RSS
środa, 29 marca 2017

Prolog - który byłby niezłym finałem nigdy nie nakręconego odcinka, gdyby nie ta nieszczęsna usilna nadmierna ekspozycja - urzekł mnie swym absurdem: MacGyver i Jack Dalton gonią rabusia wzdłuż rzędów kontenerów poukładanych absolutnie bezsensownie. Widziałem kiedyś takie stosy na żywo dość często, ale nigdy nie udało mi się wcześniej ujrzeć tak ślicznego labiryntu:

Oto, co się dzieje, gdy operatorzy suwnic nudzą się w pracy...

Dzięki temu labiryntowi goniący złodzieje MacGyver wyprzedza go. I to by wystarczyło, by złapać rabusia, ale byłoby to za mało efektowne, więc MacGyver robi wokół niego ścianę z płonącej benzyny.

Fabuła głównej części odcinka kręci się wokół MacGyvera chcącego uciec z więzienia o zaostrzonym rygorze. Był podobny odcinek w oryginalnym serialu, tu jednak, jak śpiewał niedawno Leonard Cohen, they wanted it darker (hineni, hineni). Podczas gdy tam uwalniał się z azjatyckiego więzienia, gdzie wpadł wykonując tajną misję bądź z sowieckiego, gdzie trafił specjalnie, by wyciągnąć stamtąd opozycjonistę, tu trafia do amerykańskiego więzienia specjalnie po to, by wyciągnąć stamtąd zbira, który siedzi tam w pełni zasłużenie. Okazuje się bowiem, że choć był to mafioso, to był to mafioso-biznesmen i dało się z nim dogadać. Jego następcy zaś, wyrośli po jego aresztowaniu, są znacznie bardziej agresywni, bezmyślni i niekontrolowalni.

Akcent jednak pada nie na podejrzane motywy agencji Feniks, ale na MacGyvera ucieczkę z więzienia. Gdyby ktoś tego nie zrozumiał, Mac ukazuje to wprost, robiąc w więzieniu z ukradzionego spinacza odpowiedni symbol:

Ucz się, ucz, to zrobisz sobie w więzieniu ze spinacza klucz.

Ostatecznie plan ucieczki się udaje, ale nie udaje się plan zdobycia zaufania mafioso, bo podczas ucieczki MacGyver nie pozwala mu zabić strażnika. Mafioso trafia więc znów za kraty, co niby ma być happy-end'em (bo do więzienia trafia ten, kto chwilę wcześniej MacGyvera chciał zabić), ale nie jest (bo akcja została przez dobre serce MacGyvera spierniczona i zamiast mafiosa-biznesmena po jego terytorium buszują żądni bezsensownej przemocy następcy). 

W roli starego więźnia, któremu pomaga Mac - doktor Kozlov z "Jessici Jones" (muszę się wreszcie za to zabrać). W roli uwięzionego mafiosa - Zero Wolf z "Apolalypto" (muszę to wreszcie obejrzeć). W pozostałych rolach osoby, których nigdy nie ujrzałem i nigdy nie więcej nie ujrzę oraz kilka takich, które zwykły bywać w pozostałych rolach w bardziej masowych produkcjach filmowych.

Tagi: MacGyver
09:29, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 marca 2017

Mówiłem o owych "finałach niewyemitowanych odcinków" z początków odcinków starej wersji. Tu też coś takiego robią - ale dobre wrażenie przekreślają zbyt długą, zbyt wyraźną i zbyt wyeksponowaną ekspozycją. W tamtych tego nie było - więc nikt nie był w stanie dostrzec luki fabularnej w stylu: "Ale właściwie po co MacGyver miałby się znaleźć w bazie mudżahedinów umieszczonej na szczycie kolumny skalnej?". Tu już by pewnie właściwie można, ale na pewno których z nadchodzących odcinków wskaże lepszy na to przykład.

Tutejszy MacGyver ma quirk: wygina spinacze w przeróżne, związane z fabułą, kształty w ilości jeden na odcinek. Wcześniej, gdy szukał swej ex-dziewczyny, która zeszła na drogę przestępstwa, zrobił złamane serce, teraz - wybuchającą bombę:

Wreszcie przez cały odcinek nikt nie używa imienia MacGyvera.

Odcinek ukazuje fragment przeszłości Mac'a. Okazuje się, że był on saperem gdzieś na Bliskim Wschodzie dekadę temu. Co niezbyt pasuje do oryginału, ale tu nieźle nawet się wpasowuje w zdecydowanie bardziej wojowniczego protagonistę.

Prawdę mówiąc, gdy tylko pojawił się jakiś rekurencyjny przeciwnik MacGyvera w tym serialu pełnym odwołań do oryginału, od razu pomyślałem, że zwać się będzie Murdoc. Jednak tak się - przynajmniej jeszcze - nie nazywa, bo znany jest tylko pod pseudonimem "Duch". Nie zdziwię się jednak, jeżeli gdzieś później w serialu tak okaże się jego prawdziwe nazwisko brzmieć.

Tagi: MacGyver
15:13, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 marca 2017

Chyba za dużo seriali policyjno-detektywistycznych oglądam, bo zdumiało mnie, że szukający swej poszukiwanej przez prawo byłej dziewczyny MacGyver, gdy spotyka kobietę, której owa przekazała przesyłkę dla niego (i znowu! imię Angus pada w czasie samego tylko wprowadzenia do odcinka tyle razy, co w całym starym serialu!), rezygnuje z jej przesłuchania. A przecież nawet obserwacje postronnego świadka, który widział i rozmawiał z poszukiwaną, mogą dać wskazówki co do miejsca jej ukrycia. Aż zezłościła mnie ta Mac'a lekkomyślność.

Argh, chwilę po napisach trzeci raz pada to imię!

been there, done that

Frankfurt! Jakbym tam nie był, uwierzyłbym, że to metropolia.

OK, odcinek zawiera najbardziej absurdalną scenę walki, jaką widziałem od dawna. Rzecz dzieje się w przedziale pociągu. MacGyver leży na podłodze, przeciwnik odbezpiecza pistolet, by go zastrzelić. Angus wyciąga ze swego scyzoryka jakąś małą cześć (być może pincetę, którą wcześniej prezentował) i wtyka ją w aparat spustowy pistoletu przeciwnika. Pistolet się blokuje, a gdy przeciwnik patrzy na to zdziwiony i usiłuje odblokować pistolet, MacGyver (cudownie poza kadrem wstając z ziemi) podskakuje, chwyta się rękami drążka i obiema nogami wykopuje przeciwnika przez okno. Majstersztyk. Zaiste Appalachy absurdu.

Green screen w scenie, gdy MacGyver rozłącza wagony w pędzącym pociągu, aż bije po oczach. A jego włosy, gdy zwrócony jest twarzą w stronę, w którą pędzi pociąg, pęd zwiewa wyłącznie na prawo.

Na koniec MacGyver hamuje pociąg, zamieniając bieguny silnika napędzającego koła. Jestem w stanie to przyjąć, ale wtedy po zatrzymaniu powinien jechać w drugą stronę, a nie stać jak ten kołek.

A na sam koniec odcinka czwarty raz pada imię "Angus". Ten serial tak się powinien nazywać.

Chciałem już napisać, że to nie jest zły serial, tylko drażni mnie używanie tych samych postaci, co w oryginale. Pani dyrektor Fundacji Feniks mogłaby się spokojnie nazywać inaczej, podczas gdy Peter Thornton przyszedłby tam po niej. Tym samym wprowadzono by niepokój co do jej losów - wszak kiedyś przez Danę Elcara zostanie zmieniona. Podobnie partner MacGyvera mógłby się nazywać inaczej, co wprowadziłoby podobny niepokój. Zaś Jacka Daltona, młodszego Petera Thorntona i innych, znanych z oryginalnego serialu, można by wprowadzić jako postacie epizodyczne raz na parę odcinków, co byłoby smaczkiem i ukłonem w stronę widzów go pamiętających (można by też po raz kolejny zapoznać Petera Throntona z MacGyverem; z "MacGyver: The Orginal Series" pamiętam dwa niezależne od siebie ich pierwsze spotkania; trzecie by więc nie zaszkodziło). A potem zobaczyłem piąty odcinek i stwierdziłem, że to chyba jednak jest zły serial.

niestety większość z nich jest szpetna

Przynajmniej pozwala ujrzeć wiele nowych twarzy (serio, z aktorów grających tylko w tym odcinku serialu nie widziałem wcześniej żadnego).

Tagi: MacGyver
23:57, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 marca 2017

Pierwszym, co się rzuca w oczy - a raczej uszy - jest to, że Angus rzuca swym imieniem na lewo i prawo. "Mac" nigdy by tak nie zrobił.

Jak wspóllokator MacGyvera narzekając na gorąc w swym stroju rzekł o nim "100% wool, 100% not breathable", to aż się we mnie zagotowało. Jak to wełna jest not breathable? Ten błąd wybaczyć można, bo mówi to średnio inteligentny współlokator. Gdyby padły z ust Angusa, naprawdę obraziłbym się na serial.

Twarz nowa, lecz nieco zużyta

Jedną z zalet tego serialu jest fakt, że pozwala ujrzeć na ekranie nieco nowych twarzy.

Wspomniałem kiedyś, że w amerykańskiej filmografii jest rozróżnienie między samodzielnym dorosłym bohaterem w sile wieku, a też dorosłym, choć nieco mniej lat liczącym, "dzieckiem swego rodzica". W ostatnich latach w miarę postępującego ageizmu i promowania młodości, ci drudzy wypierają tych pierwszych, a część ich filmowych doświadczeń to relacje z rodzicami. "Mac" miał dziadka, którego wspominał, rodzice zmarli dawno temu. Angus ma ojca, z których scenarzyści bardzo topornie próbują wkręcić do serialu.

W tamtym serialu o ilości akcji Mac'a świadczyły tylko początkowe sceny, gdy wychodził akurat z jakichś operacji - niczym w finale nigdy nie wyemitowanych odcinków. Tu, by pokazać zgranie drużyny, producenci dodali jeszcze przebitki z podpisami, gdzie to niby ekipa nie była - tylko, że zamiast pokazać akcję, pokazują przez ułamki sekund, jak MacGyver i towarzysze wysiadają z ciężarówki.

W trzecim odcinku najwyraźniej postanowiono wprowadzić lżejszy nastrój, bo MacGyver i Jack Dalton muszą eskortować finansistę, który pierze pieniądze bandziorom i przy tym zachowuje się jak durny rozpieszczony nastoletni syn amerykańskiego milionera.


W odcinku czwartym główny zły zwie się Szewczenko. Ponabijałbym się z używania znanych nazwisk, ale pamiętam jak MacGyver ratował z aresztu czechosłowackiego opozycjonistę Dubčeka.

O rany, podstarzałego rosyjskiego naukowca gra mój ulubiony Rosjanin (a właściwie Litwinm Elya Baskin), którego najbardziej kojarzę jako rosyjskiego taksówkarza w "True Blue"  (ha, grał też Jurija Demetriego w dwóch odcinkach "MacGyver: The Original Series"!). Nie widziałem go od lat (od "Spider-Man'a 3" sprzed dekady), ale mimo to rozpoznałem jego postarzałą twarz natychmiast, choć gdy na ekranie pokazywało się jego odmłodzone zdjęcie (mugshot) "z akt z połowy lat 70-tych", to się podobieństwa nie dopatrzyłem.

Poza tym: w odcinku drugim ratowaną agentkę gra Audrey Nathan z jednego odcinka "TARCZOwników", reszta twarzy była dla mnie nowa; w odcinku trzecim - w roli snajpera człowiek ("Man") z jednego z niedawno widzianych odcinków "Elementary", reszta twarzy była dla mnie nowa. W odcinku czwartym - poza jedynym słusznym Rosjaninem (cytat za IMDB: "He has ultimately become one of the most popular choices whenever a Russian is needed in a TV-episode or a major movie production due to his ancestry and accent."), widziałem już jego kolegę z ZSRR jako sowieckiego kapitana w "X-Men: First Class", jako przedstawiciela Gazpromu w "Dyktatorze" i jako Wisilija Lukina w jednym odcinku brytyjskiego "Life on Mars" i wspomnianego Szewczenkę (w czwartej "Szklanej pułapce" grał złego Russo), a reszta to były nowe twarze.

Tagi: MacGyver
21:39, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 marca 2017

Odcinek wyjątkowy, bo wyreżyserowany przez Dona Johnsona. Może dlatego skupia się na jego perypetiach miłosnych - a rolę obiektu jego uczuć gra Melanie Griffith, wtedy jego zarówno była, jak i przyszła żona.

Dakota Johnson, znana dziś aktorka, została poczęta już po nakręceniu tej sceny. Oto, jak stary jest to serial...

Reżyser zafundował sobie za pieniądze producentów romantyczną kolację przy świecach z przyszłą żoną.

Muszę przyznać, że nie widać braku praktyki u reżysera, a niektóre kadry są nad wyraz ciekawe:

Swe perypetie miłosne reżyser opisuje słowami "First a junkie, now a hooker", pierwszą część zdania poświęcając Helenie Bonham Carter, a drugą Melanie Griffith. Może dlatego, że prywatnie był wtedy z Barbrą Streisand.

Opisuje zresztą niepoprawnie (jak i polski tytuł odcinka, "Miłość ulicznicy"). Kobieta, w której akurat co się zakochał, nie jest wcale prostytutką, tylko posiadaczką fortuny, którą zainwestowała dla zysku w dom publiczny. Byłaby więc raczej burdel-mamą, ale nie wiem, jak brzmi to po angielsku, by poprawić bon-mot Sonny'ego.

"Murder is just so... lower class", mówi gliniarzom pani milionerka z Miami. Nie spodziewałem się tak ładnego zdania wypowiedzianego przez kogoś innego niż Anglik z upper class.

Szacun za product placement.

Jest Izzy Moreno! To zawsze jest dodatkowa atrakcja. Tu akurat prowadzi "Studio Fotograficzne Buduar" (napisane z błędem), gdzie fotografuje niekompletnie ubrane panie, podduszając się przy tym dla zwiększenia swych doznań artystycznych. 

Wow, Sonny Crockket alias Burnett przyznaje się, że obchodzi urodziny tego samego dnia, co ja! To może dlatego tak lubię ten serial, czy np. twórczość Taco Hemingway'a.

Switek wciąż wertuje podręcznik trików magicznych. Nie mogę się doczekać odcinka, gdy którejś z tych sztuczek użyje, by obezwładnić przestępcę. 

W roli damy, na której przyjęciu Sonny spotyka swą miłość - Lambert z "Obcego - 8. pasażera Nostromo". W roli głównego złego - sam Sulu ze "Star Treka". To, plus wspomniana Melanie Griffith, już czynią odcinek upstrzony znanymi nazwiskami. Dla fanów wrestlingu takimi będą Lou Albano i Afa Afoai w roli dwóch napakowanych bandziorów na usługach głównego złego.

Gdybym widział Sulu w tym odcinku wcześniej, nie zdziwiło by mnie jego wyjście z szafy kilka lat temu. Skądinąd, w czasie kręcenia tego odcinka był już w związku ze swoim obecnym mężem.

Beam me up. Sonny!

Tagi: Miami Vice
22:04, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 marca 2017

Przyznam szczerze, że początek programu strasznie mnie irytował. Pierwszego wieczora oglądanie zakończyłem po pierwszym skeczu, nie będąc pewnym, czy dam radę zdzierżyć więcej. Następnego dnia drugi skecz przerwałem w połowie (no, w 2/3). Potem jednak albo przywykłem, albo John Cleese nie miał więcej pomysłów na tak skuteczne irytowanie ludzi i resztę programu obejrzałem już jednym ciągiem.

Faktem jest, że część tego ciągu nie zdała mi się wcale irytującą, bo była skeczami "Latającego Cyrku Monty Pythona", tylko (czasem) w innej obsadzie. O ile w skeczu z irytującymi pasażerów pilotami samolotu pasażerskiego irytują John Cleese i Graham Chapman z niewielka pomocą Micheala Palina, o tyle w skeczu z irytującą rozmową o pracę Johnowi Cleese'owi towarzyszy ktoś o nieznanej mi twarzy. "Łosia" robi jednak równie zacnie jak Chapman, za co słusznie dostaje całkiem niezłe noty.

W roli prowadzącego i irytującego John Cleese'a - John Cleese z "Latającego Cyrku Monty Pythona". W roli irytującego i irytowanego Michaela Palina - Michael Palin z "Latającego Cyrku Monty Pythona". W roli irytującego i niezbyt zirytowanego Grahama Chapmana - Graham Chapman z "Latającego Cyrku Monty Pythona". W roli łosia - Tim Brooke-Taylor, nieznany mi z niczego. 

W roli Connie Booth - Connie Booth, znana mi z roli pokojówki w "Hotelu Zacisze" i wielu typowych ról kobiecych w "Latającym Cyrku Monty Pythona". W rolach starszych kobiet (a fakt, że rolę matki w pierwszym skeczu grała naprawdę starsza kobieta, a nie ucharakteryzowani na nią Connie Booth, Graham Chapman, czy nawet Terry Jones, czynił ten skecz znacznie bardziej irytującym) - Gillian Lind, nieznana mi z niczego. W niezauważonej przeze mnie roli Dicka Vosburga - Dick Vosburg, najwyraźniej mi znany z niezauważonych przeze mnie ról w "Latającym Cyrku Monty Pythona".

(Choć tu źródła są rozbieżne: Wikipedia podaje, że zagrał "kilka ról we wczesnych odcinkach Latającego Cyrku", podczas gdy IMDB podaje jedynie rolę Van der Berga w czwartym odcinku pierwszego sezonu odcinku. Ale dogadać się nie mogą co do daty produkcji: Wikipedia podaje rok 1968, podczas gdy IMDB - 1969. Być może pierwsze jest rokiem produkcji, a drugie emisji (oba źródła podają 21 stycznia 1969 roku), a być może jest to świadomie wprowadzona rozbieżność, by zirytować ludzi.)

21:23, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 marca 2017

W pierwszych sekundach odcinka pilotowego - serio, dokładnie od trzydziestej sekundy - MacGyver uprawia seks. W drugich sekundach filmu - serio, gdzieś tak koło sześćdziesiątej trzeciej - padają pierwsze trupy, które zabija kolega MacGyvera. A w trzecich... no, dokładnie po siedemdziesięciu sekundach MacGyver przyznaje się, że ma na imię Angus.

Pamiętam, jak obruszałem się na Lema, gdy przyrównywał (zdaje się w "Rozważaniach sylwicznych") oryginalnego MacGyvera do byle akrobaty ze spluwą. Tamten serial jednak bawiąc uczył i wychowywał, opierając się na trzech filarach: moralności telewizyjnej lat 80-tych (seks tylko poza kadrem, brak na ekranie trupów, choć znajdzie się miejsce na wybuchy, etc.), niechęci MacGyvera do broni palnej i braku pierwszego imienia głównego bohatera (imię Angus słyszałem w całym serialu dwukrotnie: pierwszy raz, gdy ogłuszony przenosi się w czasy średniowiecza w odcinkach 07x07-08, a drugi raz w odcinku finałowym). Tu wszystkie te filary natychmiast zburzono.

A tak, był i lęk wysokości MacGyvera. Tutejszy Angus też mówi, że go ma - po czym wskakuje do schowka na koła startującego samolotu i w powietrzu stojąc krańcem buta na otwartej klapie przecina druty, zmuszając samolot do lądowania. A scenę później zeskakuje z helikoptera na dach jadącej ciężarówki. Jak to jest lęk wysokości, to też chciałbym taki mieć.

I jeszcze jedno wydało mi się filarem tamtego serialu, gdy oglądałem ten odcinek - stabilny ruch kamery. Tu lata i drży ona albo po to, by sztucznie dodać dynamizmu wszelkim możliwym scenom akcji, albo po to, by ukryć braki warsztatowe aktorów (pierwszy odcinek serialu z dużą ilością walki? nic dziwnego, że wszyscy jeszcze wyglądają drętwo, jak w pierwszych odcinkach "Spartacusa") albo kamerzyście należy się recepta na medyczną marihuanę, by zmniejszyć częstotliwość jego ataków padaczki.

Akcja kradzieży superbroni jest godna II dekady XXI wieku: szybko, mnóstwo pocisków i na koniec wybuch. Mimo efektowności mam wrażenie, że stary MacGyver rozwiązałby to lepiej - choćby nie doprowadzając do śmierci goniących go ochroniarzy przestępcy, którzy tu giną w owym finałowym wybuchu. Choć trzeba temu przyznać, że gdy przychodzi do samego macgyverowania, nie ustępuje oryginałowi. A zgapione od "Sherlocka" napisy latające wokół prezentowanych elementów dużo lepiej pozwalają wchłonąć wiedzę niż sam monolog z offu protagonisty.

Czyżby w roli pierwszego zbrodniarza był san Vinnie Jones? Jeśli tak, to zmieniła jego twarz tandetna hollywoodzka sztuczna opalenizna. Jako blady Angol był bardziej przerażający.

O rany. Fabuła nagle stała się kopią pierwszego "Mission: Impossible", gdy okazało się, że zamordowana przez zbrodniarza pani analityk, a prywatnie dziewczyna MacGyvera wciąż żyje i to ona stoi za kradzieżą superbroni, a Vinnie Jones miał ją trafić ślepakiem na oczach widzów, by mogła uciec z zarobionymi pięcioma milionami dolarów.

Fantastyczna jest scena, jak pilot helikoptera zrzuca pistolet MacGyverowi, który walczy na pace jadącej ciężarówki, gdzie dostał się przez wyciętą scyzorykiem dziurę w poszyciu dachu. Wydawało by się, że rzucić z falującego na wietrze helikoptera ów pistolet przez tę dziurę wprost pod rękę Angusa potrafiłby tylko Szczała, ale nieco tępawy partner protagonisty czyni to celnie już za pierwszym razem.

Mnóstwo jest nawiązań do klasycznego serialu - od początkowych nut melodii w czołówce do nazwisk znanych postaci. O ile te pierwsze przyjąłem pozytywnie, o tyle nowy Jack Dalton mnie rozczarował. Tamten był wygadanym zabawnym spryciarzem (jedną z jego fraz - "You! Follow!" - zainkorporowałem do swego słownika), ten jest mięśniakiem - troglodytą. Obaj są w zamierzeniu comic relief, ale tylko ten pierwszy był faktycznie zabawny. O zmianie płci dyr. P. Thornton zdania nie mam. Ktokolwiek, jakiejkolwiek płci, by tę postać grał, Danie Elcarowi nie dorówna. Nawet jak wygląda - jak ta tu pani dyrektor - nieco jak Maja Ostaszewska.

Odcinek pilotowy, utrzymany  typowej konwencji "przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę". Część niej - znała się wcześniej,  czym są krótkie reminiscencje i mantra "Nie rozmawiamy o tym, co stało się w Kairze", część się dołączyła i razem przenieśli się do The Phoenix Foundation, którą to nazwę wymyślił oczywiście Hugo Protagonista, bo od czegoś głównym bohaterem się jest.

W roli MacGyvera - Havok z obytrzech części młodych "X-Menów". Jako dyr. Thronton - detektyw Cheung z "Terminator Genisys". Jako była Nikki Carpenter, dziewczyna MacGyvera - przyjaciółka ze szpitala psychiatrycznego Raidena z odcinka 01x06 serialu "Mortal Kombat: Legacy". Ta ekipa, plus wspomniany Jack Dalton, to nawiązania do nazwisk z poprzedniego serialu, oraz - tak się składa - ekipa, która razem od lat pracuje w chwili, gdy zaczyna się serial.

Dołączona w trakcie odcinka nowa hakerka ma już oryginalne imię i nazwisko (w znaczeniu, nie że Ebenezera Chwąszczypszyńska, tylko że takie, którego w poprzednim serialu nikt nie nosił), a je twarz też jest dla mnie oryginalna, bo nie oglądałem jeszcze "Supergirl" czy "Pamiętników Wampirów". 

Vinniego Jonesa gra faktycznie Vinnie Jones. Schudł biedaczek. I nabawił się fatalnej opalenizny.

Podsumować mogę ten odcinek słowami Doktora: "You've redecorated. I don't like it". Ale mam świadomość, że to odcinek pilotowy, a te są szczególnie trudne do nakręcenia - i do zagrania zgrywającym się dopiero ze sobą aktorom. Obejrzę więc jeszcze kilka, nim pozwolę sobie wydać recenzję całego serialu. Ten odcinek mnie od owego oglądania nie odstręczył.

Tagi: MacGyver
17:10, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

W odcinku siedemnastym Sherlock komentuje przywiązanie rodzinne, uważając je za nielogiczny, zbędny relikt ewolucji, którego powinniśmy się pozbyć niczym ślepej kiszki czy zębów trzonowych. Nie zgadzam się. W pomaganiu rodzinie tkwi logika, przynajmniej z punktu widzenia naszych samolubnych genów. Co prawda Sherlock odcinek później wprost wyraża niechęć do rozsiewania dalej swego genotypu (uznając jego posiadanie - w tym, a nawet zwłaszcza, tej jego części, która czyni z niego detektywa-geniusza - za przekleństwo, a nie dar), o tyle reszcie z nas pozostawienie w puli ludzkiego genotypu wspomnienia po sobie wydaje się raczej pozytywne, a pomoc rodzinie, z którą dzieli większą niż z kolegami i przyjaciółmi wspólną pulę genetyczną, jest jedną z metod, by pozostawić w puli choć ćwierć siebie.

W odcinku siedemnastym mamy okazję poznać rodzinę Watson. I, jak to zwykle w telewizyjnych dramach bywa, od razu okazuje się, że ktoś w tej rodzinie ma poważne kłopoty. Choć odcinek zaczyna się informacją o tym, że brat Watson zdradza swą żonę, ostatecznie okazuje się, że opowiadającej o tym matce Watson tylko się to przywidziało, co jest oznaką tego, że dopada ją Alzheimer.

Fabuła zaś tyczy firmy, która zajmuje się przechowywaniem ciał zmarłych osób w warunkach, które reklamuje jako "sprawiające, że będzie można je rozmrozić, gdy nauka wynajdzie leki na choroby i będzie w stanie odwrócić proces starzenia się" (nowy pomysł to nie jest, był o tym już odcinek "Miami Vice"). Dużo mniej niż kilka brutalnych morderstw tępym narzędziem bulwersuje mnie fakt, że firma nie dotrzymuje warunków, przechowując zwłoki w zwykłej chłodni do mięsa, miast w komorach zapewniających temperaturę 77 stopni Kelvina. Jako kogoś chętnego żyć wiecznie i kogoś, kto łudzi się, że stać go będzie przed śmiercią na taki wydatek, też chciałbym z takiej komory skorzystać. I bardzo by mi wtedy zależało, by warunki przechowywania były spełnione, bo jeśli nie będą, to nic mi już nie da zwrot poniesionych opłat.

W roli właściciela firmy z mrożonkami: Hector Salamanca z "Braking Bad" i "Better Call Saul", mnie znany jako Sol Robeson z "Pi" i pan Rabinowitz z "Requiem dla snu". 

Odcinek osiemnasty opiera się na tym samym pomyśle, co odcinek 03x03 serialu "Black Mirror": ktoś szantażuje drogą elektroniczną ludzi, grożąc ujawnieniem danych z ich telefonów lub komputerów. W odróżnieniu jednak od serialu brytyjskiego, nastawionego na przedstawianie toczących współczesny świat problemów, ten serial jest nastawiony na rozwiązywanie zagadek, tu więc poznajemy tożsamość szantażysty. Okazuje się nim informatyk z korporacji w stylu Ubera: użytkownicy i pracownicy Zoosa (bo tak w fikcyjnym Nowym Jorku nazywa się Uber) instalując sobie appkę do świadczenia lub korzystania z usług, zgadzają się odruchowo na wszystkie warunki, więc appka ściągać może wszystko. Cóż, najwyraźniej dobrze robię, wciąż dzwoniąc po taksówkę, choć po każdym telefonie dostaję SMS-a z adresem strony, gdzie można zamówić ją online.

Na marginesie: w odcinkach obu seriali ofiarami szantażu padają pedofile. Albo scenarzystom zabrakło pomysłów na inne, wiarygodne ofiary internetowego szantażu, albo są oni grupą specjalnego ryzyka i szczególnie powinni uważać, co instalują na dysku.

W roli szantażowanego pedofila starszy brat Kevina w "Kevinie Samym w Domu" (nie poznałbym; ale widziałem go też w roli Pulaskiego w "R.I.P.D.")

O ja piórkuję - w dziewiętnastym odcinku wspominają serial "Thundarr the Barbarian", który dobrze pamiętam z początku lat 90-tych (głównie dzięki temu, że od imienia głównego bohatera nazwałem swą pierwszą postać w grach RPG). Nie pamiętam jednak doskonale (może na starość zaczynam mieć kłopoty z pamięcią), bo nie rozpoznałem jego okrzyku bojowego, który jest tu użyty. Do tego, że oglądając filmy i seriale o Holmesie zwykle się czuje głupszy od Sherlocka, przywykłem. Teraz po raz pierwszy poczułem się głupszy od Watson, która to odkryła.

Akcja tyczy grupy anonimowych hakerów, którzy są właśnie na etapie wojny domowej: część chce większego upolitycznienia ich akcji, część zaś woli od politycznych przesłań trzymać się z daleka, wybierając czystą bekę. Jeden z nich zostaje znaleziony martwym, a głównym oskarżonym zostaje inny, który dzień wcześniej przyszedł do Sherlocka poprosić go o zidentyfikowanie zamordowanego.

Oskarżony haker z twarzy strasznie mi przypomina Meriadok Brandybuck z "Władcy Pierścieni", ale to nie on, choćby dlatego, że obecnie jest z 15-20 lat za stary, by tak wyglądać. Jest to jednak odcinek tym bardziej intrygujący, że żadnej z epizodycznych postaci nie miałem możliwości nigdy wcześniej ujrzeć na ekranie - może poza kimś, kto grał tu rolę tak epizodyczną, że w napisach nie został wymieniony, kto grał równie epizodyczną rolę w "Birdmanie".

A propos znanych twarzy. W odcinku siedemnastym Watson patrząc na portret pamięciowy stwierdza, że ma wrażenie, że skądś zna twarz poszukiwanego. Sherlock odpowiada jej na to słowami: "After years spent staring at suspects, the average detective has catalogue almost every combination of facial features. A cloud of déja vu can be a natural byproduct". Jest bardzo niewykluczone, że zaczynam cierpieć na ten sam skutek uboczy, bo mam wrażenie, że widziałem już gdzieś daną twarz, a przeglądając stronę na IMDB stwierdzam, że nie było takiej możliwości. Albo więc dopadło mnie to, albo niektórzy ludzie są strasznie do siebie podobni.

00:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 marca 2017

Najwyraźniej obejrzenie jednego programu popularnonaukowego wywołało u mnie tęsknotę za podobnymi, bo sięgnąłem po ten program miast po kolejną porcję akcji.

W temacie podróży w czasie uwagę mam taką, że zakładać ona musi albo wiele równoległych Wszechświatów, w których dana decyzja została podjęta inaczej, albo pełen determinizm (powrót z przeszłości do tej samej teraźniejszości, z której się wyruszyło możliwy jest wyłącznie w tym drugim przypadku). Mam drobny problem z uznanie hipotezy pierwszej (nie wykluczam, że jest ona poprawna, wydaje mi się jednak zbyt naciąganym tworem), druga zaś nie wzbudza żadnych moich uwag. Wykluczyć bowiem nie mogę, że jesteśmy w pełni zdeterminowanymi tworami i wszystkie nasze wybory życiowe są znane od chwili naszych urodzin, podczas gdy nasza subiektywna świadomość, twór uboczny procesu wzrastającej złożoności naszych mózgów, jedynie daje nam iluzję wolności wyboru. Niewykluczone, że dzięki niej jesteśmy w stanie funkcjonować - co nie zmienia faktu, że nie można z całą pewnością stwierdzić fałszywości hipotezy pełnego determinizmu - tak jak nie można z całą pewnością stwierdzić fałszywości hipotezy solipsyzmu[citation needed]

Większy problem już w przypadku podróży w czasie mam z koordynatami czasoprzestrzennymi. Wszystkie chyba programy i filmy temu poświęcone zakładają wylądowanie w tym samym miejscu. A przecież każdy z nas pędzi przez kosmos z niewyobrażalnymi prędkościami w skomplikowanym tańcu, na który składają się ruch obrotowy Ziemi, ruch Ziemi wokół Słońca, ruch Słońca wokół centrum Galaktyki i ruch samej Galaktyki w stronę Wielkiego Atraktora. Jestem przekonany, że widokiem, który ujrzymy przenosząc się w czasie choćby o jedną sekundę będzie malejąca, oddalająca się od nas, zawieszonych w próżni, planeta Ziemia. Nie znane mi jest żadne fizyczne prawo czy teoria mogąca stanowić podstawę takiego założenia. Czyżbym nie przeczytał jakiejś pracy, w której mowa, że oba końce trasy przez czas muszą znajdować się w tej samej studni potencjału grawitacyjnego? Czy po prostu "jak już fantazjujemy, to na całego i załóżmy, że lądujemy też na Ziemi"? 

Po tych wstępnych uwagach dotyczących samego tematu, pora na garść uwag o programie.

O, zdaniem narratora z teorii Newtona też wynikał predeterminizm.

No tak. To nie jest program o eksploracji kosmosu, więc nie można dać ujęć na zrujnowany po ataku rakiet V-2 Londyn. To jest program o czasie, naszą wiedzę na temat którego rozszerzył też i Einstein, więc można dać zdjęcia wybuchu bomby atomowej, mieszając (niezbyt poprawnie, jeśli dobrze pamiętam) do jej powstania ww. Einsteina.

Ech, dalej też nad wyraz uproszczona wersja fizyki. Nie jest tak, że "teoria Einsteina mówi, że nie da się podróżować szybciej od światła". Teoria Einsteina mówi, że obiekt mający niezerową masę przyspieszając do prędkości światła zyskuje tej masy nieskończoną ilość, więc nie ma siły, która by była w stanie rozpędzić go bardziej. Nie wyklucza jednak - a przynajmniej nie wykluczała kilkanaście lat temu, gdy zgłębiałem temat - możliwości istnienia cząstek (nazwanych tachionami), które poruszają się szybciej niż światło i nie mogą do tej prędkości nijak zwolnić. Pamiętam też teoretyczne projekty statków kosmicznych zakładających podróż z prędkością ponadświetlną nie łamiąc teorii Einsteina. Zakładały one, że prędkość liczy się względem otaczającej przestrzeni, więc należało tę przestrzec "zagiąć i pociągnąć za sobą". Były te projekty wysoce teoretyczne (co więcej, przypuszczam że ich udane użycie oznaczałoby poważne perturbacje w otaczającym trasę zakątku Wszechświata), ale sam fakt, że były, oznacza, ze zasada ta nie brzmi tak prosto, jak tu przedstawiono.

Pamiętam, jak na moich studiach jeden z wykładowców na pierwszym wykładzie opowiadał, że dobry mówca co jakiś czas musi rozluźnić atmosferę żartem, by umysły słuchaczy miały chwilę przerwy i nie zmęczyły się zbyt szybko. Czy sam tak faktycznie czynił - nie wiem, to był jedyny jego wykład, na którym byłem, ale widzę teraz, że tu rolę comic relief robi gość, co twierdzi, że sam zbudował maszynę do podróży w czasie i udało mu się przenieść w przyszłość o pół roku i wrócić. Sama maszyna okazuje się prostym zlepkiem elektroniki z dumnie brzmiącymi nazwami ("time coil", "time switch", "the Chip"). Próba podróży w czasie w czasie nagrywania oczywiście się nie udaje. A wizja owej przyszłości (czyli roku 2005) jest zaiste uroczo fałszywa (no, chyba że zakładamy istnienie wszechświatów kwantowych; to wtedy kto wie).

Looks legit.

Po chwili wytchnienia pora wreszcie na informacje merytoryczne. Wpierw jest dłuższy - i dla mnie ciekawy, wcześniej nigdzie się na to nie natknąłem - fragment o znalezieniu przez Kurta Gödla, z zamiłowania paranoika, a z zawodu genialnego matematyka, rozwiązania pozwalającego obejść zakazy teorii Einsteina. Rozwiązanie okazuje się być nie do zastosowania w naszym wszechświecie, ale to nie ograbiło Gödla z poczucia sukcesu. Gdyby się chciał bowiem zajmować takimi szczegółami, zostałby fizykiem. Matematycznie rozwiązanie jest poprawne i to mu wystarczało.

Potem o kontynuatorach jego rozważań na temat pętli czasowych, prof. Franka Tiplera (o którym Google pisze, że jest "transhumanistą"; ach, ten gender... ludzi powinna obchodzić jego praca, a nie to, czy jest homo sapiens, heterozygotą, czy transhumanistą). Trzeba przyznać, że jego rozwiązanie jest ciekawe i znacznie bardziej praktyczne - choć bez ujrzenia wyliczeń nie podzielam jego pewności, że "skoro to możliwe, to kiedyś ludzkości się to uda". Być może ograniczeń wytrzymałości materiałów, by zaproponowany przez niego cylinder obracał się wystarczająco szybko i nie rozpadł się, przeskoczyć się nie da i także i to rozwiązanie pozostanie wyłącznie teoretycznym.

Potem nadszedł chyba pora na kolejny comic relief, bo na ekranie pojawił się prof. J. Richrad Gott o twarzy, charyzmie i humorze sprzedawcy używanych samochodów i tak ekscentrycznym stylu ubierania się, że gdy jego krawat rusza się na wietrze, okoliczni ludzie dostają drgawek.

O, jest jasno i wyraźnie powiedziane, że jednym z minusów wehikułów czasu opartych na pętlach czasowych jest to, że nie da się nimi cofnąć do czasów sprzed ich uruchomienia. Tego się obawiam i temu też - jeżeli podróże w czasie są możliwe - nie ma w naszych okolicach czasowych turystów z przyszłości: nikt jeszcze nie odpalił pierwszej z tych maszyn.

Na koniec mowa o komputerach. Zafascynowana usłyszeniem prawa Moore'a narratorka mówi, że "w dalekiej przyszłości supercywilizacja będzie miała komputery, przy których nasze obecne są słabowite (puny)". To nieprawda. Komputery, przy których nasze będą zdawać się niesłychanie słabe, będą w powszechnym użyciu jeszcze w pierwszej połowie bieżącego wieku - o ile prawa Moore'a nie zatrzyma (lub już nie zatrzymały, nie sprawdzałem tego od kilkunastu lat) rozwój technologii lub same prawa natury - tak jak nam mizernymi się zdają komputery sprzed 20-30 lat (choć, jak czytałem, w kraju jest warsztat motoryzacyjny, w którym oprogramowanie do wyważania wałów napędowych chodzi na Commodore 64). A w dalekiej przyszłości supercywilizacja dojdzie do takiego poziomu technologicznego, że naszej obecnej technologii nie uznają jeszcze za komputery, tak jak my za komputery nie uznajemy liczydeł.

Zamiast więc podróży w czasie, ta propozycja sugeruje zagłębić się w precyzyjnie odtworzonej symulacji danego momentu w czasie. To nie jest podróż w czasie. Oczywiście wrażenie dla odbiorcy mogą być praktycznie identyczne (choć też mam swoje uwagi, o których poniżej), ale to tylko symulacja, bardziej zaawansowana Wirtualna Rzeczywistość. 

Co więcej nie wierzę - mimo prawa Moore'a - w coś takiego jak "nieskończenie szybciej i potężne komputery" o "nieskończonej mocy obliczeniowej". Będą komputery przyszłości potężniejsze niż możemy to sobie wyobrazić, ale nie będą nieskończone. Będą miały swe ograniczenia i co więcej - swój pobór energii potrzebnej do działania. Symulacje takie będą więc "lokalne", tyczące tylko najbliższego otoczenia osoby doświadczającej podróży "w czasie". Nie ma więc mowy o ciągłym utrzymywaniu rzeszy ludzi, z których każdy będzie symulacją autentycznego człowieka tak dokładną, że może wręcz mieć świadomość, że nim jest. Nie jestem przekonany, czy kiedykolwiek się komputerowi uda dokładnie odwzorować umysł człowieka (och, nie wątpię, że kiedyś pojawią się "wgrane z mózgu do komputera" świadomości, które będą głosić, że udało się - ale to nie jest zbytnio dowód), ale jeśli się uda, to pewien jestem, że zajmować będzie to tyle mocy obliczeniowej, że się ludzie nie będących w bezpośrednim otoczeniu "podróżnika" będzie wyłączać, każąc im działać w tym czasie według prostszego, mniej pamięcio- i energożernego, algorytmu. Jeżeli więc nie zauważamy czegoś takiego u siebie (medycznie nazywa się to fugami), to nie ma obawy, że jesteśmy tylko komputerową symulacją.

Ja takowych luk nie miewam, ale też - nie wykluczam swego solipsyzmu[citation needed], który idealnie pasowałby do wizji mnie jako "niesymulowanej osoby w symulowanym wszechświecie", w czym upewniają mnie fizycy, mówiąc o "idealnej symulacji" to samo co ja o swym solipsyzmie: z wnętrza nie da się rozpoznać, czy to rzeczywistość, czy tylko jej iluzja. Naukowcy twierdzą, że zgodnie z prawami statystyki dla każdego z nas jest bardziej prawdopodobne, że jesteśmy symulacją niż to, że jesteśmy prawdziwi. Ma rację, co nie zmienia faktu, że niektórzy z nas są autentyczni, nie symulowani. Kto wie, może łatwo takich poznać po solipsyzmie.

Dodatkowym plusem jest muzyka z czołówki "Doctora Who" podłożona pod napisy końcowe. Kilka scen z serialu - starego, program nakręcono w 2003 roku, przed początkiem emisji nowszej wersji - pojawiło się też jako tło w jednej scenie. Niewiele, ale zawsze cieszy oko.

13:09, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 marca 2017

W sezonie drugim nasi superbohaterowie zmierzają się z "Dzielonym & Rozszerzonym Wszechświatem" (Shared & Expanded Universe), bo nagle w ich życiu pojawiają się wątki i postacie z seriali telewizyjnych, a nie tylko filmów kinowych.

Tak to na początku sezonu Superman się dowiaduje, że jego dziewczyna od roku jest drugą z ocalonych z Kryptona i co więcej - jego kuzynką. Batman słyszy banialuki o "Batmanie swego pokolenia" od komisarza Gordona, który potem okazuje się być jego biologicznym ojcem. A w tle - zapowiedź "Batman v Superman", w którym ma się znaleźć także i Aquaman.

Zmieniono czołówkę. Nowa jest w tej samej stylistyce, co z sezonu pierwszego, ale niestety nie ma już tak ładnego przejścia Supermana. 

Obsada ról kluczowych ta sama, co w sezonie pierwszym (choć między emisją obu sezonów upłynęło 2 i 3/4 roku). Aquaman ma teraz krótkie włosy, co strasznie drażniło mnie w pierwszym odcinku. A potem nastąpił odcinek drugi...

Scena, w której Aquaman, chcący robić karierę indie, dowiaduje się, że Aquaman będzie w nowym "Batman v Superman movie" i zaczyna się w nim wewnętrzna walka, bo jest tą wieścią ekstatycznie oszołomiony, ale jego alternatywna dziewczyna każe mu powiedzieć, że bojkotuje Hollywoodzkie szmiry i tę walkę przegrywa, gdy ekscytacja wygrywa - CUDO! Jeżeli coś trzeba z tego serialu zobaczyć, to tę scenę (odcinek 2, 8:56). Od razu wybaczyłem Aquamanowi zmianę fryzury. 

Po tym przedwczesnym nieco szczycie sezonu reszta już nie robi aż takiego wrażenia. Historia doktora Bruce'a Bannera, którego wszyscy wolą w roli Hulka, bo jako Bruce jest strasznym nudziarzem, jakoś mnie nie przekonała. Wątek, w którym komisarz Gordon okazuje się być ojcem Batmana, który definiuje sens bycia Batmanem w śmierci swych rodziców na jego rękach, rozwiązany jest w finale w sposób, który od początku wydawał mi się banalnie oczywisty - jego ojciec, komisarz Gordon, umiera na jego rękach zadławiwszy się precelkiem. 

Mimo to warto ujrzeć, jak w programie dziennikarka Lois Lane obnaża niskie pobudki działań bohaterów, a wątek Robina, którego, choć jest już dorosły, wszyscy wciąż traktują jako chłopca, daje do myślenia (w tym sceną, gdy po uratowaniu kobiety przed rozbojem usiłuje otrzymać od niej 65 dolarów zapłaty).

A co najważniejsze, finałowy odcinek daje wreszcie odpowiedź (niebanalną, trzeba przyznać) na dręczące fanów od dekad pytanie, kto wygrałby pojedynek między Batmanem i Supermanem. Ja obejrzałem i już wiem.

Z nowych twarzy w sezonie drugim największą karierę zrobiła 12-latka grająca przez parę sekund córkę Hulk'a, bo mignęła na ekranie nowego "Mad Maxa", a jej postać miała nawet imię. Na podium uplasowali się też Ra'al Ghul, który mignął na ekranie jako bezimienny kierowca w "Wolverine" i równie bezimienny japoński więzień w odcinku "Pacyfiku" i Hulk, który dla odmiany mignął na ekranie jako bezimienny kierowca w "X-Men Origins: Wolverine", a w "Superman Returns" jako bezimienny strzelec. I to koniec listy twarzy, które ktoś mieszkający na północnej półkuli mógł gdzieś ujrzeć.

(Cały serial, którego kolejnych sezonów nie mogę się doczekać, do obejrzenia na www.justicelease.com.)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 56

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA