RSS
czwartek, 07 września 2017

Odcinek zaczyna się sceną, w czasie której Stan Switek bierze udział w konkursie prowadzonym przez samego Phila Collinsa (znaczy, on się tu zwie Phil Mayhew, ale to nie jest tak, że to nazwisko pada jakoś często, podczas gdy imię trafiło nawet to tytułu odcinka) wiedzy na temat Elvisa Presley'a. Jest wyraźnie lepszy - zarówno w testach na wiedzę, jak w testach sprawnościowych - od przygłupiego przeciwnika, ale w nad wyraz podejrzanych okolicznościach przegrywa finał i nagrodę 100 tysięcy dolarów z owym głupkiem.

Phil Coll... Mayhew.

Zdenerwowany tym Switek próbuje zaprzęgnąć do pracy swój wydział, ale kończy się to dla niego niepomyślnie - nie dość, że porucznik Castillo nie wyraża zainteresowania, to jeszcze zwraca mu uwagę, że na ten dzień oficjalnie "wziął chorobowe", więc obcina mu dniówkę i każde robić dwie zmiany dnia kolejnego. 

Tymczasem reszta ekipy stara się dopaść wielkoformatowego dilera kokainy. W ten wątek włącza się sam Phil, który po przejęciu od głupka większości nagrody ("Dla mnie 80 tysięcy, bo mogłem na twoje miejsce wziąć kogokolwiek", tłumaczy mu) szalejąc z zakupami u jubilera podrywa dziewczyną dilera, fundując jej naszyjnik z pereł, który akurat oglądała. Bo kto bogatemu zabroni?

Phil część pieniędzy przeznacza też na wystrój swego domu, gdzie zamierza urządzić przyjęcie dla bogatego towarzystwa, od którego zamierza wyłudzić więcej kasy. I tu pojawia się znana postać rekurencyjna - Izzy Moreno, Kobieta Pracująca Miami - który w tym odcinku jest dekoratorem wnętrz. Bogatych wnętrz, do których wejścia warto znać, podobnie jak ich właścicieli. Proponuje wystrój w stylu hemingwey'owskim ("Hemingwayesque"), ale Phil - zna swój swego - wyczuwa w nim oszusta. Izzy Moreno proponuje mu więc swe kontakty i tym Phil jest już bardziej zainteresowany.

Obecność Izzy'ego okazuje się być pomysłem Switeka, który robiąc podwójne zmiany nie ma czasu samemu rozpracowywać Phila. Reszta ekipy jest tym na początku wkurzona, ale ostatecznie akceptuje jego oddolną inicjatywę, skoro już Izzy'emu udało się nawiązać kontakt.

Na imprezie u Phila dziewczyna dilera usiłuje Sonny'emu i Rico sprzedać pięć kilo koki, ale gdy sam Phil - stroniący od narkotyków - zauważa kokainistów w swym domu i słyszy, ile wydają na biały proszek, oferuje im lepszą cenę za produkt, którego nigdy nie zamierza im dostarczyć. Co tłumaczy wprost wielkoformatowemu dilerowi, gdy ów ściąga go do siebie i chce dać nauczkę za bycie dla niego konkurencją.

By wyjść żywym z tej sytuacji, Phil staje się pośrednikiem w zakupie. Wraz z nim na zakupy wybierają się Sonny i Rico i finał wygląda tak jak zwykle: wywiązuje się strzelanina, podczas której diler i jego obstawa giną. Sam Phil korzystając z zamieszania bierze walizkę z 75 tysiącami dolarów od kupujących, wsiada do swego samochodu i umyka gdzie pieprz rośnie. Zrozpaczony Switek rzuca pytanie, czy policja pozwoli mu tak bezkarnie odejść wolno, na co Sonny odpowiada "On nie odszedł, on odjechał".

Cała akcja dzieje się u podnóża Miami Eye.

Epilog odcinka zaś to idealny wstęp do teledysku "Jesus He Loves Me" Genesis[citation needed]: Switek i Larry Zito - który go dopingował z widowni podczas turnieju i wraz z nim robił podwójne zmiany - widzą w telewizorze Phila (i towarzyszącą mu dziewczynę dilera) wyciągającego kasę jako telekaznodzieja.

You see the face on the TV screen coming at you every Sunday...

W takim odcinku nie mogło zabraknąć piosenki Phila. Podczas testów sprawnościowych w teleturnieju (zwanym "Rat Race") oraz pod napisami końcowymi leci jego "Life is a Rat Race", wcześniej mi nieznane (teledysk pokazuje sporą część scen z Philem z tego odcinka). Do tego "Pick It Up (And Put It In Your Pocket)" Stana Ridgway'a, "Rock by Day, Roll by Night" Eugene Smith'a oraz "Knock on Wood" w wykonaniu Erica Claptona.

Choć gwiazdą odcinka bezapelacyjnie jesty Phil Collins, nie jest on jedyną znaną mi tam twarzą: jako przygłupi uczestnik teleturnieju występuje sam Joe Earley z "UHF" (nietrudno poznać, nawet ma podobną fryzurę), a jako dziewczyna dilera - Lace Pennamin, czyli ukochana Travolty z "Fenomenu". Reszta trzecioplanowych aktorów nie zabłysła już nigdzie indziej.

Tagi: Miami Vice
13:16, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 sierpnia 2017

"Rzymianie są bliżsi Niemcom. Mussolini wręcz uważa Juliusza Cezara za pierwszego faszystę", mówi Stirlitz w antykwariacie. Tym bardziej nie dziwi mnie, że zawsze wolałem sztukę grecką od rzymskiej.

Wow, podczas pościgu samochodowego uciekający Stirlitz zamiast używać lewego kierunkowskazu opuszcza korbką szybę i macha lewą ręką za oknem.

Stirlitz udający się na tajne spotkanie przebiera się najwyraźniej za Francuza: ubiera beret i dokleja sobie sztucznego wąsa. W tym zestawie, uzupełnionym paltem i nad wyraz oldskulowymi okularami przeciwsłonecznymi, wygląda nieco jak inspektor Clouseau.

Na miejsce tajnego spotkania Stirlitz wybrał Muzeum Nauk Przyrodniczych, co pozwoliło kamerzyście na kilka śmiałych ujęć i przebitki z twarzy kapucynki na twarz starej pani kustoszki, a mnie przypomniało, jak byłem w takim muzeum w Leningradzie (w Polsce się jakoś nigdy z nimi nie zetknąłem). To, w którym kręcona jest scena, też znajduje się w ZSRR, o czym świadczą przejeżdżające za oknem autobusy - podczas gdy wyglądający przez okno Stirlitz spogląda na brukowaną uliczkę w marcu 1945 roku, gdzie przejazd samochodu był tak rzadkim zjawiskiem, że aż wydarzeniem.

Drugi taki błąd się zdarza, gdy auto, którym jadą przedstawiciele rządu USA (SeSzeA, jak mawiają Rosjanie), mknie przez góry, a podczas ujęcia rozmowy w środku za tylnym oknem widać drogę w gęstym lesie (zdaje się iglastym).

Fajna jest scena, gdy wysyłany na misję spadochroniarz tłumaczy wysokiemu rangą naziście (Karlowi Wolffowi), że nie może wykonać jego zalecenia, by spalić przewożony list jeszcze zanim zacznie odcinać linki od spadochronu, bo go wtedy wiatr przewróci. Nazista się z tym łaskawie zgadza, pozbawiony nieco innych możliwości.

Fantastyczne ujęcie w willi Resortu Specjalnego Stanów Zjednoczonych w Brnie, podczas którego kamera przesuwa ciągłym się za zamkniętymi oknami, ukazując bezgłośnie ciągłą scenkę dziejącą się w salonie i korytarzyku do niego.

W czasie akcji nadchodzi 8 marca, co pozwala narratorowi z okazji Dnia Kobiet rozbłysnąć wiedzą, że do 1 lutego 1945 roku medalami zostało odznaczonych 72,196 kobiet, a 44 z nich dostały zaszczytny tytuł Bohatera Związku Sowieckiego, podczas gdy przez ekran przewijają się szpalty ówczesnych gazet pełnych zdjęć kobiet i portrety bohaterek ZSRR.

Bohaterki Związku Sowieckiego rozmawiają przy herbatce. Tyle, że herbatki nie ma, bo są przejściowe kłopoty z zaopatrzeniem.

Tagi: Stirlitz
23:19, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 sierpnia 2017

Ausweis, bitte.

Stirlitz. Albo Bolzen. Albo Isajew. Może dlatego ten ausweis nie jest imienny.

O rany, są wzmianki - z cytatami - o przedwojennych niemieckich komunistach. To dla równowagi, by widz wiedział, skąd NRD. A to dlatego, że odcinek zaczyna się sceną, w czasie której Stirlitz jeżdżąc po zrujnowanym Berlinie zauważa, że odruchowo pomyślał o Niemcach jako o "nas" i zaczyna nad niemieckim narodem, wśród którego spędził dwie dekady życia, rozmyślać.

A gdy dojeżdża na miejsce, okazuje się, że kamienica, w której mieszka jego radiotelegrafista z żoną w zaawansowanej ciąży, została zbombardowana. Co jest mu tym bardziej nie w smak, że czeka na ważną odpowiedź z Centrali

Okazuje się, że rosyjska żona radiotelegrafisty przeżyła wybuch bomby i trafia do szpitala - na porodówkę. W poprzednim odcinku Stirlitz sugerował im wyjazd z miasta, tłumacząc to tak: "Lekarz może poznać pochodzenie każdej rodzącej. Ból jest tak wielki, że każda z nich krzyczy w języku swojej matki". Ciężarna butnie twierdziła wtedy, że będzie krzyczeć po niemiecku, a tu widzimy ją nieprzytomną wzywającą swą matkę po rosyjsku. I położne po krótkiej zwłoce ("Zadzwoń później, teraz mamy mnóstwo pracy") informują o tym Gestapo.

W wyniku zawieruchy organizacyjnej w upadającej III Rzeszy, Stirlitz - który ma zbadać dla Centrali, który z szefów państwa planuje się kontaktować z Zachodem - okazuje się być nieświadomym kandydatem Himmlera na przedstawiciela w pertraktacjach z armią Zachodu, podczas gdy tenże Himmler chwil kilka wcześniej nakazuje śledzenie Stirlitza. 

W czwartym odcinku serialu Stirlitz cudem wychodzi z opresji po raz pierwszy.

A chwilę później robi coś, co dla współczesnego widza może zdać się niesamowite: ignoruje dzwoniący telefon.

O ramy, faktycznie 23 lutego, pośrodku zawieruchy i Wielkiej Gry, Stirlitz robi sobie wolne, bo to Dzień Armii Czerwonej, święto, które świętuje od lat. Przecież wszyscy tajni agenci tak robią. Hans Kloss nigdy nie pracował 11 listopada.

A co robi Stirlitz w święto wolne od pracy? Wspomina Leningrad 1942 roku i Stalingrad 1943 roku. Zaiste, impreza pełną gębą. Tyle tylko, że nie wspomina, a sobie wyobraża, w związku bowiem z pracą od dwudziestu lat nie był w ZSRR (poza Operacją Barbarossa, gdy strzelał do rodaków pod Smoleńskiem).

A potem robi pieczone ziemniaki w kominku, zapijając je wódką i śpiewając (nie na głos, wszak jest tajnym agentem!) radzieckie piosenki. Do wizerunku idealnego wojaka ZSRR brakuje tylko, by zmieniał przy tym kominku onuce. 

Dzięki serialowi się dowiedziałem, że "Wielka Brytania" to po radziecku jedno słowo.

A na zakończenie odcinka - najbardziej zblazowane "hajhitla" ever:

Jeżeli jakoś mogę się obronić przed słusznie należnym naziolkom banem za propagowanie treści, to wspomnę, że to sena z komunistycznego filmu.

Tagi: Stirlitz
21:07, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

La La Mido

Jak widać po lokalizacji miejsca akcji, serial jest nad wyraz współczesny. A jak widać po pogodzie, jest to odcinek świąteczny. Co dobitnie akcentuje pierwsza scena z przygotowywaniem bożonarodzeniowych potraw.

Później jednak robi się bardziej efektownie, począwszy od groźby wybuchu III wojny światowej, gdy w sieci pojawia się doskonale sfałszowana zgoda dla amerykańskich służb na cyberatak na Chiny. Po publikacji Chiny natychmiast wysyłają flotę okrętów podwodnych, by odpowiedzieć bardziej konwencjonalnie w momencie ataku. Równocześnie ktoś hackuje się do NSA (National Security Agency) i  kradnie 200 GB danych, a główną podejrzaną jest Riley, koleżanka MacGyvera z drużyny, która niespodziewanie znika parę godzin przed ową kradzieżą.

Ona też faktycznie okazuje się być źródłem wycieku danych, a zmuszona została do tego przez swych byłych pracodawców szantażem, którego przedmiotem było życie jej matki. Reszta ekipy łapie ją pod Vancouver w momencie przekazania komputera pełnego danych - za późno, by przekazaniu zapobiec, ale wystarczająco szybko, by matce Riley uratować życie.

Potem akcja przenosi się do Szanghaju, gdzie drużyna dostawszy się do budynku, do którego wniesiono trefny komputer, orientuje się, że to chińskie wojskowe komputerowe centrum dowodzenia. Tam w wielkim nie-finale udaje im się powstrzymać przed wystrzeleniem pocisków wszystkie okręty podwodne - poza jedynym. Więc kolejna walka z czasem, kolejne emocje, które kończą się jak zawsze.

Wtedy bowiem MacGyver robi w Gwiazdkę 2016 roku to samo, co zdarzyło się w rzeczywistości pół roku później: błędnie przekierowuje system GPS. Dzięki temu udaje mu się oddalić lecącą rakietę od wybrzeży Stanów Zjednoczonych. I choć Rosjanom udało się przekierować system jedynie o 30 kilometrów, MacGyverowi udaje się skierować pocisk w kosmos. Wybuch on ostatecznie w stratosferze 400 mil od amerykańskich wybrzeży (patrząc na prezentowaną mapę; wcześniej celem rozemocjonowania widza pokazywała się w dole ekranu odległość do celu, która z każdą sekundą malała, dochodząc do 69 mil, a to by już znacznie zmieniało poniższe twierdzenie), więc raczej nikt od skażenia nie ucierpiał. Nie wykluczam że mimo to i tak rzeczywisty prezydent Stanów Zjednoczonych mógłby odpowiedzieć atakiem - w odróżnieniu od wyidealizowanego świata serialu, w którym wojny widowisko udaje się tym samym uniknąć w ostatniej chwili.

A najlepsze jest w tym to, że w odcinku poświęconym grozie cyberprzestępczości, całe "hackowanie" polega na tym, że drużynowa hakerka level 17 ma tablet i kabelek i stuka w ekranik kilkanaście razy.

Do tego, by ten odcinek przeładować niczym świąteczne talerze, pojawiają się wątki romantyczne i familijne godne telenoweli. Doprawdy, za wiele tego dobrego - ale rozumiem znaczenie takiego odcinka w przypadku, gdy "zgrana paczka" się dopiero tworzy, czyli w pierwszym sezonie serialu. Później tak cukierkowy odcinek, zakończony wspólnym brataniem się przy choince, uznałbym już za faux pas, teraz wyjaśnienie i zakończenie wątku wcześniejszej relacji Riley z Jackiem i rozwinięcie relacji między nią a Bozerem pozwala przejść do kolejnego etapu ewolucji ekipy. Po pierwszych odcinkach pełnych sytuacji, gdy wzajemne relacje się dopiero kształtują i ustaleniu status quo największym zagrożeniem staje się nuda - z którą walczono wprowadzając kolejne zmiany bezustannie, często wręcz przesadnie (vide: "Battlestar Galactica"). Ciekawe, jak da radę sobie z tym ten serial.

A do tego imię MacGyvera nie pada ani razu. To chyba świąteczny prezent scenarzystów dla fanów oryginalnego serialu.

Tagi: MacGyver
19:33, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 sierpnia 2017

Do Miami przybywa polityczny dysydent - światowej klasy poeta z jednego z bliżej nieokreślonych środkowo- lub południowoamerykańskich, świeżo wypuszczony z aresztu domowego w swym kraju. W ślad za nim przybywają jego rodacy z zamiarem pozbawienia go życia nim z Miami oddali się parę dni później do Kapitolu wygłosić swą mowę. I ta banalna fabuła jest podstawą odcinka, w którym skrzy się od ciekawych komplikacji.

Kto bogatemu zabroni...

Janusze majamskiej architektury.

Sam pan poeta jest bowiem staruszkiem (w wieku okołoemerytalnym) poruszającym się na wózku inwalidzkim - a zarazem strasznym kobieciarzem, podrywającym i łapiącym za różne części ciała wszystkie ładne kobiety w zasięgu ręki. Jego zachowanie jest na tyle natarczywe, że zniesmaczało już wtedy, gdy normy społeczne na Zachodzie pod tym względem były zdecydowanie swobodniejsze. Co więcej, zdobywa niezbyt legalnie pistolet i wychodzi (wyjeżdża) na miasto, by tam się upić i strzelać z niego w nocnym klubie.

Poetę planuje zabić "prawicowe skrzydło" jego rodaków, bo akurat oni rządzą i przeciwko nim wypowiadać się na Kapitolu ma poeta. Jednak gdyby taki zamach nie doszedł do skutku, zabić go ma wybrany przedstawiciel "lewicowej" rewolucji, by poeta stał się męczennikiem sprawy. "Zabijemy Cię, ale Rewolucja będzie zawsze pamiętać twe imię!", mówi ów zabójca mierząc do poety z broni.

Owym zabójcą - już znacznie bardziej banalnie - okazuje się były student poety i były ukochany jego córki, który pojawia się w ich otoczeniu znienacka parę godzin po ich przybyciu do Miami. I banalnie kończy - tak jak wynajęta przez "prawicę" asasynka - ponosząc śmierć od kul Gliniarzy. W międzyczasie zaś zostaje porwany przez "prawicowych" opryszków, którzy go torturują bez wyraźnego celu, co jeszcze jego wątek urozmaica.

Scena przekazania pani asasynce pistoletu na lotnisku jest uroczo nieporadna, ale może wtedy tak się dało. Dziś przekazanie broni z ręki do ręki w hali przylotów na lotnisku na pewno zostałoby zarejestrowane przez kamery.

W roli lewackiego asasyna - latynoski Jarosław Boberek.

W roli prawackiej asasynki - Bianca Jagger, znana bojowniczka o prawa człowieka (chyba, że jest poetą). W roli jednego z oprychów -José Rodríguez Gacha z "Narcos", czy też właściciel lokalu z teledysku "Gorilla" Bruno Marsa, co jest takim teledyskiem, że ma poświęconą sobie podstronę na IMDB i 145 innych ról, w których jego niebanalna twarz na pewno przyciągała oko. W roli innego ze zbirów ("Goon #3") - ponoć Michael Bay, znany producent filmowy, ale patrząc na oprychów i jego zdjęcia, nie mogę dostrzec który (co, wydawałoby się, nie będzie trudne, bo tylko jeden z nich jest biały).

A na scenie klubu, do którego wstępuje poeta występuje Mik Muir, lider "hardcorepunkowego" zespołu "Suicidal Tendencies". Tacy to wtedy byli antysystemowi punkowcy, że w "Miami Vice" występowali. A panie tańczą do tej muzyki w modnych sukienkach i szpilkach. Hardcore punk jak cholera. Jedynie na miejscu okazuje się stary pan poeta-imigrant na wózku inwalidzkim, który wszczyna burdę o blondynkę, po czym wyjmuje zza pazuchy pistolet i strzela w powietrze, a gdy wszyscy zamierają przestraszeni, wyjeżdża z klubu szaleńczo się śmiejąc. 

Larry Zito (pierwszy od prawej)

Odcinek ten przypomniał mi, jak bardzo brakuje Zito w kolejnych seriach (po jego śmierci w odcinku 03x12). To on jest tym człowiekiem, który niezauważenie przemyka w tle, a gdy trzeba, to potrafi powiedzieć coś mądrego (to on wspomina o tym, że poeta może dostać Nobla). Zaś gdy nie trzeba nic mądrego mówić - przejawia niebanalne poczucie humoru. Przy nim nawet Switek, jego partner, wydaje się poważniejszą i głębszą postacią - tu na przykład zamiast magicznych sztuczek pokazuje swe umiejętności snajperskie, zabijając terrorystkę z dużej odległości. A już byłem przekonany, że go w policji trzymają tylko ze względu na urok osobisty.

Tagi: Miami Vice
23:33, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 sierpnia 2017

Odcinek zaczyna się sceną, gdy więzień aresztowany przez Sonny'ego Crocketta wzywa go na rozmowę, a gdy Sonny przybywa - krzyczy o tym, że teraz się zemści, wyjmuje samopał i... strzela sobie w łeb. Sonny wydaje się tym równie zdumiony, co widz.

Przy okazji Sonny wspomina o wyczesywaniu czyjegoś mózgu z własnych włosów, co sprawia, że podobna kwestia w późniejszym o osiem lat "Pulp Fiction" nagle zdała mi się dużo mniej oryginalna.

Później, w czasie odcinka, okazuje się, że ów więzień tuż przed aresztowaniem przytulił 3 miliony dolarów, co wtedy jeszcze było dużą kwotą pieniędzy. Ponieważ to Sonny z nim ostatni rozmawiał i to Sonny go aresztował - cały półświatek szuka Sonny'ego Crocketta, by odebrać mu te trzy bańki, bo sądzi, że więzień Sonny'emu przekazał je lub informację o tym, gdzie je ukrył.

W międzyczasie Sonny Burnett, który prywatnie jest tą samą osobą, przemierza ów półświatek, by dostąpić godności poznania wielkiego gracza na rynku, Mario Fuente, by móc go aresztować. Kolejna próba spotkania spala na panewce, więc Sonny i Rico dostają wsparcie w postaci dwóch policjantów też tropiących Fuente. Przynajmniej tak się oni przedstawiają - jeden z nich okazuje się być oficerem wydziału wewnętrznego, który przybył tu zbadać, czy aby faktycznie Sonny nie przygarnął tego worka zielonych banknotów; drugi zaś - wieloletni agent, chodząca legenda w stylu Crocketta lub Franciszka Maurera ("2 razy ranny, 7 odznaczeń, 4 nieudane małżeństwa", opisuje go Rico), okazuje się być tym, który faktycznie ukradł ów plecak cały wypchany dolarami, a potem zgłosił się do akcji na ochotnika, by wrobić w tę kradzież Sonny'ego.

Godna obejrzenia jest scena, gdy Sonny czeka w korytarzu na przesłuchanie przez Wydział Spaw Wewnętrznych. A ów siedzący tam i w milczeniu czytający gazetę Murzyn (niestety źródła nie podają jego nazwiska) - fantastyczny!

W wielkim finale Sonny wygrywa pojedynek na pięści i naładowany pistolet, rozgrywany na pędzącej motorówce, na której relingu zatrzymała się otwarta torba, z której malowniczo wylatują w powietrze studolarówki. Pojedynek zaczął się przy stanie trzy miliony dolarów, a - jak pokazuje zbliżenie - skończył się przy około pięciuset dolarach.

akurat na waciki

Tyle im zostało, co im nakapało.

Zastanawiałem się, skąd znam twarz skazańca Jesusa Moroto, od którego zaczyna się intryga. Okazało się, że grał wcześniej "fajtera" w "Rocky'm II". To faktycznie taka rola, że mogło być kilka zbliżeń na jego twarz. Zwłaszcza w czasie przyjmowania na nią lewych sierpowych.

Jako ów przekupny agent - pułkownik Jack Fisk z "Battlestar Galactici". Jako zastępca owego lorda narkotykowego Fuenta - generał Martin Perez z "Alien: Resurrection". A jako sam Mario Fuente - niejako Frank Zappa.

Chciałbym tu wymienić inne jego rolę, ale doprawdy, to jest najbliżej, jak otarł się jako aktor o kino oglądane przez szerokie masy widowni.

Tagi: Miami Vice
00:29, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 sierpnia 2017

By godnie uczcić poświęcenie dzielnych żołnierzy broniących nas przed bolszewicką nawałą, w dniu rocznicy postanowiłem się poświęcić i obejrzeć ten film.

Na samym początku mnie zdziwiło, że główną rolę męską gra aktor o imieniu "Borys" i zacząłem się zastanawiać, po której stronie frontu będzie ona umiejscowiona.

Po nad wyraz topornym wprowadzeniu w okoliczności zauroczyła mnie scena przemarszu radzieckiej kawalerii. To, co miało być ukazaniem ich w negatywnym świetle (jedzenie i palenie w czasie jazdy, niedbała postawa w siodle podczas leniwego stępa, niedbały ubiór), zdało mi się o wiele bardziej realistyczne niż wiele scen widzianych w innych filmach.

Bez sensu pojawia się wzmianka o odbiciu Kijowa. Nic nie wnosi do filmu, a za to rozbija tempo narracji. Ja rozumiem, że się można chcieć tym pochwalić, ale to miał być film kinowy, a nie paradokument historyczny.

W roli radzieckiego czekisty - jak zawsze zakazana morda Adama Ferencego.

Ekspozycja, ekspozycja, infodump. Gdyby każdy czekista był tak wygadany, to komuniści nijak by z tą rewolucją nie poszli do przodu, bo każdy by tylko gadał i gadał miast działać.

Ekspozycje, infodumpy i benefis Nataszy Urbańskiej. Pierwsza filmu połowa to piosenki w jej wykonaniu poprzeplatane jakąś szczątkową fabułą, by wgłębić się nieco w ich tematykę. Potem jest już lepiej.

Fajna była rola Jerzego Bończaka. Nie żeby postać była jakoś szczególnie oryginalna lub porywająca, a gra aktorska momentami jest nieco przeszarżowana, ale wszystkie sceny (poza finałem jego historii) dzieją się wyłącznie w teatrze, a on jako kapitan cały czas jest w mundurze, więc przynajmniej się nie nachodził i nie naprzebierał. 

Gra aktorska jest taka, że gdybym nie oglądał dużo "Szczały", to nie wiem, czy bym to zniósł. Dość powiedzieć, że Daniel Olbrychski gra gorzej niż w "Wiedźminie".

Ja pierdzielę, scena o tym, jak się Natasza Urbańska (to znaczy, ona w filmie ma jakieś imię, które brzmi inaczej; ale podobnie jak w przypadku Vina Diesela to niczego nie zmienia) strzelać uczy, jest tak przeładowana faktyczną instrukcją obsługi CKM-u, że jestem przekonany - słysząc niewyćwiczoną intonację - że gość, który jej udziela to nie aktor, tylko człowiek, który faktycznie tego uczy żołnierzy. Co oznacza, że albo Hoffmann nie wie, na czym polega kręcenie filmów fabularnych, albo polscy aktorzy są takimi debilami, że nie potrafią spamiętać kawałka tekstu, który faktycznie mówi coś sensownego. A do tego większość sceny to statyczne zbliżenie na twarz Nataszy Urbańskiej, której umiejętności gra aktorskiej są godne Szczały.

Ale z drugiej strony, to wszystko odwraca uwagę od luki fabularnej: zapisuje się dziewczyna do wojska jako sanitariuszka, idzie sobie przez koszary, zatrzymuje się przy CKM-ie i kierownik ekipy, nie przejawiając względem niej żadnych emocji, które by mogły tę lukę wyjaśnić, proponuje jej poćwiczyć strzelanie. A ona po dwóch próbach osiąga celność i skupienie zawodowca. I to wszystko widz słuchając bezbarwnego tonu instrukcji i patrząc na niezbyt ruchomą twarz Nataszy Urbańskiej połyka bez zastanowienia. Doprawdy, zdumiewająco innowacyjna technika - ale na mnie zadziałała.

Ładna jest scena z kościelnym, dyskusji o determinizmie. A raczej - ładna jest kościelnego argumentacja. 

Gdzieś tak w połowie filmu pojawiła mi się w głowie taka myśl: z tego mógłby być dobry film, gdyby tylko wyciąć natrętnie wciskane postacie historyczne. I poprawić jakość gry aktorskiej. I zatrudnić aktorkę, która potrafi grać. I montaż poprawić. I... i potem już widzę, że nie. Ale są sceny, czy kadry, które dają taką nadzieję.

Jak sceny z radziecką kawalerią. I sceny walki z nad wyraz nowatorską jak na polskie warunki pracą kamery (w jednym przypadku kąt ujęcia mi nie pasował, ale poza tym - naprawdę nieźle). I w sumie wszystkie (lub większość) scen zbiorowych. A gdy tylko na ekranie pojawiają się aktorzy wygłaszający kwestie - całe dobre wrażenie szlag trafia.

Księdzu Skorupce robiącemu znak krzyża i wypowiadającemu towarzyszące temu słowa po łacinie rozjeżdża się wizja i fonia: rękę ma już w pozycji Ducha, podczas gdy wypowiada dopiero "Filli". Nie sądzę, by autentyczny przedsoborowy ksiądz popełnił taki błąd.

Skądinąd, to mogłaby być też bardziej historia o nim, skoro został symbolem tej bitwy. W jednej z pierwszych scen Borys Szyc (znaczy, on ma jakieś imię, ale...) dzwoni po nocy do "Ignasia", co by sugerowało, że ks. Skorupka nie był aż takim chodzącym ideałem jak św. Aleksy. Historia tego, jak na skutek pochodu wojsk radzieckich dojrzewa do ruszenia na front, jak ma obawy, lecz wyrusza, by wspomóc żołnierzy, mogła by być mocnym punktem filmu. Tu niestety dostajemy tylko dwa-trzy statyczne ujęcia z nim święcącym ruszające na front oddziały i same chwile jego śmierci. Zbyt statycznie, zbyt schematycznie, zbyt po łebkach i za krótko, by widz zdążył polubić tę postać i odczuć emocje podczas jej śmierci.

Jak się nad tym zastanowić, to główną rolę ma tu Natasza Urbańska, celebrytka raczej niż aktorka, podczas gdy Borys Szyc, ponoć aktor, gra tu bardziej celebrycką rolę partnera głównej bohaterki. Reżyser postanowił ukryć ten fakt dla patriarchalnej widowni tnąc wątki jej historii niemiłosiernie (raz uśmiecha się na widok oddziału ochotniczek i w kolejnej scenie jest już jedną z nich). Może zaś wyszło mu to przypadkiem, inne wątki też są strasznie pocięte. Mam wrażenie, że dałoby się z tej fabuły i nakręconego materiału wykroić zwykły półtoragodzinny film o miłości w czasie najazdu bolszewików i godzinny paradokument historyczny.

I oba byłyby zapewne wiele lepsze niż ta produkcja.

W pozostałych rolach: ci co zawsze (tylko Tomasz Kot się nie załapał; skończył się?). Z samych aktorów występują: wiedźmin jako premier, Król Elfów jako Piłsudski, Calanthe i jej nadworny medyk, Cykada, Yurga, Sebald, elfi dowódca i oberżysta. Do tego: Bohun na koniu, Franciszek "Franz" Maurer z pistoletem u boku i inżynier Karwowski jako ksiądz. Jest Jarosław Boberek, jest nauczycielka z "Alternatywy 4" i Krzesimir Dębski jako Dzierżyński. Jest Marian Dziędziel, Jacek Poniedziałek i huzar z "Wilczycy". Jest Grażyna Szapołowska, Krzysztof Globisz przed udarem i Boruta z cyklu "Legendy Polskie". A w tle na ekranie migają m.in. Tagungsmitglied z "Tajemnicy Sagali", autostopowicz z "Podróży za jeden uśmiech", tegoroczny Eugeniusz Bodo, Faon z "Quo Vadis", Marek Pawlak z "Nie ma mocnych" i Mundek z "Wesela".

Rzadko oglądam polskie filmy, ale czytam polską prasę i polskojęzyczne portale informacyjne i nawet ja znam te nazwiska bądź te twarze (nazwiska Jerzego Rogalskiego nie znałem nijak - jego twarz zaś doskonale; a z takim Jackiem Poniedziałkiem czy Antonim Królikowskim mam dokładnie odwrotnie). Z drugiej strony - co się dziwić, miała to być po polsku przaśna superprodukcja, trzeba było wybrać same znane twarze lub nazwiska, by widz tłumnie ruszył do kina. Większość z nich mignęła za krótko, by móc pokazać swój aktorski kunszt; ci, którzy tkwili na ekranie dłużej, nie pokazywali go zazwyczaj z innych względów.

11:49, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 sierpnia 2017

Był taki odcinek oryginalnego serialu (01x15, "The Enemy Within"), gdzie MacGyver jedzie na masce pędzącego samochodu i naprawia auto - a dokładniej hamulce. Tu odcinek zaczyna się historią podobną, ale miast hamować, MacGyver auto jeszcze przyspiesza. Ciekawe nawiązanie. Warto też zauważyć, że o ile trzydzieści lat temu otwarcie maski w czasie jazdy sprawiło, że pęd powietrza natychmiast wyrzucił ją w powietrze, o tyle współczesna ma przeciw temu zabezpieczenie i MacGyver musiał jej w tym pomóc, wysadzając jej zawiasy.

Fabuła odcinka toczy się w dawnej szkole MacGyvera (w Mission City; nazwa w sam raz pasowałaby do Flarrowverse), do której ów wraca, by zrobić lekcję pokazową dzieciom. A wśród tych znajduje swego młodego odpowiednika - podobnie jak on z niepełnej rodziny, podobnie jak on spędzającej długie godziny po lekcjach w szkolnym laboratorium i podobnie jak on chłonącego wiedzę ze wszystkich dziedzin - tyle, że w odróżnieniu od niego jest to dziewczyna. I owa młoda geniuszka od razu po pokazowej lekcji MacGyvera zostaje porwana przez czterech dryblasów. Nasza dzielna drużyna oczywiście rozgryza, kto za tym stoi, odbija uczennicę i wydaje złoczyńców w ręce policji. Za co MacGyver i Jack Dalton trafiają do aresztu, bo policjantem przybyłym na miejsce zdarzenia okazuje się były kolega MacGyvera ze szkoły, który go tam prześladował.

Jest taka maniera w popularnym kinie amerykańskim, że jak jeden z dyskutantów używa zbyt wiele żargonu technicznego, to drugi go prosi, by mówił po angielsku. Pamiętam przejawy tego w "Total Recall 2070" i nowych "Star Trekach", zwykle w postaci "Say it in English" lub jeszcze prostszego "In English, please". Tu ten sam motyw kończy się frazą Jack Daltona "Coversational English, please", co uznaję za miły dodatek do tego trendu.

Imię MacGyvera pada tu trzykrotnie, ale zważywszy na okoliczności jego pojawienie się nie razi: raz tak nazywa go dyrektor jego szkoły, drugi raz Bozer tym imieniem tłumaczy, czemu w szkole Angus był ofiarą prześladowań, a trzeci raz imię to wypowiada aresztujący MacGyvera policjant - kolega ze szkoły. Za to ani razu MacGyver nie ma okazji z nudów zrobić żadnego odwołującego się do fabuły symbolu ze spinacza, więc wyjątkowo ten komentarz do odcinka serialu będzie pozbawiony dodatku graficznego.

W roli dyrektora szkoły - ojciec dr Watson z serialu "Elementary" i ojciec Kevina Samego W Domu. Jako ojciec porwanej uczennicy - T.S. Quint z "Mallrats", a jako przywódca gangu jej porywaczy - John Silver z "Black Sails". W pozostałych rolach równie dobrze mogłyby występować pacynki, tak mało pojawiają się na ekranie.

Tagi: MacGyver
22:50, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 lipca 2017

Obejrzałem ten film z przyjaciółmi, z którymi dwie dekady temu oglądałem "Trainspotting". I po projekcji pomyślałem, że może to dlatego, że oglądam dużo seriali typu "Szczała" czy nowy "MacGyver" i mam przez to zawyżoną poprzeczkę, ale film nie przypadł mi do gustu - brakło mi w nim fabuły. Fabularnie całość się opierała na ponownym spotkaniu czwórki bohaterów, którzy zupełnym przypadkiem w odstępie paru dni znaleźli się w tej samej okolicy. Taki typowy sequel, w który wrzuca się jak najwięcej obrazów i wątków z pierwszej części (jest nawet kilka wyraźnie wyeksponowanych kolaży ze scenami z oryginału), licząc na nostalgię widza, niż oferuje coś ciekawego per se.

Nostalgia. To ona widza tu przygnała.

Co doskonale podsumował Sick Boy.

Przyznam bez chwili wahania, że jest to film dobrze nakręcony. Ma kilka naprawdę ładnych i wymownych kadrów,

Takich jak ten, z cieniem w miejscu brakującej matki bohatera, będący zarazem nawiązaniem do niemal identycznego kadru z poprzedniej części.

ma kilka fantastycznych wątków ("1690") i ma Spuda, który wśród bardziej znanych aktorów

(Miło mi słyszeć szkocki akcent Jonny Lee Millera; mimikę i manieryzmy gry aktorskiej ma podobne, co w "Elementary" (co dziwnym nie jest, tam też gra byłego heroinistę, okazjonalnie wciąż dającego sobie w żyłę), ale akcent jest ładny; ponadto bez telewizyjnego makijażu wygląda tu o parę lat starzej niż tam; zdumiałem się też, jak się zmienił od czasu "Trainspotting" - do dzisiejszej jego twarzy zdążyłem się przyzwyczaić, tamta sprzed lat mnie zdumiewa;

Ewan McGregor to Ewan McGregor. Jak się jest Obi-Wanem Kenobim, to nie sposób nie być rozpoznawalnym.

Uważam, że Robert Carlyle ma strasznie sympatyczną twarz, co wykorzystywano wielokrotnie obsadzając go w roli sympatycznych zbirów (widziałem "The 51st State"), czy w znanej reklamie "Johny Walkera" i odwalił tu kawał dobrej roboty (niewykluczone, że z dużą pomocą ekipy od charakteryzacji), by takim nie być i mieć twarz równie niesympatyczną co charakter Begbiego.

Gdy oglądałem dzień wcześniej urywki "Trainspotting", zastanowiło mnie, czemu twarz Tommy'ego wydaje mi się taka znajoma. Sprawdziłem i okazało się, że to sam Lucius Vorenus z serialu "Rzym".)

ma najbardziej fascynującą twarz.

Strasznie spodobała mi się aktualna wersja monologu "Choose life". Równie bardzo jak dwie dekady temu ówczesna.


I chose life, apparently.

Jak wspomniałem, nie spodobało mi się to, że fabularnie był to typowy sequel. Spodobał mi się za to strasznie sposób ogrania tego Spudem piszącym memuary.

To nie jest więc tak, że mi się film całkiem nie podobał, brakowało mi jednak tych wybornych fragmentów dobrego połączenia. A potem obejrzałem film, skacząc po scenach, po raz drugi i stwierdziłem, że te "nieliczne dobre sceny" stanowią przeważającą większość czasu filmu i zacząłem się zastanawiać, czy owa "fabuła" by temu filmowi nie zaszkodziła.

Gdy jednak za dwadzieścia lat nakręcą "T3. Trainspotting", nie będę się już spodziewał arcydzieła. Choć jestem przekonany, że znajdzie się tam kilka scen i dialogów celnie oddających rzeczywistość mniej więcej 60-latków, którymi wtedy i my z przyjaciółmi i bohaterowie filmu (Renton wprost mówi, że ma 46 lat, ale podczas akcji "Trainspotting" dwadzieścia lat wcześniej Tommy umarł w wieku 23 lat; są więc od nas o parę lat starsi, ale nie jest to różnica pokoleniowa) będziemy.

10:17, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 czerwca 2017

W czasach kawalerskich miałem wstydliwy być może zwyczaj oglądać filmy tylko i wyłącznie ze względu na urok i uroki występujących tam pań (nie piszę aktorek, bo nierzadko widać było, że ich kariera na ekranie przeminie wraz z ich urodą). Oglądałem z takich filmów tylko jedną lub kilka scen, gdzie owe panie występowały. Podobnie jak teledyski urodziwych piosenkarek, oglądałem je bez fonii, bo do niczego potrzebna mi nie była. Płyty DVD z takimi filmami opatrywałem napisem "GŁUPIE" (np. "GŁUPIE filmy DVD 6"), nie trudząc się nawet zapisywaniem tytułów i trzymałem w jednym pudle z pornografią.

Sprzątając stare płyty trafiłem na jedną taką, a na niej na powyższy film. Pamiętam doskonale, że nigdy nie przebrnąłem poza trzecią scenę walki. Teraz wreszcie się udało. I było to miejscami zdumiewające widowisko.

Księżniczka Ninja

Na przykład zdumiał mnie opis postaci.

Film stylizowany jest na "Mortal Kombat" - rozgrywany jest wielki turniej wśród najlepszych fighterów świata, a zabicie przeciwnika jest dopuszczalne - ale w gruncie rzeczy jest opowieścią o kobiecej przyjaźni trzech uczestniczek turnieju. Trzy uroczo i w wielu momentach półnagie wojowniczki szybko dochodzą do wniosku, że dalej zajdą, gdy będą sobie pomagać, a gdy wszystkie trzy dochodzą do półfinału turnieju o jakiejś bezdennie głupiej i w jednym miejscu błędnej (Max wygrał z Baymanem, a jednak to Bayman walczył w kolejnej rundzie) drabince turniejowej, turniej zostaje przerwany wielkim finałem, który wszystkie razem wygrywają.

Po drodze ukazana jest najmniej krwawa grupowa walka na naostrzone jak brzytwy katany - mimo, że jedna z bohaterek macha na lewo i prawo dwiema katanami, pokonując przy tym gdzieś tak z setkę podobnie uzbrojonych sługusów złego, na ekranie nie pojawia się choćby kropla krwi z rozbitego nosa.

Fantastyczna jest scena walki Kasumi z Leonem. Gdy ów dostaje serię kopnięć w twarz stoi niewzruszony, by po chwili napiąć obręcz barkową, wydając przy tym odgłos jak przy przeładowywaniu shotguna i ruszyć do ataku. Być może wcale nie jest trudno oglądając tę scenę nie wybuchnąć śmiechem, mnie się jednak nie udało.

Pamiętam, jak kolega ze studiów polecił mi film "Starship Troopers" słowami: "To film romantyczny. Idź z dziewczyną!". Ten film mógłbym zarekomendować dziewczynom słowami: "Prawdziwe Girl Power! W sam raz na kobiecy wieczór z koleżankami!".

W roli pań paradujących w stanikach te same panie, co zwykle. Jest Jaime Pressly, która się wtedy chyba specjalizowała w takich rolach (a przynajmniej ja ją w takich tylko widywałem). Jest Devon Aoki, która - jak właśnie wyczytałem - grała kapral Valerie Duval w "Kronikach Mutantów" z 2008 roku (wygląda na kolejny film do koniecznego obejrzenia). Jest urocza Holly Valance, której kariera aktorska umarła po 28. urodzinach. Jest mniej urocza Sarah Carter w roli córki właściciela turnieju, która ma na karku wytatuowany kod do sejfu (tak jak fani "Matrixa" powtarzali "There is no spoon!", tak fani tego filmu powinni powtarzać "Helena is the key"). Jest Nattasia Malthe, znana z tytułowej roli w kolejnych częściach serii "BloodRayne" (widziałem kiedyś fragmenty pierwszej części i mnie nie zachwycił, ale teraz przeczytałem streszczenie trzeciej części i się zauroczyłem). 

Dużo o filmie mówi fakt, że tych pięć aktorek portal IMDB wymienia w pierwszej kolejności. Reszta jest dla nich tylko tłem. Tak jak Max, którego ujrzeć wcześniej mogłem jako School Boy'a w "Johnie Rambo". W roli głównego złego - jeden z głównych złych w "The Dark Knight". W karykaturalnie przerysowanej postaci informatyka - Stan Helsing ze "Stana Helsinga". W roli uczestnika turnieju zakochanego w jednej z protagonistek - Seraph z trzeciej części "Matrixa" braci rodzeństwa sióstr Wachowskich.

Do tego w epizodycznej roli dżentelmena - Pete z "Timecop" z Jean-Claude van Dammem. W równie epizodycznej roli pielęgniarki - tancerka z odcinka 05x08 "Keeping Up Appearances". A w humorystycznej roli pirata, któremu tyłek skopuje bohaterka Tina - sam Liu Kang z "Mortal Kombat" i "Mortal Kombat: Annihilation". I niech to będzie najlepszym dowodem na to, który turniej i film był lepsiejszy.

22:53, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 56

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA