmniejszego problemu niszczy jeden z najlepszych statków Federacji, a by jej użyć - przedostaje się do środka najnowocześniejszej bazy Federacji, gdzie równie dobrze posłużyć by się mógł zwykłą atomówką lub dowolną inną bronią biologiczną. Ja więc punktują to w filmiku na Youtube'ie najwyraźniej Krall chce po prostu dostać +10 punktów za styl, gdy wygraną ma już w kieszeni.

Pod tymi wybuchami fabuła jest typowa dla serii "Star Trek" sprzed reboot'u: jest zły, zdobywa superbroń, zwycięża (choć nie całkowicie) załogę "Enerprise", tymczasowy sprzymierzeniec okazuje się grać na dwa fronty (czym nie wywołuje choć chwili wątpliwości w lojalność kolejnego tymczasowego sprzymierzeńca), Kirk, Spock & s-ka ratują uwięzionych i dochodzi do finałowej potyczki, którą wygrywają ci, którzy pojawią się w kolejnym filmie z tej serii. Trochę brakło mi większych plot-twist'ów, a ten, który się pojawił, nie zrobił na mnie wrażenia, bo zdał mi się poboczny (czy naprawdę jest jakimś twistem, gdy okazuje się, że współczesny zły bohater to dawny dobry bohater?) i za słabo był wcześniej ów wątek rozkręcany.

Mam sporo uwag do sceny, gdy z powierzchni planety, na której po przegranej walce rozbił się USS Enterprise, załoga odlatuje USS Franklinem. Przede wszystkim jest on opisywany jako "statek kosmiczny starej daty", czyli nieprzystosowany do startu z atmosfery. To by znaczyło, że w ogóle jest nieprzystosowany do przebywania na powierzchni planet, bo w przypadku zbyt wielkiej grawitacji może się rozpaść. Ten tu jednak nic sobie z tego nie robi i spokojnie, bez zbyt wielkich naprężeń konstrukcyjnych powodujących pęknięcia (hermetyczność przydaje się w przestrzeni kosmicznej), leży kilkadziesiąt (kilkaset?) lat na powierzchni planety. Częściowo przysypany skałami po kraksie, nadal jest wystarczająco funkcjonalny, by latać. A co więcej - co powinno ucieszyć fanów dendroawiatyki (lub awiodendrologii), tnie podczas lotu w atmosferze nie tylko drzewa, ale i całe wierzchołki gór. 

Podczas tego startu znowu źle jest nakręcona scena z nietypową grawitacją - gdy USS Franklin zsuwa się ze szczytu w przepaść i leci w dół, pasażerowie mostku ukazani są jako przyciągani w stronę przodu. W końcu statek leci "dziobem w dół", więc grawitacja ciągnie do przodu, pomyślał sobie jakiś niedouczony hollywoodzki decydent. Jednak statek spadał grawitacyjnie, więc wszyscy w środku byli w stanie nieważkości i nie naprężyliby aż tak pasów bezpieczeństwa. Taka sytuacja grawitacyjna faktycznie by miała miejsce tylko w krótkim momencie, gdy statek już się przechylić, a nie zaczął jeszcze spadać.

W niepełnym stopniu rozświetlony panel tylnych czerwonych silników sprawił, że zacząłem się zastanawiać, czy nie jest tam ukryty jakiś napis.

Muzycznie: kawałek, którego słuchała Jaylah ("Fight The Power" Public Enemy) niezły, bo mało mi znany. Użyty przy ataku "Sabotage" fantastyczny jak zawsze, ale zdał mi się oklepany - aż usłyszałem Spocka mówiącego, że to muzyka klastyczna i zdałem sobie sprawę, że tylko najbardziej oklepane kawałki przejdą do historii.

W rolach tych, co zawsze - ci, co zawsze. W roli głównego złego - Heimdall z "Thora". W roli tymczasowego sprzymierzeńca - księżniczka Susannah z pierwszego odcinka "Black Mirror".

W rolach epizodycznych - mnóstwo aktorów, których widziałem (lub zobaczę) w rolach epizodycznych gdzie indziej, jak np. Wojna z "X-Men: Apocalypse", dr Kavita Rao z "X-Men: The last Stand", Blake, oficer Jones i Alan Durand ze "Szczały", Tom Patterson z "Flasza", Komandor Steele z "League of Tomorrow", Dollar Bill z "Watchmen", Roger Dooley z "Agentki Carter", elf z "Warcraft", Yun ze "Star Trek: Voyager" i wielu, wielu innych.

16:29, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 lutego 2017

Odcinek otwiera scena aresztowania przeprowadzana przez młodych policjantów w asyście Rico (bez Sonny'ego, bo akurat dokucza mu kolano). Całość - nieudanej - akcji jest zsynchronizowana z piosenką "Best Adventures" Thinkmana niczym u Hudson Hawka, a w finale - tuż po słowach "is this where we say goodbye" jeden z tej dwójki młodzików ginie w wybuchu.

Okazuje się, że to nie pierwsza taka akcja ostatnimi czasy, gdzie na policjantów z nakazem czeka mordercza pułapka. Podejrzenie przecieku jest bardzo na miejscu, a póki nie uda się zlokalizować jego źródła, każde aresztowanie może być wcześniej przewidziane przez drugą, nie stroniącą od śmierci policjantów, stronę konfliktu. Wkurzony tym Rico odmawia dalszej pracy, przez co zostaje zawieszony. Chwilę później wywołuje awanturę w banku, gdzie chce podjąć swoje zarobki i zostaje aresztowany. Z braku tych pieniędzy po wyjściu na wolność zaczyna odzywać się do rekinów dłużnych (ang. loansharks), aż otrzymuje propozycję sprzedawania informacji z wnętrza Wydziału Obyczajowego za pieniądze.

Przystaje na to i wynosi z archiwum akta klienta - zostawiając jednak pustą teczkę z jego nazwiskiem w szafce. Zauważa to partner zmarłego i śledzi Tubbsa. Przekonany, że to on sprzedawał informacje kryminalistom, postanawia zabić i jego i jego klienta.

W międzyczasie się okazuje, że Tubbs działa pod przykryciem, a prawdziwym źródłem przecieku jest dziewczyna sprzedajnego oficera służb. Gdy Tubbs ma z nim spotkanie, wychodzi na jaw, że jest tajniakiem, a gdy prowadzą Tubbsa na miejsce egzekucji, do akcji wkracza młodociany partner zmarłego w pierwszej scenie. Całość tej finałowej walki też jest zsynchronizowana z muzyką, z piosenką "Closer to Heaven" The Alan Parsons Project, ale nie tak ładnie, jak scena początkowa.

W odcinku gra Viggo Mortensen, wymieniony zresztą jako pierwszy na liście aktorów jednoodcinkowych. Długo się wpatrywałem w ekran i nigdzie nie mogłem go dostrzec. Po projekcji się zorientowałem, że grał tego policjanta zabitego po pięciu minutach odcinka. Przez te pięć minut ciągle snuł się na drugim bądź trzecim planie w kapelusiku. Zbliżenie na jego twarz było tylko jedno, trwało pół sekundy i było to ostatnie pół sekundy przed wybuchem.

The Fellowship of Miami

To ujęcie twarzy Viggo Mortensena (pierwszy od prawej) jest jednym z trzech najlepszych w tym odcinku.

Jako partner Aragorna - Richie Valens z "La Bamba", który ginie w finałowej scenie podobnie jak Boromir przeszyty strzałami. Tyle, że oddanymi z karabinu maszynowego.

Poza nim: w roli źródła przecieku - Carolyn Burnham z "American Beauty". I to wszystko ze znanych mi twarzy, poza gościem, którego widziałem w równie epizodycznej roli w innym odcinku tego serialu.

Tagi: Miami Vice
21:45, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 lutego 2017

To jedyne, co jest ładne w tym filmie.

Akurat tę książkę Verne'a znam doskonale, bo jako dziecko czytałem ją dziesiątki razy. Może nie przytoczę pełnej chronologii zdarzeń, ale wiem doskonale, że bohaterami było pięciu (a od czasu odnalezienia Ayrtona - sześciu) mężczyzn i pies. Gdy więc zobaczyłem, że listę obsady rozpoczyna kobieta, zwątpiłem w zgodność z oryginałem.

To chyba nie jest film amerykański: efekty dźwiękowe (kanonada artylerii, burza) zagłuszają dialogi.

Fajny jest akcent, z którym gadają postacie z roku 1865. Części wypowiedzi co prawda przez to nie zrozumiałem, ale bezbłędna monotonna recytacja byłaby tu strasznie nie na miejscu,

Zdumiałem się widząc rozchełstanych chłystków jako armię Konfederatów A.D. 1865. Wyglądali, jak gromada wzięta z baru i ubrana w niepasujące mundury. Szarżowali też zdumiewająco nieporadnie. A potem się zamyśliłem: nie pasowało mi to, bo przyzwyczajony jestem do widoku obu armii Wojny secesyjnej z wysokobudżetowych filmów Hollywood'zkich. A może właśnie ten widok jest bardziej realistyczny? Wszak obie armie tworzyli też cywile, a w końcówce wojny brano wszystkich chętnych u przegrywających Konfederatów. Wydaje mi się jednak, że za dużo tych chętnych w obliczu porażki nie było, więc armię stanowić powinni przede wszystkim weterani, nieco z bronią obeznani (ale z drugiej strony, jak doczytałem, taktyka spalonej ziemi prowadzona przez Shermana i Sheridana mogła doprowadzić do kolejek ludzi chętnych, by postrzelać do unionistów). Trudno mi to jeszcze o jednoznaczne wnioski.

Po napisach początkowych zdumiony byłem, jak bardzo początek filmu się przynajmniej oględnie zgadza z fabułą książki: jest sześciu/pięciu mężczyzn uciekających balonem z secesjonistycznego więzienia w Richmond. Aż narzekałem w myślach na taki detal jak brak psa (z którego obroży powstały pierwsze narzędzia na Wyspie) - aż tu nagle pośród burzy przed balonem otworzył się magiczny portal. Natychmiast przestałem narzekać na brak psa.

O rany, ta magiczna dziura w niebie to był Trójkąt Bermudzki. Rety, rety, rety. "Tajemnicza wyspa" była wspaniałą powieścią, bo była rzeczowa, pronaukowa i realistyczna. Wierzyłem, że wszystko, co zrobili tam bohaterowie dało by się w prawdziwym życiu zrobić na bezludnej wyspie (mając na starcie psa z metalową obrożą i pół paczki zapałek). A tu Trójkąt Bermudzki całkowicie tę pronaukowość niszczy.

Całość fabuły dziejącej się na Wyspie doskonale streszcza spotkana tam przez uciekinierów ze środka Wony Secesyjnej pani pilotka z 2012 roku gdzieś w połowie filmu: "Let's just recap. We're on an island lost in time, inhabited by flesh-eating swamp things, invaded by pirates, haunted by volcano and stalked by giant octopus. Does that about sum it up?". Nie dodaje do tego - bo to już wyjaśnili sobie wcześniej - że przez ów magiczny trójkątniebermudzki portal regularnie dostają się tu kolejni ludzie, statki i samoloty, których wraki spoczywają na całym wybrzeżu wyspy. 

Nie opisuje też kiepskości tych wszystkich efektów. Bagienne stwory to ludzie w strojach z czarnymi frędzlami i gdyby wśród nich wpuścić Diabła Piszczałkę z "Przyjaciół Wesołego Diabła", byłby pokazem profesjonalizmu. Z piratów widać tylko ich buty i stojący na redzie statek. Widok ośmiornicy jest widzowi oszczędzony, a gdy pożera jednego z rozbitków, kamera przez minutę pokazuje twarze trzech przyglądających się temu jego kompanów. 

Dzięki obrazowi w HD, da się dostrzec dziurę po kolczyku w uchu czarnoskórego zastępcy kapitana Cyrus Hardinga, Neba Nugenta. Najwyraźniej chłopaki z Bronxu lubili bling-bling już wtedy.

"He won't make it", mówi pan kapitan o uciekającym przed nie lubiącymi ognia stworami sierżancie, idzie więc po pistolet sygnałowy, wraca na ganek, a gdy sierżant "made it" wbiegając w do domu otoczonego pochodniami, kapitan strzela nadbiegającemu potworowi w tors, a ów staje w ogniu. Trochę nie widzę tu logiki.

O, nieścisłość chronologiczna! Kapitan Unionistów z roku 1865 roku mówi "survival of the fittest". Co prawda książka Darwina ukazała się rok wcześniej, w 1864 roku, jednak - abstrahując od faktu, czy w ciągu tego roku dotarłaby do rąk kapitana amerykańskich wojsk, a ów pośrodku wojny domowej miałby czas ją przeczytać - ten termin pierwszy raz pojawił się dopiero w jej recenzji z 1866 roku, a Darwin użył go dopiero w książce z 1868 roku. 

Potem, by choć trochę nawiązać do Verne'a, pojawia się Kapitan Nemo, który okazuje się być twórcą portalu, który powstał, gdy testował urządzenie do podróży w czasie. Nautilus wylądował na wyspie, na samym jej środku, więc przysypał go ziemią i nad włazem do niego zbudował dom, podczas gdy jego załoga zmieniła się w owe kanibalistyczne stwory.

W finale Kapitan Nemo idzie na dno z "Nautilusem", podczas gdy czworo jeszcze żyjących turystów wlatuje balonem w burzę nad wulkanem, by uderzeniem pioruna odpalić urządzenie do otwierania tuneli czasoprzestrzennych. A gdy tunel się otwiera i balon w niego wlatuje - film się urywa.

Nad wyraz znajomą twarz ma aktor grający rolę kapitana Cyrusa Hardinga (imię postaci z książki w wersji Kingstona): en face niczym Sonny Crockett w "Miami Vice", z półprofilu niczym Ryan Reynolds, a do tego, gdy się złości przypomina Willa Scarletta w jedynym słusznym serialu o Robin Hoodzie. I nad wyraz znajome ma zęby[citation needed]. Widziałem je już w "Szczale".

Spadającego z balonu dziennikarza Gideona Spiletta (nazwisko z powieści) gra sam Deputy Warden Kavanaugh z "Urodzonych morderców". 

Sierżant Konfederatów Bonawenturę Pencrofta (nazwisko z powieści) się chyba specjalizuje w tej epoce: widziałem go już w "Jonah Hexie", a zobaczę jeszcze w "Django" (ciekawe czy też tak będzie dokuczać kolorowym), i może w "12 Years a Slave". Na planie "Django" mógł spotkać tutejszego czarnucha, czyli czarnoskórego szeregowego Neba Nugenta (w książce był to Neb, były niewolnik kapitana Cyrusa), którego tu jedzie jak burą sukę. Grający go aktor występował w licznych filmach, ale wrażenie tym spowodowane blaknie, gdy się zobaczy, że część tytułów brzmi jak bestiariusz do Warhammera. Szeregowego Herberta (w powieści był to adoptowany syn kapitana) jeszcze nigdzie nie widziałem, ale zważywszy na jego dotychczasową filmografię i moje zamiłowanie do kinematograficznego turpizmu, pewnie jeszcze nieraz zobaczę.

Głupiutką nastolatkę z 2012 roku gra Pam z serialu "Jessica Jones". Jeszcze nie widziałem, ale już chyba wiem, czego się spodziewać po tej roli. Jej siostrę, panią piiotkę, mimo znajomo wyglądającej twarzy, widziałem tylko w epizodach w "Fantastycznej Czwórce" z 2005 roku. Obie kobiece postacie mają na nazwisko Fogg, by choć trochę miały wspólnego z Verne'm.

Pojawiającego się jedynie w scenie reminiscencji młodego Kapitana Nemo gra Mark Sheppard, znany mi doskonale z "Firefly", "Battlestar Galactica" i "Doktora Who" (odcinki 06x01-02 o Ciszy czasów Nixona), a nieco mniej z odcinka "Z archiwum X", odcinka "Sliders", odcinka "Star Trek: Voyager". Zestarzałego Nemo gra jego ojciec, który też grał postarzałą wersję postaci granej przez swego syna we wspomnianych odcinkach "Doktora Who". 

Formalnie w obsadzie występuje Tom Ayrton (nazwisko z powieści), ale konia z rzędem temu, kto go odnajdzie: pewnie miga na ekranie z innymi bagiennymi potworami, ani razu się nie odzywa ani nie pada ni razu jego imię.

Rzadko zbieram się na jakąś rekomendację, zdając sobie sprawę, że De Gustibus Non Disputandum Est. Tego filmu jednak z czystym sercem mogę nie polecać, a jeśli ktoś czytał książkę, a tym bardziej jest jak ja jej fanem, z czystym sercem polecam trzymanie się jak najdalej od niego, by nie psuć sobie wspomnień.

21:03, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 lutego 2017

Piękny odcinek o pięknym koncepcie życia po śmierci (akurat czytam na ten temat książkę (ISBN: 83-86385-49-9); wot, koincydencja!). Tylko zakończenie jest moim zdaniem niezrozumiałe.

Film zaczynają sceny w scenerii lat 80-tych (dokładnie, koło '87-'88; musiałbym sprawdzić po muzyce, ale stylistyka była dokładnie tego wycinka owej dekady, choć kilka scen na początku wyglądało jak filmy z lat 90-tych o niewinnych latach 80-tych). Zdumiałem się tym, ale i zachwyciłem, bo przypomniały mi o jednym z dwu doskonałych seriali policyjnych z Donem Johnsonem te pastelowe stroje, fryzury i różowe neony.

Rzecz dzieje się w San Junipero. Kilka scen, oddzielonych odstępami jednego tygodnia, pozwala się zorientować, że ów rok 1987 (lub 1988) to tylko dekoracje jednego z miejsc do zabawy i są też i takie o innych czasoprzestrzennych współrzędnych (jedna z postaci mówi: "Try different time. Here in '80, the '90s, 2002 one time."), a stąd już niedaleko do wyjaśnienia, że jest to VR stosowane przez ludzi; skoro pada mowa o śmierci - że przez ludzi umierających (innym ogranicza się dostęp, by nie nadużywali?), a skoro mowa o "obcowaniu z martwymi" oraz "lokalsach" - że część z obecnych w VR ludzi to nie są podłączeni żywi ludzie.

Później okazuje się, że w chwili śmierci można się na stałe przenieść do San Junipero. Jedna z dwóch głównych bohaterek tego chce, druga zaś nie.

Pierwsza ma swoje powody, które jako osoba, której mottem jest "Osiągnę nieśmiertelność lub umrę próbując!", jako ktoś kto boi się swej jednostkowej śmierci, rozumiem całkowicie. Można dalej być! Co prawda tu ludzie uciekają w hedonizm, ale można przecież trwać dalej i dalej poświęcać się swej pasji. Wreszcie byłby czas przeczytać wszystkie książki świata! Co więcej, wciąż jest się młodym i zdrowym i nie trzeba pracować. Istny raj!

Druga ma swoje powody, które jako ojciec i mąż rozumiem całkowicie. Umarła jej dorosła córka, zanim była możliwość zapisu do San Junipero. Wiele lat później, po 49 latach małżeństwa, odszedł jej mąż mówiąc, że skoro jego córka nie mogła się tam dostać, to on też na to nie zasługuje. A ona sama nie chce spędzać wieczności bez nich. Woli już nie istnieć niż istnieć dalej bez nich.

Zawsze mi się wydawało, że jedyną logiczną odpowiedzią na pytanie: "Czy chcesz żyć wiecznie w idealnej wirtualnej rzeczywistości?", jest: "Oczywiście!". A teraz widzę, że może istnieć taki bagaż doświadczeń, który nawet bezbolesną egzystencję w idealnym wymyślonym świecie uczyni zbyt ciężką. Jeżeli czegoś w życiu bym chciał, to nigdy nie musieć dźwigać takiego ciężaru.

Para bohaterek się żeni, by ta, która chce odejść w niebyt, podpisała odpowiednie papiery za tę, która chce się przenieść do San Junipero (nazywa się ten proces "wygaszaniem", by nie wzbudzać niepotrzebnych emocji). I OK, to jest zrozumiałe.

Ale potem ta, która woli nie być z mężem i córką niż być bez nich, decyduje "że jest gotowa" i podczas jej umierania uploadują ją do pamięci San Jupitero. Było to tak niezrozumiałe zachowanie z jej strony, że przez chwilę się zastanawiałem, czy nie przegapiłem parosekundowej sceny, w której popadła w śpiączkę, a decyzję o wgraniu do systemu podjęła jej żona, której ciało co prawda umarło, ale duch pozostał. To by oznaczało, że z czasem owe symulacje ludzi przejęły by władzę nad ludzkością ("Umarłem w czasie pełnienia urzędu? Ależ to jestem nadal ja, tylko bez ciała, moja kadencja nie dobiegła jeszcze końca!", czy banalne "Co prawda umarliśmy pięć lat temu, ale dopóki nasze dziecko stanie się pełnoletnie, jesteśmy jego pełnoprawnymi opiekunami."), co zdaje się być faktycznie negatywnym skutkiem ubocznym tego znakomitego pomysłu, jakim jest wirtualny raj.

Okazuje się jednak, że takiej sceny nie było, co oznacza, że bohaterka postanowiła ni z tego ni z owego nagle po wielu latach konsekwentnego się go trzymania zmienić zdanie i zostać na wieczność. Co nie jest już aż tak straszne (więc pod napisami końcowymi jako straszaki pokazane są roboty umieszczające ampułki z danymi zmarłych w serwerach; nie straszy mnie to, bo to oczywiste, że zajmować się będą tym roboty, a jedynie zastanawia mnie, jak mają okablowaną swą serwerownię, która utrzymuje łączność między "duszami" a "rajem"), ale za to kompletnie niezrozumiałe.

W roli tej, co chce zostać w raju - aktorka, której nie widziałem, ale może rozpoznam ją z "Blade Runner 2049". W roli tej, która chce odejść w niebyt - Tish Jones, siostra Marthy Jones z "Doktora Who". A propos - w roli doktora gość, który rok wcześniej wystąpił w serialu "Simulated Dead People", który mówi mniej więcej o tym samym, co ten odcinek (miał też epizod w jednym odcinku "Doktora Who").

Fantastyczne jest filmografia Leigh Daniels, grającej tu anonimową tancerkę. Poza tym odcinkiem wystąpiła też w "Agatha Raisin" (w roli tancerki), "Alicji po drugiej stronie lustra" (w roli tancerki), "Avengers: Czas Ultrona" (w roli tancerki), "Muppetach: Poza prawem" (w roli tancerki), "Wielkich nadziejach" (w roli tancerki), "Mrocznych cieniach" (w roli powolnej tancerki), "Jednym dniu" (w roli tancerki), "Podróżach Guliwera" (w roli lilipuciej tancerki), "Alicji w Krainie Czarów" (w roli tancerki), "Dorianie Gray'u" (w roli tancerki), "Księżnej" (w roli tancerki) i "Upiorze w operze" (w roli zamaskowanej tancerki). To się nazywa dopiero trzymanie się swego emploi (które, trzeba przyznać, przełamują dwie role: młodej pielęgniarki w krótkometrażówce "For George" i sprzedawczyni w "Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street").

Odbiciem jej kariery jest kariera grającego tu policjanta Paula Blackwella, który grał policjanta też w odcinku 02x04 "Black Mirror" (który, prawdę mówiąc, przegapiłem) i 73 innych produkcjach filmowych. Jestem pod wrażeniem konsekwentności w doborze ról.

18:12, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 lutego 2017

Trzeci odcinek trzeciego sezonu "Black Mirror" mógłby się wydarzyć nawet i dzisiaj. Właściwie od czasu, gdy 4chan go ujrzał, prawdopodobieństwo zaistnienia takich wypadków znacznie się zwiększyło.

Fabuła tyczy przestępcy wykorzystującego typową ludzką głupotę komputerowo - internetową i przechwytującego dane, którymi mógłby zniszczyć życie komputerowych analfabetów, by szantażując nimi skłaniać ich do popełnienia przestępstw. Co okazuje się rzeczą tu wykonalną i myślę, że mając odpowiedni leverage szantażysta byłby w stanie i w naszym świecie tak dokonywać zbrodni.

Przez chwilę myślałem, że gdyby chcieć wykonać taki plan, kluczowe jest zabezpieczenie anonimowości. Co dla kogoś, kto produkuje malware, nie powinno być rzeczą trudną. A nawet jeśli - od wielu lat jestem nie na bieżąco z obecnym stanem wiedzy nt. bezpieczeństwa w sieci - nie da się zapewnić całkowitej niemożliwości dotarcia do źródła szantażu,

(co jest konieczne dla przedsiębiorcy prywatnego, nastawionego na zysk; liczy on, że się zdobyczą będzie cieszył i jest na tyle inteligentny (skoro potrafi produkować malware), że ma świadomość tego, że służby rzucą się w pogoń - w tym i w cyberprzestrzeni - za nim, więc jeśli zostawi jakieś ślady, wcześniej czy później na nie trafią i go dopadną)

to nadal jest to wspaniałe narzędzie dla hakerów w czasie konfliktu międzynarodowego: cóż ukraińskim służbom specjalnym da wiedza, że nastolatek, który zaparkował samochód - pułapkę pod wejściem do ukraińskiej Dumy, miał sprzęt zarażony malwarem rosyjskim? Cóż dała Amerykanom wiedza, że ślady przecieku poczty Hilary Clinton prowadziły do Rosji? Nic, mogli co najwyżej dopisać to do poświęconej wydarzeniu stronie na Wikipedii. I dlatego do walki wywiadowczej wydaje mi się ta metoda idealna.

Ja dla zapewnienia sobie bezpieczeństwa podjąłem najprostsze kroki - zakleiłem sobie kamerę plastrem. Tego żaden malware nie przeskoczy, a gdyby nawet - kamera w laptopie obejmuje ścianę i kawałek monitora pod takim kątem, że nie widać, co jest na nim (choć pewnie dało by się rozpoznać, czy ekran jest ciemny od filmu, czy jasny stron pełnych hipertekstu). Słyszałem, że niektórzy zaklejają jeszcze mikrofon, ale tego się nie obawiam. Siedzę przy komputerze w ciszy, a jeżeli czegoś słucham - to na słuchawkach. Malware zbierający godziny ciszy mi nie przeszkadza.

Nie każdy jednak jest na tyle szczwany, a w tym tłumie potencjalnych ofiar na pewno znajdzie się taka, którą da się wykorzystać do niecnych celów. O czym ostrzegają scenarzyści odcinka.

W rolach dwóch głównych ofiar szantażu: młody Alan Turing z "The Imitation Game" (wiedziałem, że gdzieś tę twarz widziałem) i Bronn z "Gry o Tron" (wiedziałem nawet, skąd tę twarz znam). Resztę (poza jedną panią, która mignęła na ekranie i tu i w jednym odcinku "Torchwood" (tej nie rozpoznałem)) miałem okazję dopiero tu zapamiętać. Będzie trudno, dużo czasu antenowego nie mieli.

21:42, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 lutego 2017

Drugi odcinek trzeciego sezony serialu, w którym obecne trendy w sztafażu nieodległej przyszłości są ekstrapolowane do przesady, opowiada o trudnym żywocie testera gier w wirtualnej rzeczywistości.

Właściwie to nie w wirtualnej rzeczywistości (VR). Ten termin jest od dawna niemodny ("It's so 90-ties."), teraz się mówi o rzeczywistości rozszerzonej - Augmented Reality (AR). Tak też nowy projekt jest przedstawiany testerowi, choć w scenie finałowej okazuje się, że to jednak była stara dobra VR.

W odróżnieniu od obaw pierwszego odcinka, tę uznaję za mającą racjonalną podstawę. Rynek gier rośnie i nie sądzę, by w nadchodzącej przyszłości miał zaniknąć całkowicie. Gry na ten rynek wypuszczane muszą być testowane, i pod kątem luk i błędów i pod kątem dopasowania charakterystyki rozgrywki do potrzeb określonej grupy graczy. Walka o jak najbardziej realne wrażenia gracza w tej branży trwa i skończy się zapewne wprowadzeniem zestawów do VR lub AR, dających graczom jak najbardziej rzeczywiste wrażenia. I, co mnie jako hedonistę osobiście dziwi, a czego naukowe podstawy są całkiem dobrze wyłożone w odcinku, ludzie lubią horrory. Wcześniej czy później nastąpi więc sytuacja, w której gra podobna tu wspomnianej pojawi się na rynku (choć nie sądzę, by była w stanie odczytać indywidualne lęki danego gracza, to będzie albo wybierać się z listy w grze lub dane gry będą odpowiadać za poszczególne lęki ("Amazing Arachno-Phob 2"), a nim się pojawi dana gra na rynku trzeba będzie ją przetestować.

I jeżeli do tego nie podejdzie się z największą ostrożnością, mogą zdarzyć się wypadki. Przed czym odcinek właśnie ostrzega.

BTW, nic nie sugeruje, ale jeżeli ktoś (tu dodatkowo Amerykanin, by pokazać poziom mądrości życiowej) decyduje się na testowanie gier AR dla firmy, która wydała takie szlagiery jak "Skinned Alive" (plakat wisi w pokoju pełnym graczy wewnątrz firmy) i potem umiera, to można powiedzieć, że darwinowski dobór naturalny zrobił swoje. Tu się wręcz należy nominacja do Nagród Darwina.

Obsada odcinka jest bardzo minimalistyczna, ale ze względu na scenariusz wcale tego nie czuć. Głuptaka gra gość, którego ujrzeć mogłem w "Cowboys & Aliens" jako Małego Mickey'a i w "Ucieczce z L.A." jako sierotę. Jego dziewczyna to Ornela, znajoma Daenerys z Vaes Dothrak w "Grze o Tron". Prowadząca go pracownica firmy rozrywkowej to Kahina Ziri, fałszywie oskarżająca Supermana w "Batman v Superman". Jej szef to Yashida po tym, jak w "Wolverine" przejął uzdrawiające moce Rosomaka. Drugiej połowy obsady nie miałem okazji gdzie zobaczyć i pewnie nie będę (poza Deborah Rock, to grającą anonimową pasażerkę samolotu, która już zdążyła wziąć udział w ośmiu(!) produkcjach, które wejdą na ekrany kin w 2017 roku; mnie mignie na ekranie na pewno jako przechodzień (przechodnica?) w "Justice League").

20:43, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 56

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA