RSS
poniedziałek, 18 września 2017

Zaczyna się kosmicznie - od ujęcia niewielkiego obiekty kosmicznego (asteroidy? komety?) w pobliżu Ziemi. Chwilę potem zaczyna się robić absurdalnie: para parkuje vana Dodge'a, by podokazywać sobie w środku. W środku dnia, w tak ustronnym miejscu jak środek osiedlowej uliczki, skąd musieli przeganiać dzieciaki grające w unihokeja. Looks legit. A potem się jeszcze okazuje, że w tych romantycznych okolicznościach przyrody chłopak chce się dziewczynie oświadczyć. 

Scena, gdy meteor uderza w Ziemię (w Pennsylwanię dokładnie), a wszyscy starają się zdążyć do schronu, powinna epatować emocjami. A tak jest tak nieudolnie zagrana i zmontowana, że zieje nudą. Nawet mimo tego, że w ostatniej chwili do schronu nie udaje się dostać głównemu pomysłodawcy, a prywatnie ojcowi ww. dziewczyny z vana (i jej brata, któremu także udaje się schronić).

Minęło 10 lat w schronie. Nikt nie postarzał się nawet o rok, jedynie dzieci wyrosły. Musi faktycznie postarzać nas światło słoneczne.

Po dziesięciu latach w schronie padło zasilanie. Okazuje się, że nie działają baterie słoneczne na dachu schronu. Na zewnątrz rusza więc - po oporach kierownika schronu, który nawet już wiedząc o tym, że bez zasilania umrą w nim wszyscy za trzy dni, nie jest chętny wysłać ekipy na zewnątrz - ekipa naprawczo-eksploracyjna, która jest stworzona wbrew wszystkim regułom logiki.

A więc, na wyprawę puszczają ludzi młodych, podczas gdy bardziej doświadczeni "dorośli" zostają w środku, choć to oni ewolucyjnie są bardziej zbędni. Podobnie, na ryzykowną wyprawę pozwala się wyjść chyba wszystkim płodnym kobietom w schronie. Z jakiegoś powodu te plemiona naczelnych, które przetrwały, tak nie robiły. A gdy otwiera się śluza, za którą kryje się nieznany postapokaliptyczny świat z np. nieznanym powietrzem, staje przed nią cała ekipa razem, by gdy coś na zewnątrz okaże się śmiertelnie trujące i błyskawicznie zabijające solidarnie zginąć razem zamiast jednego, wylosowanego królika doświadczalnego. A na zewnątrz natychmiast zdejmują maski, pierwsi nim da się zauważyć jakiekolwiek oznaki życia, a drudzy po to, by im powiedzieć, że powietrze może być skażone. Doprawdy, jeżeli to w owym świecie jest cała ocalała ludzkość, to nie wróżę jej miliona lat dalszego trwania (ISBN: 83-07-02276-2)

Wszyscy wychodzą w kamuflażu moro - ale u jednej dziewczyny spodnie w moro są różowe. Looks legit.

Eksplorując teren ekipa dociera na farmę. Tam atakują ich humanoidalne zamaskowane stworzenia, a gdy drużyna bez chwili wahania zabija wszystkich napastników, pierwsze ich skojarzenie jest takie, że to zwierzęta. Jedna z dziewczyn wprost wyraża zdumienie, gdy słyszy sugestię, że to mogą być ludzie. Mimo że atakujący wyglądają dokładnie jak ludzie w grubych kurtkach z kapturami i goglach narciarskich. Najwyraźniej preppersi w tym schronie byli akurat kreacjonistami.

Trzeba przyznać filmowi, że trzyma poziom. Po naszej dzielnej drużynie na farmę w poszukiwaniu paliwa przybywa dzielna pani ksiądz w koloratce, długim skórzanym płaszczu i kowbojskim kapeluszu. 

Talk to the hand.

A gdy reżyser chce pokazać, że kierownik schronu ogląda przekaz na żywo od ekipy, czyni to jedną ręką.

Potem jadą do warsztatu samochodowego. Para prowadząca wchodzi do środka, po czym w korytarzu obraca się tyłem do wnętrza, bo zagaduje ich idąca kilka kroków za nimi kierowniczka wyprawy. A gdy idą przez ciemne i kręte korytarze, nikt nie ubezpiecza tyłów.

Montaż jest taki, że wyraźnie widać miejsca, gdzie były planowane przerwy na reklamy. To chyba jednak nie był film kinowy już w zamierzeniu.

Jest jedno ciekawe ujęcie z kamery przymocowanej do aktorki, skierowanej na nią, gdy rozgląda się po korytarzach.

A potem zza węgła wychynął creepy mutant. Prawdę mówiąc bardziej przeraża jego uśmiech, niż zielone oczy czy maska z kielicha.

A propos mutantów. Okazuje się, że owe "mutanty" są praktycznie nieodróżnialne od zwykłych zombie: chodzą powłócząc nogami, mają zerową inteligencję i rzucają się na ludzi, by ich rozgryźć. Do tego są tak kiepsko zrobieni, że Cybermeni z pierwszego, oryginalnego Doktora Who przy nich wydają mieć dopracowane kostiumy.

Scena: idzie trójka członków drużyny. W oddali słychać strzały, więc na chwilę przystają. Pierwsza biegiem w stronę strzałów rusza jedna z pań, mówiąc "We move. Move!". Potem biegnie druga, a gdy pan zostaje z tyłu, odwraca się za siebie, widzi, że nikogo nie ma, więc krzyczy "Go, go, go!" i macha ręką do pustej przestrzeni, po czym sam zaczyna biec. 

Ekipa ratowniczo-remontowa jest tak zróżnicowana i wyrazista jeżeli chodzi o swych członków, że dopiero, gdy kilku z nich zginęło zorientowałem się, że na początku liczyła osiem osób, podczas gdy ja byłem przekonany, że sześć. Można by rzec, że są równie bezbarwni jak postapokaliptyczne krajobrazy.

Jako jedna z pierwszych umiera drużynowa medyczka. Zostaje zaatakowana i pogryziona przez zomb... mutantów. Gdy reszta ekipy ją wreszcie oswobadza i zauważając liczne krwawiące rany, pyta jej o postępowania w takim przypadku. Medyczka, choć wygląda całkiem zdrowo, instruuje ich, by poderżnęli jej gardło, bo rany strasznie ją bolą, który to zabieg eutanazji wykonuje kierowniczka drużyny, a prywatnie najlepsze przyjaciółka medyczki. Ja jednak dałbym jakieś środki przeciwbólowe i starał się ją dowieźć z powrotem do schronu, ale wtedy medyczka nie mogłaby jako swych ostatnich słów powiedzieć: "I powiedz mamie, że będą na nią czekać po drugiej stronie".

No tak, skoro była pani ksiądz w skórzanym kapeluszu kowbojskim na mechanicznym odpowiedniku konia, to oczywiste jest, że drzwi w barze w miasteczku będą z saloonu wzięte (choć sensu to nie ma, skoro powietrze jest radioaktywne i lepiej tkwić w zamkniętych pomieszczeniach). Po prostu western post-apo z zielonookimi mutantami miast czerwonoskórych Indian.

Po wyjściu z saloonu, drużyna idzie do szeryfa miasteczka. Bo jest rzecz jasna i szeryf, skoro jest saloon. Ów na pytanie o mutantów odpowiada: "Niektórzy uważają, że przyjechali na grzbiecie meteorytu jakby był płomiennym ogierem. Inni mówią, że meteor zaraził naszą planetę złem. A jeszcze inni głoszą, że mutanci wyszli z piekła w miejscu, gdzie ziemia się rozstąpiła". Dziesięć lat po dziejącej się w naszych czasach apokalipsie mówi to 50-letni mężczyzna. To nie najlepiej świadczy o poziomie amerykańskiej edukacji.

Gdy w środku nocy (o północy?) mieszkańcy miasteczka zamieniają się w zomb... w mutantów, będący w saloonie członek ekipy chwyta w obronie własnej oparty o kontuar miecz. Bo przecież w każdym amerykańskim miasteczku, w którym jest saloon, musi być miecz.

Skądinąd, nawet ci pół-mutanci, którzy za dnia wyglądają i zachowują się jak ludzie, po nocnej zamianie w zielonookich mutantów stają się głupi jak zlewozmywak. Drużyna ukrywa się w saloonie z dużymi oknami, a żaden z mutantów nie wpada na pomysł, by wybić okno i wejść do środka przez dziurę.

Pani kowbojka ma ksywę Kaznodzieja (Preacher) i twierdzi, że mutację spowodowało to, że meteor walnął w reaktor nuklearny "i wszystko w wybuchu zostało zmienione" ("everything in the blast got changed"; podaję w oryginale, bo nie wiem, czy na tyle znam język, by umieć przetłumaczyć bełkot, który nie ma żadnego sensu), a "im co jest głębiej, tym mniej zostaje zmienione".

Pan Kaznodzieja błąkająca się po postapokaliptycznym świecie ma nienaganny makijaż i nad wyraz zadbane długie włosy. Akurat czytałem niedawno o tym, by w przypadku skażenia radioaktywnego unikać odżywki do włosów, ale reżyser najwyraźniej nie. Albo Kaznodziejce jest już wszystko jedno.

Ojejku. Pani Kaznodzieja z szefową drużyny idzie po nocy do kościółka na uboczu, by tam przy ołtarzu, podczas ujęcia, gdzie pół ekranu zajmuje krzyż, wyznać jej swoje winy: wcale nie jest kaznodzieją, a tylko znalazła takie ciuchy lata temu; nie chce być żadnych oszustem ni heretykiem, ale ludzie lepiej ją traktowali, gdy była w tym stroju, więc go nadal nosi. Podczas tej sceny zrozumiałem: to nie tylko jest kiepski film telewizyjny, to jest kiepski telewizyjny film post-apo telewizji katolickiej. Ludzie noszą krzyżyki, mówią o piekle i miłosierdziu Bożym, ich wiedza naukowa jest niemal zerowa... to produkcja w sam raz film do telewizji Trwam.

Ponieważ pani Kaznodzieja wyznała swe grzechy w kościele, w kolejnej scenie dostaje kosę w brzuch (i już dalej wiecie...).

A dzieje się to podczas sceny, gdy kierowniczka drużyny spotka swego zmutowanego byłego chłopaka, który chciał się jej oświadczyć w vanie. Przed śmiercią z jego ręki ratuje ją Kaznodziejka, a gdy ów ją zabija, kierowniczka drużyny odcina jej biczem głowę swemu byłemu. Późniejsze odrzucenie znalezionego pierścionka zaręczynowego nie ma jednak ten mocy co Arnoldowe "Uznaj to za rozwód".

Film kończy się małe ekscytującym heppy-endem: po zabiciu mutantów w wiosce, ekipa wsparta resztkami z zaatakowanego w międzyczasie schronu rusza w stronę Przystani ("Haven", bo nawet w katolickim filmie "Heaven" jako cel wyprawy to byłoby już za dużo), czyli miejsca bez mutantów i radiacji. Zatrzymuje się, by zakopać zmarłą Kaznodziejkę, której strój przywłaszczyła sobie kierowniczka drużyny (bo zaśpiewały razem psalm w kościele i Kaznodziejka jej powiedziała, że z takim głosem też może mieć swoje stado; true story), a wtedy tuż obok wyłania się ojciec kierowniczki i jej brata, który w (umiarkowanie) dramatycznych okolicznościach nie zdążył do schronu w chwili wybuchu. Oczywiście jest zdrowy i strasznie się za dziećmi stęsknił (z kierowniczką podróżuje jej brat) i zaraz ich zaprowadzi do celu ich podróży. I tu następuje koniec, by przypadkiem nie nadwyrężać budżetu pokazywaniem jakiejkolwiek jeszcze lokacji.

Jedynym udanym wątkiem finału jest leżąca na zieli tablica, tłumacząca nazwę: wcześniej głosił "Chevenne" albo nawet "Cheyenne", ale "C" zostało niemal całkowicie zamazane i stąd owa na wpół mityczna nazwa.

Wśród tych bezbarwnych twarzy błąkających się po bezbarwnych bezdrożach bez problemu rozpoznałem tylko jedną. To ojciec kierowniczki drużyny, który pojawia się wyłącznie w kilku pierwszych i ostatnich minutach filmu. A rozpoznałem go dlatego, że grał w odcinku "Miami Vice" o piekielnych wikingach na motocyklach

Kaznodziejkę grała piosenkarka Ashanti, która do tej pory zagrała w 56 produkcjach, z których 90% miało jej imię w tytule. W roli szeryfa jakiś gość, co grywa głównie w westernach, sądząc po tytułach. W roli bezsensownie się pojawiającego i zmieniającego strony w czasie walki gigantycznego mutanta - Frankenstein ze "Stana Helsinga". Reszty aktorów nigdzie nie widziałem i raczej nie zobaczę (choć dwoje zagrało epizody w serialu "Fargo", a jedna zagrała reporterkę numer 3 w jednym z nowych odcinków "Szczały", więc może jednak...).

12:41, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 września 2017

W odróżnieniu od sąsiednich, odcinek ten zwrócił mą uwagę na tyle, by o nim coś skrobnąć, bo osią fabularną było morderstwo nieoficjalnego wysłannika Rosji w sprawie (między innymi) zakończenia wojny na Ukrainie. A dzięki temu trafiło się nawet słowo o Polsce.

Dwóch Rosjan zostaje zastrzelonych przed klubem nocnym, z którego w pośpiechu wychodzą. Zabójcy, para Ukraińców, odjeżdża z piskiem opon, ale tracą kontrolę nad samochodem, zaś ten, kto ją przejmuje sprawia, że auto z nimi w środku spada z mostu.

Dopiero jakiś czas później się okazuje, że rosyjski oligarcha (w odcinku jest jeden młodociany specjalista Sherlocka; to on w imieniu widza pyta "co?" przy każdej okazji, więc także i słowo "oligarcha" Sherlock mu tłumaczy; jako "opryszki - miliarderzy") poza ustalaniem szczegółów renowacji portu w Connecticut ustalał właśnie szczegóły "końca wojny" z US State Department Undersecratary For European's Affairs (która, by było bardziej na miejscu, etnicznie była Azjatką). Tak jest, koniec wojny na Ukrainie załatwia podsekretarz stanu USA w Nowym Jorku. Tak widzą geopolitykę widzowie amerykańskiej telewizji.

Najpierw konsultujący detektywi przyglądają się firmie, w której powstał kod do przechwytywania pojazdów. Okazuje się, że napisała go programistka z zaburzeniami ze spektrum autyzmu (sama się definiuje jako osoba neuroatypowa), patologicznie prawdomówna. Gdy zostaje wyeliminowana z puli podejrzanych, dyrektor firmy opowiada, że dostęp do kodu mieli wszyscy w biurze, a co więcej - parę tygodni temu mieli włam na serwery. Nie zgłosili tego, bo była to rewizyta po tym, jak ich hakerzy włamali się na serwery konkurencji sprawdzić, nad czym pracują. Dyrektor bagatelizuje te naruszenia obowiązujących przepisów prawnych twierdząc, że "to część kultury w tej branży". Tak widzą innowacyjne firmy informatyczne widzowie amerykańskiej telewizji.

Sherlock i dr Watson zaczynają więc szukać podejrzanych wśród tych, którzy chcą dalszej wojny. Wpierw ktoś rzuca im, że skoro mordercy byli Ukraińcami, motyw może mieć sam rząd Ukrainy. "Ten kraj w czasie wojny otrzymuje dary charytatywne i może ktoś je przygarnia i nie chce, by się ten strumień skończył". Tak widzą Ukraińców widzowie amerykańskiej telewizji.

Następnie Sherlock i detektyw Bell udają się na miejsce zbrodni, wcześniej od świadka usłyszawszy, że Rosjanie wyszli z klubu po tym, jak ochroniarz przyjrzał się jednej z tancerek. Sherlock wśród nich rozpoznaję agentkę rosyjskiego wywiadu, znaną mu z przeglądanych akt brytyjskiego wywiadu. Ona jednak twierdzi, że nic z tym nie ma wspólnego, jest tu z powodu innego oficjela. Tak widzą Rosję widzowie amerykańskiej telewizji: jako państwo, którego agentkami mogą być nawet tancerki w nowojorskim klubie go-go. Na szczęście łatwo je rozpoznać: nie potrafią zgubić ciężkiego rosyjskiego akcentu.

Potem podejrzenie pada na handlarzy bronią, wszak oni na wojnie zarabiają. Ten, który zaangażowany jest najbardziej okazuje się niewinny jak łza: chce on zakończenia wojny, bo Rosjanom broni i tak nie sprzedaje (robią sobie sami), a jedynie elektronikę, a Ukraińców tak jak cała branża sprzedaje na kredyt (bo go do tego przekonali "przyjaciele z D.C."). Gdy wojna się zakończy, Ukraińcy będą musieli zapłacić, a z Rosji zostaną zdjęte sankcje, dzięki czemu rubel się umocni, a jego płatność za elektronikę w rublach zyska na wartości. Konkurencja ma to samo, więc cała ta branża okazuje się niewinna.

Na pytanie, kto mógłby czerpać zyski z trwania wojny, handlarz bronią rzecze: "ci, którzy handlują towarami, na które nałożono Rosji sankcje" i wymienia wprost kilku tych, którzy czerpią z tych sankcji profity: holenderski gaz ziemny, azerbejdżański kawior, polska wódka i norweskie drewno. Idea, by dyrekcja Polmosu zleciła zabicie rosyjskiego oligarchy przed nowojorskim nocnym klubem, na tyle zachwyciła mój umysł, że przez chwilę nie skojarzyłem, że przecież Norwegia postanowiła zakazać wycinki lasów w całym kraju, więc jak niby ma wykorzystać sankcje na rosyjskie drewno? A jeszcze później skojarzyłem, że odcinek wyemitowano niecałe pięć miesięcy przed wprowadzeniem tego zakazu - ale idea, by Norwegia pragnęła zwiększyć eksport drewna wcześniej też nie była przekonująca.

Aż na końcu okazało się, że zleceniodawcą był dyrektor firmy, w której Sherlock zawitał na początku, bo stworzyła kod komputerowy zdolny do przechwytywania aut i zrobienie tego, co zleceniodawca morderstwa zrobił parze Ukraińców. Okazało się, że firma ta pracuje też nad silnikami rakietowymi, a do czasu zakończenia wojny Rosja nie może sprzedawać swoich (tak popularnych, że jedynych) i zbyt szybkie zakończenie wojny sprawi, że nie zdąży zakończyć prac nad swoimi zanim znów na rynku pojawią się rosyjskie. To wszystko wyciąga z niego - z pomocą neuroatypowej programistki, która bardzo lubi koty - Sherlock wioząc go przez miasto w uprowadzonym elektronicznie samochodzie tuż pod komisariat.

I tak się odcinek kończy

(nie licząc międzyodcinkowego wątku ojca Sherlocka, pana Morlanda Holmesa, który pojawia się na początku czwartego sezonu i okazuje się być wpływowym graczem wśród elit tego świata; w tym odcinku akurat Watson odkrywa, że był on w związku z zastrzeloną dwa lata temu kobietą, a jego zachowanie wskazuje, że on też ucierpiał podczas owej strzelaniny i obawia się jej powtórzenia; wątek ten zakończy się pewnie właśnie takową, tylko jeszcze nie wiem, czy Sherlock uratuje swego ojca i ów znów wyjedzie na zawsze z miasta, czy też Morland Holmes umrze na rękach swego syna; okaże się pewnie w finale sezonu)

i tak kojarzyć będą wojnę na Ukrainie widzowie: dzieje się gdzieś w dzikim kraju, gdzie lokalni rządzący przywłaszczają sobie majątek płynący im z pomocą, handlarze bronią charytatywnie dają broń Ukraińcom na kredyt, zyskują na tej wojnie polscy producenci wódki i norwescy drwale, a rozwiązać to musi Podsekretarz Stanu USA, bo nie ma innych autorytetów w branży. Looks legit. 

Słowa nie ma o tym, jak te rozmowy pokojowe wyglądały (a przecież grono podejrzanych politycznie byłoby inne w zależności od tego, gdzie po jego zawarciu stacjonowały by wojska rosyjskie). Słowa nie ma o tym, kto wojnę zaczął (wojna jest i tyle; jebło to jebło...). Jest gdzieś tam na obrzeżach cywilizowanego świata wojna, więc Ameryka jako światowy policjant z dobroci serca chce jej zakończenia. 

I w żaden sposób się nie łudzę, że jak wojna ta rozleje się dalej, w tym na nasze tereny, to zostaniemy przedstawieni w amerykańskich serialach jakoś znacząco inaczej.

11:46, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 września 2017

Przez pierwsze sekundy zastanawiałem się, czy to aby nie "Sonda", bo powitało mnie ujęcie na koronalny wyrzut masy na Słońcu, a potem na powierzchnię Słońca w na tyle dużym zbliżeniu, że da się policzyć plamy słoneczne. Dopiero gdy sekundę później pojawiło się to słońce w oddali nad florydzką plażą, zrozumiałem, że nie.

Scenę prologu przed czołówką wieńczy ujęcie na Porsche 911 zasypywane tonami piachu do muzyki "Angry Young Men" Teda Nugenta, który gra tu rolę przestępcy, zabijającego człowieka, pakującego go do owego Porsche i zasypującego go wywrotką piachu. Doprawdy, jeżeli chodzi o intensywność doznań, ten odcinek się już znacząco wyróżnia.

OK, tuż po napisach pojawia się żart o sztuce Becketta luźno rzucony, gdy Sonny i Rico czekają na przybycie ich kontaktu. Moje zdumienie rośnie.

Pół minuty później Sonny zauracza się opalającą się nieopodal plażowiczką, która natychmiast zostaje tu ukazana w stylu soft porno, długimi ujęciami podkreślającymi jej wszystkie fizyczne atuty. Wrażenie to potęguje lecący w tle lekkostrawny motyw muzyczny na saksofon. A potem pani robi z siebie Miss Mokrego Podkoszulka, ubierając dla ochłody (przypominam: Słońce nad plażami) przemoczony podkoszulek i zdejmując pod nim górę od bikini.

Na początku odcinka myślałem, że to "Sonda". Po sześciu i pół minutach przekonany byłem, że "Pamiętniki Czerwonego Pantofelka" (gdzie zresztą też ta pani grała), czy inne "Listy do Playboya". Ciekawe, co będzie dalej.

(Cały początek odcinka, aż do scen z panią na leżaku (i ze sceną z zasypywanym Porsche) można sobie obejrzeć tutaj.)

Potem jednak jest już bardziej normalnie: mafioso chce iść na współpracę i zacząć sypać swych ziomków, ale wpierw chce ujrzeć swą siostrę, która od dwu lat jest w programie ochrony świadków. Z związku z tym do Miami przylatuje nieco obleśny czarnoskóry agent federalny z Waszyngtonu.

Sonny usiłuje pomóc panience - żalącej się, że ma złego męża - a ta korzystając z okazji zaciąga go do łóżka. Wtedy zza węgła wybiega zazdrosny mąż, daje Sonny'emu po mordzie i na kopach wygania go z mieszkania (no, apartamentu nr 960 w hotelu). Zdumiony Sonny stoi na korytarzu nie wiedząc, co ze sobą zrobić, aż po dłuższej chwili postanawia pójść do domu, bo co tak będzie sam siedział.

Dziewczyna wrabia Sonny'ego w kupno dwóch kilo koki od jej męża, tłumacząc mu, że tą transakcją wytłumaczyła swe spotkania z Sonny'm.

Jej zazdrosny mąż, w scenie, która nie ma żadnego sensu, wychodzi z gołą klatą na balkon i w powietrze wypowiada tytuł odcinka.

W zdumiewającym finale wątku mafiosa, gdy już wreszcie udaje się rozwikłać moralny konflikt między ilością informacji, które dostarczyć może współpracujący mafioso (padają zdania o padających siatkach przestępców w całych Stanach Zjednoczonych) a bezpieczeństwem osoby poddanej programowi ochrony świadków, nieco tylko nadużywając przy tym mobbingu, gdy następuje spotkanie mafiosa z jego siostrą, która obawia się śmierci z jego ręki, siostra zabija mafiosa kosą w brzuch (i już dalej wiecie...). Gdy wkoło rozpoczyna się panika, oddalony niezidentyfikowany strzelec zdejmuje umazaną krwią siostrę.

W nieco mniej zdumiewającym finale wątku molestowanej żony, gdy Sonny udaje się na miejsce spotkania okazuje się, że to miejsce akcji sceny sprzed napisów, a mąż dziewczyny wychodzi zza węgła i usiłuje zabić Sonny'ego, tak jak jego poprzedników, a potem zasypać go wraz z autem piachem. Gdy to się nie udaje, a miejsce popełnienia wykroczenia bada policja, znajduje pod sąsiednimi hałdami co najmniej trzy samochody. Sonny wraca więc do dziewczyny, która okazała się współorganizatorką seryjnej zbrodni, tylko po to, by miast do łóżka odprowadzić ją na helikopter do więzienia. Po czym stoi i smętnie patrzy na ocean miast się cieszyć, że co se poruchał, to jego.

W roli panienki - obiektu zauroczenia Sonny'ego - żona Długowiecznixa (Agecanonixa) z wersji "Asterix i Obelix kontra Cezar" z żywym, pełnowymiarowym Gérardem Depardieu. W roli jej męża - przestępcy - Ted Nugent, wokalista i gitarzysta rockowy. Jako waszyngtoński nieco obleśny agent federalny - sędzia Seymore Walsh z "Ally McBeal". Jako siostra mafiosa - Tincoo z jednego odcinka "Star Trek: Voyager". W epizodycznej roli - komandor Williams ze "Star Trek: Enterprise". A jako jeden z policjantów - jeden z producentów tego serialu.

Tagi: Miami Vice
22:52, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 września 2017

Odcinek zaczyna się sceną, w czasie której Stan Switek bierze udział w konkursie prowadzonym przez samego Phila Collinsa (znaczy, on się tu zwie Phil Mayhew, ale to nie jest tak, że to nazwisko pada jakoś często, podczas gdy imię trafiło nawet to tytułu odcinka) wiedzy na temat Elvisa Presley'a. Jest wyraźnie lepszy - zarówno w testach na wiedzę, jak w testach sprawnościowych - od przygłupiego przeciwnika, ale w nad wyraz podejrzanych okolicznościach przegrywa finał i nagrodę 100 tysięcy dolarów z owym głupkiem.

Phil Coll... Mayhew.

Zdenerwowany tym Switek próbuje zaprzęgnąć do pracy swój wydział, ale kończy się to dla niego niepomyślnie - nie dość, że porucznik Castillo nie wyraża zainteresowania, to jeszcze zwraca mu uwagę, że na ten dzień oficjalnie "wziął chorobowe", więc obcina mu dniówkę i każde robić dwie zmiany dnia kolejnego. 

Tymczasem reszta ekipy stara się dopaść wielkoformatowego dilera kokainy. W ten wątek włącza się sam Phil, który po przejęciu od głupka większości nagrody ("Dla mnie 80 tysięcy, bo mogłem na twoje miejsce wziąć kogokolwiek", tłumaczy mu) szalejąc z zakupami u jubilera podrywa dziewczyną dilera, fundując jej naszyjnik z pereł, który akurat oglądała. Bo kto bogatemu zabroni?

Phil część pieniędzy przeznacza też na wystrój swego domu, gdzie zamierza urządzić przyjęcie dla bogatego towarzystwa, od którego zamierza wyłudzić więcej kasy. I tu pojawia się znana postać rekurencyjna - Izzy Moreno, Kobieta Pracująca Miami - który w tym odcinku jest dekoratorem wnętrz. Bogatych wnętrz, do których wejścia warto znać, podobnie jak ich właścicieli. Proponuje wystrój w stylu hemingwey'owskim ("Hemingwayesque"), ale Phil - zna swój swego - wyczuwa w nim oszusta. Izzy Moreno proponuje mu więc swe kontakty i tym Phil jest już bardziej zainteresowany.

Obecność Izzy'ego okazuje się być pomysłem Switeka, który robiąc podwójne zmiany nie ma czasu samemu rozpracowywać Phila. Reszta ekipy jest tym na początku wkurzona, ale ostatecznie akceptuje jego oddolną inicjatywę, skoro już Izzy'emu udało się nawiązać kontakt.

Na imprezie u Phila dziewczyna dilera usiłuje Sonny'emu i Rico sprzedać pięć kilo koki, ale gdy sam Phil - stroniący od narkotyków - zauważa kokainistów w swym domu i słyszy, ile wydają na biały proszek, oferuje im lepszą cenę za produkt, którego nigdy nie zamierza im dostarczyć. Co tłumaczy wprost wielkoformatowemu dilerowi, gdy ów ściąga go do siebie i chce dać nauczkę za bycie dla niego konkurencją.

By wyjść żywym z tej sytuacji, Phil staje się pośrednikiem w zakupie. Wraz z nim na zakupy wybierają się Sonny i Rico i finał wygląda tak jak zwykle: wywiązuje się strzelanina, podczas której diler i jego obstawa giną. Sam Phil korzystając z zamieszania bierze walizkę z 75 tysiącami dolarów od kupujących, wsiada do swego samochodu i umyka gdzie pieprz rośnie. Zrozpaczony Switek rzuca pytanie, czy policja pozwoli mu tak bezkarnie odejść wolno, na co Sonny odpowiada "On nie odszedł, on odjechał".

Cała akcja dzieje się u podnóża Miami Eye.

Epilog odcinka zaś to idealny wstęp do teledysku "Jesus He Loves Me" Genesis[citation needed]: Switek i Larry Zito - który go dopingował z widowni podczas turnieju i wraz z nim robił podwójne zmiany - widzą w telewizorze Phila (i towarzyszącą mu dziewczynę dilera) wyciągającego kasę jako telekaznodzieja.

You see the face on the TV screen coming at you every Sunday...

W takim odcinku nie mogło zabraknąć piosenki Phila. Podczas testów sprawnościowych w teleturnieju (zwanym "Rat Race") oraz pod napisami końcowymi leci jego "Life is a Rat Race", wcześniej mi nieznane (teledysk pokazuje sporą część scen z Philem z tego odcinka). Do tego "Pick It Up (And Put It In Your Pocket)" Stana Ridgway'a, "Rock by Day, Roll by Night" Eugene Smith'a oraz "Knock on Wood" w wykonaniu Erica Claptona.

Choć gwiazdą odcinka bezapelacyjnie jesty Phil Collins, nie jest on jedyną znaną mi tam twarzą: jako przygłupi uczestnik teleturnieju występuje sam Joe Earley z "UHF" (nietrudno poznać, nawet ma podobną fryzurę), a jako dziewczyna dilera - Lace Pennamin, czyli ukochana Travolty z "Fenomenu". Reszta trzecioplanowych aktorów nie zabłysła już nigdzie indziej.

Tagi: Miami Vice
13:16, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 sierpnia 2017

"Rzymianie są bliżsi Niemcom. Mussolini wręcz uważa Juliusza Cezara za pierwszego faszystę", mówi Stirlitz w antykwariacie. Tym bardziej nie dziwi mnie, że zawsze wolałem sztukę grecką od rzymskiej.

Wow, podczas pościgu samochodowego uciekający Stirlitz zamiast używać lewego kierunkowskazu opuszcza korbką szybę i macha lewą ręką za oknem.

Stirlitz udający się na tajne spotkanie przebiera się najwyraźniej za Francuza: ubiera beret i dokleja sobie sztucznego wąsa. W tym zestawie, uzupełnionym paltem i nad wyraz oldskulowymi okularami przeciwsłonecznymi, wygląda nieco jak inspektor Clouseau.

Na miejsce tajnego spotkania Stirlitz wybrał Muzeum Nauk Przyrodniczych, co pozwoliło kamerzyście na kilka śmiałych ujęć i przebitki z twarzy kapucynki na twarz starej pani kustoszki, a mnie przypomniało, jak byłem w takim muzeum w Leningradzie (w Polsce się jakoś nigdy z nimi nie zetknąłem). To, w którym kręcona jest scena, też znajduje się w ZSRR, o czym świadczą przejeżdżające za oknem autobusy - podczas gdy wyglądający przez okno Stirlitz spogląda na brukowaną uliczkę w marcu 1945 roku, gdzie przejazd samochodu był tak rzadkim zjawiskiem, że aż wydarzeniem.

Drugi taki błąd się zdarza, gdy auto, którym jadą przedstawiciele rządu USA (SeSzeA, jak mawiają Rosjanie), mknie przez góry, a podczas ujęcia rozmowy w środku za tylnym oknem widać drogę w gęstym lesie (zdaje się iglastym).

Fajna jest scena, gdy wysyłany na misję spadochroniarz tłumaczy wysokiemu rangą naziście (Karlowi Wolffowi), że nie może wykonać jego zalecenia, by spalić przewożony list jeszcze zanim zacznie odcinać linki od spadochronu, bo go wtedy wiatr przewróci. Nazista się z tym łaskawie zgadza, pozbawiony nieco innych możliwości.

Fantastyczne ujęcie w willi Resortu Specjalnego Stanów Zjednoczonych w Brnie, podczas którego kamera przesuwa ciągłym się za zamkniętymi oknami, ukazując bezgłośnie ciągłą scenkę dziejącą się w salonie i korytarzyku do niego.

W czasie akcji nadchodzi 8 marca, co pozwala narratorowi z okazji Dnia Kobiet rozbłysnąć wiedzą, że do 1 lutego 1945 roku medalami zostało odznaczonych 72,196 kobiet, a 44 z nich dostały zaszczytny tytuł Bohatera Związku Sowieckiego, podczas gdy przez ekran przewijają się szpalty ówczesnych gazet pełnych zdjęć kobiet i portrety bohaterek ZSRR.

Bohaterki Związku Sowieckiego rozmawiają przy herbatce. Tyle, że herbatki nie ma, bo są przejściowe kłopoty z zaopatrzeniem.

Tagi: Stirlitz
23:19, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 sierpnia 2017

Ausweis, bitte.

Stirlitz. Albo Bolzen. Albo Isajew. Może dlatego ten ausweis nie jest imienny.

O rany, są wzmianki - z cytatami - o przedwojennych niemieckich komunistach. To dla równowagi, by widz wiedział, skąd NRD. A to dlatego, że odcinek zaczyna się sceną, w czasie której Stirlitz jeżdżąc po zrujnowanym Berlinie zauważa, że odruchowo pomyślał o Niemcach jako o "nas" i zaczyna nad niemieckim narodem, wśród którego spędził dwie dekady życia, rozmyślać.

A gdy dojeżdża na miejsce, okazuje się, że kamienica, w której mieszka jego radiotelegrafista z żoną w zaawansowanej ciąży, została zbombardowana. Co jest mu tym bardziej nie w smak, że czeka na ważną odpowiedź z Centrali

Okazuje się, że rosyjska żona radiotelegrafisty przeżyła wybuch bomby i trafia do szpitala - na porodówkę. W poprzednim odcinku Stirlitz sugerował im wyjazd z miasta, tłumacząc to tak: "Lekarz może poznać pochodzenie każdej rodzącej. Ból jest tak wielki, że każda z nich krzyczy w języku swojej matki". Ciężarna butnie twierdziła wtedy, że będzie krzyczeć po niemiecku, a tu widzimy ją nieprzytomną wzywającą swą matkę po rosyjsku. I położne po krótkiej zwłoce ("Zadzwoń później, teraz mamy mnóstwo pracy") informują o tym Gestapo.

W wyniku zawieruchy organizacyjnej w upadającej III Rzeszy, Stirlitz - który ma zbadać dla Centrali, który z szefów państwa planuje się kontaktować z Zachodem - okazuje się być nieświadomym kandydatem Himmlera na przedstawiciela w pertraktacjach z armią Zachodu, podczas gdy tenże Himmler chwil kilka wcześniej nakazuje śledzenie Stirlitza. 

W czwartym odcinku serialu Stirlitz cudem wychodzi z opresji po raz pierwszy.

A chwilę później robi coś, co dla współczesnego widza może zdać się niesamowite: ignoruje dzwoniący telefon.

O ramy, faktycznie 23 lutego, pośrodku zawieruchy i Wielkiej Gry, Stirlitz robi sobie wolne, bo to Dzień Armii Czerwonej, święto, które świętuje od lat. Przecież wszyscy tajni agenci tak robią. Hans Kloss nigdy nie pracował 11 listopada.

A co robi Stirlitz w święto wolne od pracy? Wspomina Leningrad 1942 roku i Stalingrad 1943 roku. Zaiste, impreza pełną gębą. Tyle tylko, że nie wspomina, a sobie wyobraża, w związku bowiem z pracą od dwudziestu lat nie był w ZSRR (poza Operacją Barbarossa, gdy strzelał do rodaków pod Smoleńskiem).

A potem robi pieczone ziemniaki w kominku, zapijając je wódką i śpiewając (nie na głos, wszak jest tajnym agentem!) radzieckie piosenki. Do wizerunku idealnego wojaka ZSRR brakuje tylko, by zmieniał przy tym kominku onuce. 

Dzięki serialowi się dowiedziałem, że "Wielka Brytania" to po radziecku jedno słowo.

A na zakończenie odcinka - najbardziej zblazowane "hajhitla" ever:

Jeżeli jakoś mogę się obronić przed słusznie należnym naziolkom banem za propagowanie treści, to wspomnę, że to sena z komunistycznego filmu.

Tagi: Stirlitz
21:07, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

La La Mido

Jak widać po lokalizacji miejsca akcji, serial jest nad wyraz współczesny. A jak widać po pogodzie, jest to odcinek świąteczny. Co dobitnie akcentuje pierwsza scena z przygotowywaniem bożonarodzeniowych potraw.

Później jednak robi się bardziej efektownie, począwszy od groźby wybuchu III wojny światowej, gdy w sieci pojawia się doskonale sfałszowana zgoda dla amerykańskich służb na cyberatak na Chiny. Po publikacji Chiny natychmiast wysyłają flotę okrętów podwodnych, by odpowiedzieć bardziej konwencjonalnie w momencie ataku. Równocześnie ktoś hackuje się do NSA (National Security Agency) i  kradnie 200 GB danych, a główną podejrzaną jest Riley, koleżanka MacGyvera z drużyny, która niespodziewanie znika parę godzin przed ową kradzieżą.

Ona też faktycznie okazuje się być źródłem wycieku danych, a zmuszona została do tego przez swych byłych pracodawców szantażem, którego przedmiotem było życie jej matki. Reszta ekipy łapie ją pod Vancouver w momencie przekazania komputera pełnego danych - za późno, by przekazaniu zapobiec, ale wystarczająco szybko, by matce Riley uratować życie.

Potem akcja przenosi się do Szanghaju, gdzie drużyna dostawszy się do budynku, do którego wniesiono trefny komputer, orientuje się, że to chińskie wojskowe komputerowe centrum dowodzenia. Tam w wielkim nie-finale udaje im się powstrzymać przed wystrzeleniem pocisków wszystkie okręty podwodne - poza jedynym. Więc kolejna walka z czasem, kolejne emocje, które kończą się jak zawsze.

Wtedy bowiem MacGyver robi w Gwiazdkę 2016 roku to samo, co zdarzyło się w rzeczywistości pół roku później: błędnie przekierowuje system GPS. Dzięki temu udaje mu się oddalić lecącą rakietę od wybrzeży Stanów Zjednoczonych. I choć Rosjanom udało się przekierować system jedynie o 30 kilometrów, MacGyverowi udaje się skierować pocisk w kosmos. Wybuch on ostatecznie w stratosferze 400 mil od amerykańskich wybrzeży (patrząc na prezentowaną mapę; wcześniej celem rozemocjonowania widza pokazywała się w dole ekranu odległość do celu, która z każdą sekundą malała, dochodząc do 69 mil, a to by już znacznie zmieniało poniższe twierdzenie), więc raczej nikt od skażenia nie ucierpiał. Nie wykluczam że mimo to i tak rzeczywisty prezydent Stanów Zjednoczonych mógłby odpowiedzieć atakiem - w odróżnieniu od wyidealizowanego świata serialu, w którym wojny widowisko udaje się tym samym uniknąć w ostatniej chwili.

A najlepsze jest w tym to, że w odcinku poświęconym grozie cyberprzestępczości, całe "hackowanie" polega na tym, że drużynowa hakerka level 17 ma tablet i kabelek i stuka w ekranik kilkanaście razy.

Do tego, by ten odcinek przeładować niczym świąteczne talerze, pojawiają się wątki romantyczne i familijne godne telenoweli. Doprawdy, za wiele tego dobrego - ale rozumiem znaczenie takiego odcinka w przypadku, gdy "zgrana paczka" się dopiero tworzy, czyli w pierwszym sezonie serialu. Później tak cukierkowy odcinek, zakończony wspólnym brataniem się przy choince, uznałbym już za faux pas, teraz wyjaśnienie i zakończenie wątku wcześniejszej relacji Riley z Jackiem i rozwinięcie relacji między nią a Bozerem pozwala przejść do kolejnego etapu ewolucji ekipy. Po pierwszych odcinkach pełnych sytuacji, gdy wzajemne relacje się dopiero kształtują i ustaleniu status quo największym zagrożeniem staje się nuda - z którą walczono wprowadzając kolejne zmiany bezustannie, często wręcz przesadnie (vide: "Battlestar Galactica"). Ciekawe, jak da radę sobie z tym ten serial.

A do tego imię MacGyvera nie pada ani razu. To chyba świąteczny prezent scenarzystów dla fanów oryginalnego serialu.

Tagi: MacGyver
19:33, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 sierpnia 2017

Do Miami przybywa polityczny dysydent - światowej klasy poeta z jednego z bliżej nieokreślonych środkowo- lub południowoamerykańskich, świeżo wypuszczony z aresztu domowego w swym kraju. W ślad za nim przybywają jego rodacy z zamiarem pozbawienia go życia nim z Miami oddali się parę dni później do Kapitolu wygłosić swą mowę. I ta banalna fabuła jest podstawą odcinka, w którym skrzy się od ciekawych komplikacji.

Kto bogatemu zabroni...

Janusze majamskiej architektury.

Sam pan poeta jest bowiem staruszkiem (w wieku okołoemerytalnym) poruszającym się na wózku inwalidzkim - a zarazem strasznym kobieciarzem, podrywającym i łapiącym za różne części ciała wszystkie ładne kobiety w zasięgu ręki. Jego zachowanie jest na tyle natarczywe, że zniesmaczało już wtedy, gdy normy społeczne na Zachodzie pod tym względem były zdecydowanie swobodniejsze. Co więcej, zdobywa niezbyt legalnie pistolet i wychodzi (wyjeżdża) na miasto, by tam się upić i strzelać z niego w nocnym klubie.

Poetę planuje zabić "prawicowe skrzydło" jego rodaków, bo akurat oni rządzą i przeciwko nim wypowiadać się na Kapitolu ma poeta. Jednak gdyby taki zamach nie doszedł do skutku, zabić go ma wybrany przedstawiciel "lewicowej" rewolucji, by poeta stał się męczennikiem sprawy. "Zabijemy Cię, ale Rewolucja będzie zawsze pamiętać twe imię!", mówi ów zabójca mierząc do poety z broni.

Owym zabójcą - już znacznie bardziej banalnie - okazuje się były student poety i były ukochany jego córki, który pojawia się w ich otoczeniu znienacka parę godzin po ich przybyciu do Miami. I banalnie kończy - tak jak wynajęta przez "prawicę" asasynka - ponosząc śmierć od kul Gliniarzy. W międzyczasie zaś zostaje porwany przez "prawicowych" opryszków, którzy go torturują bez wyraźnego celu, co jeszcze jego wątek urozmaica.

Scena przekazania pani asasynce pistoletu na lotnisku jest uroczo nieporadna, ale może wtedy tak się dało. Dziś przekazanie broni z ręki do ręki w hali przylotów na lotnisku na pewno zostałoby zarejestrowane przez kamery.

W roli lewackiego asasyna - latynoski Jarosław Boberek.

W roli prawackiej asasynki - Bianca Jagger, znana bojowniczka o prawa człowieka (chyba, że jest poetą). W roli jednego z oprychów -José Rodríguez Gacha z "Narcos", czy też właściciel lokalu z teledysku "Gorilla" Bruno Marsa, co jest takim teledyskiem, że ma poświęconą sobie podstronę na IMDB i 145 innych ról, w których jego niebanalna twarz na pewno przyciągała oko. W roli innego ze zbirów ("Goon #3") - ponoć Michael Bay, znany producent filmowy, ale patrząc na oprychów i jego zdjęcia, nie mogę dostrzec który (co, wydawałoby się, nie będzie trudne, bo tylko jeden z nich jest biały).

A na scenie klubu, do którego wstępuje poeta występuje Mik Muir, lider "hardcorepunkowego" zespołu "Suicidal Tendencies". Tacy to wtedy byli antysystemowi punkowcy, że w "Miami Vice" występowali. A panie tańczą do tej muzyki w modnych sukienkach i szpilkach. Hardcore punk jak cholera. Jedynie na miejscu okazuje się stary pan poeta-imigrant na wózku inwalidzkim, który wszczyna burdę o blondynkę, po czym wyjmuje zza pazuchy pistolet i strzela w powietrze, a gdy wszyscy zamierają przestraszeni, wyjeżdża z klubu szaleńczo się śmiejąc. 

Larry Zito (pierwszy od prawej)

Odcinek ten przypomniał mi, jak bardzo brakuje Zito w kolejnych seriach (po jego śmierci w odcinku 03x12). To on jest tym człowiekiem, który niezauważenie przemyka w tle, a gdy trzeba, to potrafi powiedzieć coś mądrego (to on wspomina o tym, że poeta może dostać Nobla). Zaś gdy nie trzeba nic mądrego mówić - przejawia niebanalne poczucie humoru. Przy nim nawet Switek, jego partner, wydaje się poważniejszą i głębszą postacią - tu na przykład zamiast magicznych sztuczek pokazuje swe umiejętności snajperskie, zabijając terrorystkę z dużej odległości. A już byłem przekonany, że go w policji trzymają tylko ze względu na urok osobisty.

Tagi: Miami Vice
23:33, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 sierpnia 2017

Odcinek zaczyna się sceną, gdy więzień aresztowany przez Sonny'ego Crocketta wzywa go na rozmowę, a gdy Sonny przybywa - krzyczy o tym, że teraz się zemści, wyjmuje samopał i... strzela sobie w łeb. Sonny wydaje się tym równie zdumiony, co widz.

Przy okazji Sonny wspomina o wyczesywaniu czyjegoś mózgu z własnych włosów, co sprawia, że podobna kwestia w późniejszym o osiem lat "Pulp Fiction" nagle zdała mi się dużo mniej oryginalna.

Później, w czasie odcinka, okazuje się, że ów więzień tuż przed aresztowaniem przytulił 3 miliony dolarów, co wtedy jeszcze było dużą kwotą pieniędzy. Ponieważ to Sonny z nim ostatni rozmawiał i to Sonny go aresztował - cały półświatek szuka Sonny'ego Crocketta, by odebrać mu te trzy bańki, bo sądzi, że więzień Sonny'emu przekazał je lub informację o tym, gdzie je ukrył.

W międzyczasie Sonny Burnett, który prywatnie jest tą samą osobą, przemierza ów półświatek, by dostąpić godności poznania wielkiego gracza na rynku, Mario Fuente, by móc go aresztować. Kolejna próba spotkania spala na panewce, więc Sonny i Rico dostają wsparcie w postaci dwóch policjantów też tropiących Fuente. Przynajmniej tak się oni przedstawiają - jeden z nich okazuje się być oficerem wydziału wewnętrznego, który przybył tu zbadać, czy aby faktycznie Sonny nie przygarnął tego worka zielonych banknotów; drugi zaś - wieloletni agent, chodząca legenda w stylu Crocketta lub Franciszka Maurera ("2 razy ranny, 7 odznaczeń, 4 nieudane małżeństwa", opisuje go Rico), okazuje się być tym, który faktycznie ukradł ów plecak cały wypchany dolarami, a potem zgłosił się do akcji na ochotnika, by wrobić w tę kradzież Sonny'ego.

Godna obejrzenia jest scena, gdy Sonny czeka w korytarzu na przesłuchanie przez Wydział Spaw Wewnętrznych. A ów siedzący tam i w milczeniu czytający gazetę Murzyn (niestety źródła nie podają jego nazwiska) - fantastyczny!

W wielkim finale Sonny wygrywa pojedynek na pięści i naładowany pistolet, rozgrywany na pędzącej motorówce, na której relingu zatrzymała się otwarta torba, z której malowniczo wylatują w powietrze studolarówki. Pojedynek zaczął się przy stanie trzy miliony dolarów, a - jak pokazuje zbliżenie - skończył się przy około pięciuset dolarach.

akurat na waciki

Tyle im zostało, co im nakapało.

Zastanawiałem się, skąd znam twarz skazańca Jesusa Moroto, od którego zaczyna się intryga. Okazało się, że grał wcześniej "fajtera" w "Rocky'm II". To faktycznie taka rola, że mogło być kilka zbliżeń na jego twarz. Zwłaszcza w czasie przyjmowania na nią lewych sierpowych.

Jako ów przekupny agent - pułkownik Jack Fisk z "Battlestar Galactici". Jako zastępca owego lorda narkotykowego Fuenta - generał Martin Perez z "Alien: Resurrection". A jako sam Mario Fuente - niejako Frank Zappa.

Chciałbym tu wymienić inne jego rolę, ale doprawdy, to jest najbliżej, jak otarł się jako aktor o kino oglądane przez szerokie masy widowni.

Tagi: Miami Vice
00:29, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 sierpnia 2017

By godnie uczcić poświęcenie dzielnych żołnierzy broniących nas przed bolszewicką nawałą, w dniu rocznicy postanowiłem się poświęcić i obejrzeć ten film.

Na samym początku mnie zdziwiło, że główną rolę męską gra aktor o imieniu "Borys" i zacząłem się zastanawiać, po której stronie frontu będzie ona umiejscowiona.

Po nad wyraz topornym wprowadzeniu w okoliczności zauroczyła mnie scena przemarszu radzieckiej kawalerii. To, co miało być ukazaniem ich w negatywnym świetle (jedzenie i palenie w czasie jazdy, niedbała postawa w siodle podczas leniwego stępa, niedbały ubiór), zdało mi się o wiele bardziej realistyczne niż wiele scen widzianych w innych filmach.

Bez sensu pojawia się wzmianka o odbiciu Kijowa. Nic nie wnosi do filmu, a za to rozbija tempo narracji. Ja rozumiem, że się można chcieć tym pochwalić, ale to miał być film kinowy, a nie paradokument historyczny.

W roli radzieckiego czekisty - jak zawsze zakazana morda Adama Ferencego.

Ekspozycja, ekspozycja, infodump. Gdyby każdy czekista był tak wygadany, to komuniści nijak by z tą rewolucją nie poszli do przodu, bo każdy by tylko gadał i gadał miast działać.

Ekspozycje, infodumpy i benefis Nataszy Urbańskiej. Pierwsza filmu połowa to piosenki w jej wykonaniu poprzeplatane jakąś szczątkową fabułą, by wgłębić się nieco w ich tematykę. Potem jest już lepiej.

Fajna była rola Jerzego Bończaka. Nie żeby postać była jakoś szczególnie oryginalna lub porywająca, a gra aktorska momentami jest nieco przeszarżowana, ale wszystkie sceny (poza finałem jego historii) dzieją się wyłącznie w teatrze, a on jako kapitan cały czas jest w mundurze, więc przynajmniej się nie nachodził i nie naprzebierał. 

Gra aktorska jest taka, że gdybym nie oglądał dużo "Szczały", to nie wiem, czy bym to zniósł. Dość powiedzieć, że Daniel Olbrychski gra gorzej niż w "Wiedźminie".

Ja pierdzielę, scena o tym, jak się Natasza Urbańska (to znaczy, ona w filmie ma jakieś imię, które brzmi inaczej; ale podobnie jak w przypadku Vina Diesela to niczego nie zmienia) strzelać uczy, jest tak przeładowana faktyczną instrukcją obsługi CKM-u, że jestem przekonany - słysząc niewyćwiczoną intonację - że gość, który jej udziela to nie aktor, tylko człowiek, który faktycznie tego uczy żołnierzy. Co oznacza, że albo Hoffmann nie wie, na czym polega kręcenie filmów fabularnych, albo polscy aktorzy są takimi debilami, że nie potrafią spamiętać kawałka tekstu, który faktycznie mówi coś sensownego. A do tego większość sceny to statyczne zbliżenie na twarz Nataszy Urbańskiej, której umiejętności gra aktorskiej są godne Szczały.

Ale z drugiej strony, to wszystko odwraca uwagę od luki fabularnej: zapisuje się dziewczyna do wojska jako sanitariuszka, idzie sobie przez koszary, zatrzymuje się przy CKM-ie i kierownik ekipy, nie przejawiając względem niej żadnych emocji, które by mogły tę lukę wyjaśnić, proponuje jej poćwiczyć strzelanie. A ona po dwóch próbach osiąga celność i skupienie zawodowca. I to wszystko widz słuchając bezbarwnego tonu instrukcji i patrząc na niezbyt ruchomą twarz Nataszy Urbańskiej połyka bez zastanowienia. Doprawdy, zdumiewająco innowacyjna technika - ale na mnie zadziałała.

Ładna jest scena z kościelnym, dyskusji o determinizmie. A raczej - ładna jest kościelnego argumentacja. 

Gdzieś tak w połowie filmu pojawiła mi się w głowie taka myśl: z tego mógłby być dobry film, gdyby tylko wyciąć natrętnie wciskane postacie historyczne. I poprawić jakość gry aktorskiej. I zatrudnić aktorkę, która potrafi grać. I montaż poprawić. I... i potem już widzę, że nie. Ale są sceny, czy kadry, które dają taką nadzieję.

Jak sceny z radziecką kawalerią. I sceny walki z nad wyraz nowatorską jak na polskie warunki pracą kamery (w jednym przypadku kąt ujęcia mi nie pasował, ale poza tym - naprawdę nieźle). I w sumie wszystkie (lub większość) scen zbiorowych. A gdy tylko na ekranie pojawiają się aktorzy wygłaszający kwestie - całe dobre wrażenie szlag trafia.

Księdzu Skorupce robiącemu znak krzyża i wypowiadającemu towarzyszące temu słowa po łacinie rozjeżdża się wizja i fonia: rękę ma już w pozycji Ducha, podczas gdy wypowiada dopiero "Filli". Nie sądzę, by autentyczny przedsoborowy ksiądz popełnił taki błąd.

Skądinąd, to mogłaby być też bardziej historia o nim, skoro został symbolem tej bitwy. W jednej z pierwszych scen Borys Szyc (znaczy, on ma jakieś imię, ale...) dzwoni po nocy do "Ignasia", co by sugerowało, że ks. Skorupka nie był aż takim chodzącym ideałem jak św. Aleksy. Historia tego, jak na skutek pochodu wojsk radzieckich dojrzewa do ruszenia na front, jak ma obawy, lecz wyrusza, by wspomóc żołnierzy, mogła by być mocnym punktem filmu. Tu niestety dostajemy tylko dwa-trzy statyczne ujęcia z nim święcącym ruszające na front oddziały i same chwile jego śmierci. Zbyt statycznie, zbyt schematycznie, zbyt po łebkach i za krótko, by widz zdążył polubić tę postać i odczuć emocje podczas jej śmierci.

Jak się nad tym zastanowić, to główną rolę ma tu Natasza Urbańska, celebrytka raczej niż aktorka, podczas gdy Borys Szyc, ponoć aktor, gra tu bardziej celebrycką rolę partnera głównej bohaterki. Reżyser postanowił ukryć ten fakt dla patriarchalnej widowni tnąc wątki jej historii niemiłosiernie (raz uśmiecha się na widok oddziału ochotniczek i w kolejnej scenie jest już jedną z nich). Może zaś wyszło mu to przypadkiem, inne wątki też są strasznie pocięte. Mam wrażenie, że dałoby się z tej fabuły i nakręconego materiału wykroić zwykły półtoragodzinny film o miłości w czasie najazdu bolszewików i godzinny paradokument historyczny.

I oba byłyby zapewne wiele lepsze niż ta produkcja.

W pozostałych rolach: ci co zawsze (tylko Tomasz Kot się nie załapał; skończył się?). Z samych aktorów występują: wiedźmin jako premier, Król Elfów jako Piłsudski, Calanthe i jej nadworny medyk, Cykada, Yurga, Sebald, elfi dowódca i oberżysta. Do tego: Bohun na koniu, Franciszek "Franz" Maurer z pistoletem u boku i inżynier Karwowski jako ksiądz. Jest Jarosław Boberek, jest nauczycielka z "Alternatywy 4" i Krzesimir Dębski jako Dzierżyński. Jest Marian Dziędziel, Jacek Poniedziałek i huzar z "Wilczycy". Jest Grażyna Szapołowska, Krzysztof Globisz przed udarem i Boruta z cyklu "Legendy Polskie". A w tle na ekranie migają m.in. Tagungsmitglied z "Tajemnicy Sagali", autostopowicz z "Podróży za jeden uśmiech", tegoroczny Eugeniusz Bodo, Faon z "Quo Vadis", Marek Pawlak z "Nie ma mocnych" i Mundek z "Wesela".

Rzadko oglądam polskie filmy, ale czytam polską prasę i polskojęzyczne portale informacyjne i nawet ja znam te nazwiska bądź te twarze (nazwiska Jerzego Rogalskiego nie znałem nijak - jego twarz zaś doskonale; a z takim Jackiem Poniedziałkiem czy Antonim Królikowskim mam dokładnie odwrotnie). Z drugiej strony - co się dziwić, miała to być po polsku przaśna superprodukcja, trzeba było wybrać same znane twarze lub nazwiska, by widz tłumnie ruszył do kina. Większość z nich mignęła za krótko, by móc pokazać swój aktorski kunszt; ci, którzy tkwili na ekranie dłużej, nie pokazywali go zazwyczaj z innych względów.

11:49, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 56

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA