RSS
czwartek, 25 maja 2017

Przez kolejnych kilka odcinków serialu nic zaskakującego się zbytnio nie dzieje.

W odcinku dziewiątym przyjaciel MacGyvera okazuje się mieć przydatne umiejętności, dzięki czemu miast aresztowany zostaje przyjęty do supertajnej rządowej organizacji. Tycząca reszty drużyny rzecz dzieje się na Łotwie, czyli nigdzie

kajdanki dla krasnala

Akcja ekipy polegać ma na schwytaniu i zakuciu w kajdanki łotewskiego terrorysty, jednak nie udaje się do końca, skutkiem czego drużyna zwiewa do amerykańskiej ambasady i bierze udział w jej oblężeniu przez kolegów pojmanego terrorysty. 

O realizmie serialu najlepiej poświadczyć może fakt, że podczas sceny strzelaniny na Łotwie usłyszałem z ekranu gromkie "Kurwy syn!". O braku zaś tego realizmu fakt, że ambasada ta składa się z jednego budynku, chronionego przez ledwie czterech marines. Ambasadorka tłumaczy, że to tylko pokojowo nastawiona ambasada w mało znaczącym państewku. Serio? To nie jest rok 2012, Łotwa, będąc z dużą dozą prawdopodobieństwa kolejnym celem Rosji, nie jest już mało znaczącym państewkiem.

23:46, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 maja 2017

Odcinek otwiera długa sekwencja zdjęć archiwalnych z frontu radziecko-niemieckiego z tamtej epoki (tj. z dn. 19 lutego 1945 roku i kilku poprzednich). 

Gdy - z przyczyn naturalnych - umiera wieloletni tajny współpracownik Stirlitza, a raczej pułkownika Isajewa, ów udaje się na jego pogrzeb. Rozumiem poczucie straty, ale gdybym był tajnym agentem zdało by mi się to niepotrzebnym ryzykiem.

Eismann przyznaje, że wraz ze Stirlitzem przeżył bombardowanie pod Smoleńskiem. To dopiero musiała być dla niego atrakcja: być bombardowany przez swoich w czasie atakowania swojej ojczyzny.

Pada w odcinku słowo "sukinsyn", ale z dopiskiem, że to cytat z Puszkina. Tłumacz nie daje rady, a szybkie zerknięcie w sieć sugeruje, że mógł to być cytat z "Córki kapitana" (może to znak, by przeczytać, skoro akurat czytam fantasy o piratach i piratkach?), fragment tego akapitu:

– Ach, łotr – rzekła komendantowa – cóż to on nam śmie proponować! Wyjść na spotkanie i złożyć u jego nóg sztandary! Ach, sukinsyn! Lecz czyż on nie wie, że my od czterdziestu lat jesteśmy na służbie i rozmaite, chwała Bogu, widzieliśmy rzeczy? Zali naprawdę znaleźli się tacy komendanci, co usłuchali tego zbója?
[Aleksander Puszkin, "Córka kapitana"]

Stirlitz ma swój ulubiony bar, w którym Centrala zorganizowała mu dziesięć lat temu spotkanie z żoną. Narrator już kilka razy podkreślił, że Stirlitz jest tajnym agentem od dwudziestu lat. To nawet w mych oczach nieco umniejsza me parutygodniowe rozłąki z rodziną. Tym bardziej, że to "widzenie się" - ukazane w całej okazałości scenką reminescencyjną - polegało na niemym wpatrywaniu się w siebie nawzajem z przeciwnych krańców sali piwiarni przez jakieś dwie-trzy minuty.

Dodatkowym smaczkiem tej reminescencyjnej sceny jest widok, jak do żony pułkownika Isajewa zaleca się towarzyszący jej mężczyzna. Ciekawe, czy po finale rozgrywki z nazistami Isajew wróci do domu, by przekonać, że żona od niego odeszła. To by było dopiero zaskakujące zakończenie!

W owym ulubionym barze Stirlitz - który jest tam wszystkim znany jako Bolzen - w uroczo obcesowy sposób zbywa banalnie uroczą stenotypistkę.

Powiedzenie, że w tym serialu są dłużyzny, nie nie powiedzenie. Ten serial składa się tylko z dłużyzn! Sceny ciągną się minutami, podczas których jest wiele ciszy. Zdawało by się, że będzie mnie to drażnić - a wciągnęło.

I nie tacy głupi ci Niemcy, jak w polskich filmach wojennych. Co prawda Stirlitz cieszy się nieposzlakowaną opinią wśród kolegów (jeden nawet składa pisemne oświadczenie, że nie wierzy w żadne podejrzenia dotyczące Stirlitza), ale wewnątrzogranizacyjne gierki i spory sprawiły, że Naczelnik Wydziału jednemu pracownikowi każe zbadać sprawy Stirlitza z poprzedniego roku, a drugiemu - śledzić go bez chwili przerwy. Co zapewne przysporzy mu wielu kłopotów w kolejnych odcinkach.

Tagi: Stirlitz
21:09, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 maja 2017

Pochopnie obsztorcowałem standardführera Stirlitza. Okazało się, że popiół z karki z szyfrem spalonej w popielniczce wsypał do kopery, którą po tym zwinął w kulkę i wrzucił do kominka. Rozumiem potrzebę podwójnego zabezpieczenia się w przypadku tajnego agenta, sam bym wolał od razu pozbyć się śladów dowodu, bo pierwsze chwile po sygnale są najbardziej prawdopodobnym momentem akcji kontrwywiadu wojskowego.

W pierwszym odcinku by Hitler, w tym jest Stalin. Wiedząc o jego niedowładzie lewej ręki, starannie przez niego ukrywanym, chciałem się przekonać, jak ukaże to radziecki film. Otóż, tak jak cała oficjalna ikonografia Stalina, ukazał Stalina trzymającego cały czas w lewej dłoni fajkę, a scena kończy się chwilę przed tym, jak ma ją zapalić, co by uczynić naturalnie, musi unieść lewą rękę.

Narrator jest aż namolny. Ale trudno mu się dziwić, jak na ekranie przez długie minuty (w ilości sztuk siedem) widzimy tylko milczącego Stirlitza. Ów milczy i myśli, ale by nieco wspomóc narratora, szkicuje udatne karykatury Goeringa, Goebelsa, Borhmanna i Himmlera, z których jeden ma być celem jego kolejnej wywiadowczej akcji.

Znów za comic relief robi staruszka grająca ze Stirlitzem w szachy, w którą wciela się Kobieta Pracująca:

Jak w każdym innym odcinku, ma ona tu dwie profesje: poza partnerką do szachów dla tajnych agentów wróży też ona z ręki klientom baru.

Tak jak w pierwszym odcinku przedstawiano postacie drugoplanowe przez archiwa Gestapo, tak tu postacie pierwszoplanowe z punktu widzenia całej wojny pokazuje się za pomocą kronik drugowojennych.

Ubawiło mnie wygłoszone na końcu długiej listy tytułów i stanowisk, które posiadał Goering, "...i Wielki Łowczy Niemiec" ("Glawny Leśniczy Germaniji").

Stirlitz tym dał się zauważyć kontrwywiadowi, że gdy w lutym 1945 roku wszyscy wkoło niego psioczyli na władzę i stan upadającej Rzeszy, on na nic nie narzekał i wciąż odpowiadał: "Bzdura! Jest w porządku. Wszystko jest jak należy". Aż się inwigilujący go kontrwywiad zaczął zastanawiać, czy Stirlitz autentycznie nie zgłupiał.

Ach, to nazwisko z początku pierwszego odcinka to nie rosyjskie "Bolcen", ale niemieckie "Bolzen". Pod takim nazwiskiem pracuje dla wywiadu standartenführer SS Stirlitz, które to nazwisko jest przykrywką dla pracy w radzieckim wywiadzie pułkownik Maksym Maksymowicz Isajew. 

Nie sądziłem, że kiedyś ujrzę sympatycznego nazistę.

Ten uśmiechnięty mały chłopczyk jeszcze nie wie, że za 68 lat znudzi mu się bycie papieżem.

Okazuje się, że oprócz ratowania Krakowa przed wysadzeniem Stirlitz zajmował się też tajemnicą zaginionej V-2.

W finale Stirlitz zabija konfidenta, który dla niego... nie, inaczej Maksym Isajew niszczy dowody sprawy i zabija konfidenta pracującego dla standartenführera Stirlitza, który - tak się składa - jest tą samą osobą.

Tagi: Stirlitz
23:34, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 maja 2017

Serial otwiera czteroipółminutowa podniosła scena przylotu bocianów wiosną i Stirlitza wpatrującego się w ich klucz, a później przechadzającego się po lesie i głaszczącego rosnące na gałęziach bazie przy akompaniamencie muzyki fortepianowej. Nie pada jednak nazwisko Stirlitz, a Bolcen. Skąd więc wiem, że to on? A komu innemu, jak nie Hugo Protagoniście poświęcona mogła być taka scena?

Potem zaś pojawił się comic relief w postaci spacerującej po lesie staruszki, która zaczęła opowiadać Stirlitzowi o ziołolecznictwie.

Pierwszy odcinek seriali zwykle jest obarczony koniecznością wprowadzenia w fabułe za pomocą infodumpów. Tu poradzono sobie z tym z typową radziecką gracją: ukazując spore kawałki autentycznych materiałów filmowych z epoki, a podczas prezentacji głównych bohaterów serialu - odczytując ich akta w Archiwum SS.

W tym natłoku fajnym wprowadzeniem są trzy kroniki wojenne z czasu akcji, czyli 17 lutego 1945 roku: amerykańska, niemiecka i radziecka (czy też: aliancka, nazistowska i sowiecka, jak kto woli). Przynajmniej częściowo musiały być autentyczne, bo wątpię, by ZSRR był w stanie nakręcić tak amerykańską w stylu kronikę. Amerykańska też, jako jedyna, dawała się obejrzeć. Niemiecka za to pozwoliła mi od teraz mówić, że tak jak inni uczyli się łaciny z mów Cycerona (ISBN: 83-908047-4-3), tak ja niemieckiego z przemów jakiegoś übernazisty i drugowojennych nazistowskich kronik filmowych.

Schranke wygląda jak ktoś w połowie drogi między Daną Elcarem ze starego "MacGyvera" a pułkownikiem z "Czterech pancernych i psa".

Oglądając ogromne lecz puste przestrzenie sal w gmachach III Rzeszy nie wiem, czy faktycznie tak skąpo wyglądało ich umeblowanie u krańca II Wojny Światowej, czy też tak uboga była scenografia w produkcjach telewizyjnych ZSRR.

O, z dialogu wynika, że przez rozpoczęciem akcji seriali Stirlitz mógł być odpowiedzialny za niezniszczenie Krakowa. Akcja spaliła na panewce, a on tam - nie do końca upoważniony - był.

Używając slangu nikotynistów, o ile Hans Kloss popalał, tak Stirlitz pali. Niemal wręcz odpada jednego papierosa od drugiego.

Chcący pozbyć się dowodów Stirlitz kartkę z szyfrem pali w niemal pustej popielniczce, gdzie charakterystyczny popiół po kartce papieru będzie długo widoczny, choć kilka scen wcześniej pokazany jest palący się w jego domu kominek.

Przyznam szczerze, że o ile pierwszy odcinek Klossa był słaby, to ten serial razi miejscami swą łopatologią. Ale liczę, że tak jak kolejne "Klossy" były lepsze, tak i tu nastąpi w dalszych odcinkach jakaś poprawa, gdy już wszyscy gracze zostali przedstawieni.

W rolach głównych: jako Stirlitz - Karol Wielki z "Zabić smoka" i Andriej Nikołajewicz Bołkoński z ekranizacji "Wojny i pokoju". W roli Hitlera - Hitler z "Bojowników o wolność", "Wyzwolenia", "Wielkiego pułkownika Grigorija Żukowa", "Wyboru celu", "Ja, sprawiedliwości", "Zamrożonych błyskawic" i "W walce z Hitlerem" (dziwne; poza wąsem, fryzurą i posturą niezbyt był podobny do führera). Żadnej z tych ról jak i innych pierwszoplanowych postaci prawdę powiedziawszy, nie widziałem. Drugo-, trzecio- i czwartoplanowych tym bardziej.

Tagi: Stirlitz
23:04, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 maja 2017

[CLICK TO ENLARGE YOUR VIN DIESEL!!!]

W tym kadrze znajduje się Vin Diesel. Serio.

Fajne wprowadzenie. I widowiskowe (z chęcią obejrzę jeszcze raz na większym ekranie) i tłumaczy, czemu Vin Diesela ubić się po prostu nie da. 

O rany, pierwszą napotkaną przez Vina Diesela (ta postać ma pewnie jakieś imię, a w scenariuszu nawet może i osobowość; ale to jest Vin Diesel i nic tego nie jest w stanie zmienić - może poza dolepioną brodą i peruką w otwierającej scenie) osobą we współczesności jest Sin, przyjaciółka Czarnego Kanarka i kumpela Roy'a ze "Szczały".

Vin Diseel wywód o kamieniach kontrolujących pogodę kończy słowami "It's simple science". W tym momencie zacząłem sądzić, że ten film jest postironiczny.

O rany, Alfred. Znaczy Michael Caine. Poznałem go, prawdę powiedziawszy, po głosie raczej niż twarzy.

Wygląda na smutnego, że przyszło mu kończyć karierę filmową w takich dziełach.

O rany, Frodo! Znaczy, Elijah Wood. Doprawdy, obsada jest zaiste wyborowa.

my preciousss...

Zamienił niziołek pierścionek na krzyżyk.

O rany, Ygritte z "Gry o Tron" (mimo nieco innej stylówy, poznałem ją natychmiast). Jestem doprawdy zdumiony obsadą.

You know nothing, Vin Diesel.

W odróżnieniu od obsady, fabuła specjalnie nie zaskakuje: jest droga z przeszkodami i obowiązkowym jednym zwrotem akcji (umiarkowanie zaskakującym) do wielkiego finału i wielka rozpierducha z Vinem Dieselem potem. Hugo Protagonista by zwyciężyć musi na zawsze poświęcić to, co czyni go wyjątkowym - po czym oczywiście utrzymuje swe moce, bo po co zamykać drogę do sequela?

Tagi: fantasy
20:37, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 kwietnia 2017

Połowa Polaków czerpie swą wiedzę o świecie z TVN-u, "Gazety Wyborczej" i portalu gazeta.pl, wobec czego z dnia na dzień coraz bardziej żyją w przekonaniu, że żyjemy w ustroju totalitarnym, a nawet wręcz w państwie wyznaniowym.

Druga połowa Polaków czerpie swą wiedzę o świecie z TVP, "Do rzeczy" i "Uważam Rze" i... i właściwie nie wiem, skąd ci ludzie biorą wiedzę w Internecie, ale zapewne mają swoje miejsce w sieci (może konto Twittera któregoś z uznanych tam publicystów?). Dzięki temu z dnia na dzień coraz bardziej żyją w przekonaniu, że grozi nam najazd muzułmanów i/lub odgórny przymus wprowadzania u nas cywilizacji śmierci.

Ja zaś czerpię swą wiedzę o świecie głównie* z anglojęzycznych programów satyryczno-rozrywkowych. Wszystkie te Johny Olivery, Conany O'Brieny, czy nawet Bille Mahery - a po tej stronie sadzawki cała plejada brytyjskich komediantów obsadzających niezliczone klony programów rozrywkowych, w których zabawnie puentują wydarzenia ostatnich dni lub tygodni - sprawiły, że do spraw wewnątrzkrajowych nabrałem ogromnego dystansu (wraz z wiedzą, jak bardzo są to sprawy lokalne i jak bardzo nie obchodzą 99,9949 procent ludzkiej populacji). Humor zaś prowadzących - oraz zaproszonych gości - pozwala mi rozkoszować się popcornem, gdy patrzę, jak zaczyna płonąć świat.

Czuję się więc nie wyobcowany ze spotykanych czasem w sieci flamewar'ów i shiststorm'ów, bo nie do końca wiem, czego tyczą, a próba dowiedzenia się samych faktów (tylko faktów, ale też wszystkich faktów), bez narzuconych opinii i faktów do prezentacji wyboru jest czasem niemożliwa, a czasem tylko uciążliwa. Uczestnicy owych dysput najwyraźniej zdają sobie sprawę, bo nie trafiłem na przypadek, by ktoś pod wpływem faktu podanego przez drugą stronę zmienił swe zdanie.

Mniej wiem więc niż przeciętny obywatel o półświatku polskiej polityki,

(gdy ostatnio w radiu usłyszałem, że na jakiś temat wypowie się Ziobro, zdumiałem się, że Jacek Ziobro ciągle jeszcze występuje; gdy parę tygodni później ujrzałem Ziobro Zbigniewa w telewizorze, zdziwiłem się, jak się zmienił odkąd go ostatnio widziałem w telewizorze w 2007 roku (nie, żebym nie rozpoznał, ale widać upływ tych lat na jego twarzy))

za to dużo więcej wiem o problemach światowych - zwykle świata anglojęzycznego, ale "Last Week Tonight" John'a Oliver'a opowiada o sprawach też i innych zakątków globu (na przykład ostatnio by dobry odcinek o Dalajlamie). Dzięki nim nabieram też poglądu na owe sprawy, nieskażonego wewnątrzpolskim filtrem na użytek lokalnej kopaniny o władzę i rząd dusz ("Jak możesz tak myśleć? Tak myślą przedstawiciele tej partii, której nie lubimy!"). 

O wielu z usłyszanych spraw bym w Polsce nie usłyszał, bo co niby mieszkańca Polski interesować mogą sprawy brytyjskich polityków, więc nie ma sensu o tym tu pisać i mówić. A jednak humor pozwala mi te wiadomości przyjąć dużo lepiej niż gdybym miał oglądać polskich komików opowiadających o problemach polityki tyczących mnie znacząco bardziej.

Czasem dodatkowym plusem jest sznyt prowadzącego. Na przykład o tym, co się dzieje obecnej w Wielkiej Brytanii, dowiedziałem się z piątkowego programu z cyklu "Have I Got A Bit More News For You". Nigdy wcześniej go nie widziałem, ale rozpoznałem kilka z twarzy owych rekurencyjnych komików i postanowiłem obejrzeć. Szału nie było (to nie jest mój ulubiony sort komików brytyjskich; owi występują u Dary Ó Briaina w "Mock The Week"; polecam), ale się dowiedziałem kilku ciekawych rzeczy (włącznie z wątkiem slut-shaming'u Theresy May), a program elegancko prowadził Patrick Steward, znany szerzej jako kapitan Picard oraz profesor Charles Xavier:

(BONUS TRACK)

Jedną z niespotykanych u nas rzeczy, którą brytyjska telewizja wciąż mnie zaskakuje, jest długowieczność ich programów. Udostępniony powyżej odcinek rozpoczynał 53.(!) sezon programu, który trwa nieprzerwanie od 1990 roku. Wobec czego popularny portal z filmami zasugerował mi odcinek 04x09 z grudnia 1992 roku, w którym jednym z gości komentujących rzeczywistość był Douglas Adams. Niestety - przynajmniej w pierwszych minutach - wypadł na żywo poniżej mych oczekiwań i nie zdzierżyłem obejrzeć całości. Może się jeszcze skuszę, żarty o tym, że księżna Diana po ogłoszeniu separacji została zaproszona na królewskie polowanie jako cel, nabrały po latach drugiego dna:

 

* - poza tym oglądam wykłady geopolityczne, ze szczególnym uwzględnieniem wykładów i prelekcji Jacka "Mecenasa" Bartosiaka, bo w odróżnieniu od innych nie stęka, się nie jąka, nie robi co chwilę ćwierćminutowych pauz i zwykle mówi na temat.

10:42, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 kwietnia 2017

Oglądając jedną z amerykańskich gal filmowych (co zdarza mi się regularnie, odkąd często zaczął je prowadzić Ricky Gervais), ujrzałem, jak Sylvester Stallone odbiera nagrodę za rolę drugoplanową za rolę Rocky'ego Balboy (Balboi?) w filmie, którego jeszcze nie widziałem. Czym prędzej postanowiłem nadrobić tę zaległość.

W kolejnym filmie o universum Rocky'ego Balboa nie ma jego imienia w tytule i może dlatego sekwencja treningu nie porywa. A gra aktorska jest taka, że się na jej tle pozytywnie wyróżnia sam Sylvester Stallone.

Nie, serio, kilka scen gra naprawdę nieźle. Aż zacząłem przypuszczać, że może faktycznie ową ujrzaną nagrodę dostał za grę aktorską, a nie za życiowe zasługi.

Rola była drugoplanowa, bo pierwszoplanową gra nieślubny syn Apollo Creeda z czterech pierwszych części sagi, urodzony już po jego śmierci. Historia tej postaci jest odpowiednio skomplikowana (gdy odrzeć poprzednie odsłony sagi z widowiskowości pojedynków bokserskich, to nie są to hurraoptymistyczne opowiastki), a finał - oczywisty dla każdego, kto pamięta, że i w pierwszym "Rocky'm" i obecnie przedostatnim "Rocky'm Balboa" główny bohater po efektownej walce (w odróżnieniu od sceny treningu wzbudzającej u widza emocje) przegrywa pojedynek na punkty "by split decision" sędziów. 

Czy tak, jak ojciec prowadzi swą córkę do ołtarza w dniu jej ślubu, tak samo prowadzi swego syna w dniu jego pierwszej walki bokserskiej o tytuł mistrzowski? Jeśli tak, to w tym obowiązku zmarłego ojca protagonisty doskonale zastępuje jego najlepszy przyjaciel, Rocky Balboa.

W roli Rocky'ego Balboa - Rambo. W roli Adonisa "Creed'a" Johnsona - Johnny Storm z "Fantastic Four". W roli jego uroczej ukochanej - Walkiria z nadchodzącego "Thor: Ragnarök".

Gdy ujrzałem twarz wdowy po Apollo Creed'zie, przybranej matki protagonisty, pomyślałem: "Skądś znam tę twarz! Czy to pani doktorowa Huxtable, serialowa żona Billa Cosby'ego z jego telewizyjnego show?". Okazało się, że tak, to ona.

W roli bokserów - faktyczni bokserzy. Młodzi, więc jeszcze nie mający problemów z dykcją, a Tony Bellew (który zdobył pas mistrzowski federacji WBC kilka miesięcy po premierze filmu) w roli mistrza "Pretty" Ricky'ego Conlana jest naprawdę niezły. Do tego ma cudowny liverpoolski akcent, którym beszta pretendenta do tytułu w czasie konferencji przed walką.

W roli felczera w narożniku Creed'a - autentyczny bokserski felczer. (BTW, fantastyczna jej scena z testem na widoczność podbitego oka przed ostatnią rundą walki. Trzy sekundy, a wiele mówią o tym sporcie.) W roli komentatorów, sędziów, innych felczerów i widzów - naturszczyki, prywatnie będący komentatorami, sędziami, felczerami i widzami bokserskimi.

Jako trener w filadelfijskiej hali, gdzie zatrudnia się Adonis - Czeczen z "The Dark Knight". Jako trener finałowego przeciwnika protagonisty - Dwalin.

W jednej z epizodycznych ról - Kay z nowego "Dredda", w innej - Karim z najgorszego serialu o Robin Hoodzie, a w jeszcze innej - snajper z trzeciego odcinka nowego "MacGyvera", a w kolejnej - anonimowy Arab z "Zohana". A do tego dwie kopy twarzy, których nigdy wcześniej ujrzeć nie miałem okazji i których pewnie już nigdy nie ujrzę.

11:59, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 kwietnia 2017

Niepostrzeżenie stałem się wielkim fanem australijskich seriali komediowych. Wpierw oczarował mnie kpiący z Extended Universe'ów superbohaterskich "The Justice Lease", a teraz na podium mych ulubionych seriali fantastycznych trafiła ta produkcja.

Fabuła tyczy czarodzieja, który zdegustowany brutalnością magicznego świata i głupotą jego mieszkańców postanawia przenieść się na Ziemię do Melbourne i żyć nie korzystając już dalej z magii (co się kilkukrotnie nieświadomie nie udaje, na przykład podczas kichnięcia, które przemienia część dworca), za to kłopocząc się np. z biurokracją.

W jego ślady ruszają inni, począwszy od jego arcywroga, który zamieszkuje od razu za płotem, poprzez znajomych różnych ras i płci. Spotykają się oni wszyscy z nietolerancją części australijskiego społeczeństwa (którego kandydat na gubernatora trawestuje znane powiedzenie aż zbyt dokładnie: "Nie mówimy, że wszyscy czarodzieje to terroryści, ale wszyscy terroryści do czarodzieje").

W tej wręcz amatorskiej produkcji pojawiają się dwie bardzo znane twarze: w pierwszym odcinku w przerysowanej roli prezentera telewizyjnego Guy Pearce (zajęło mi chwilę, by go rozpoznać, bo zwykle gra pod grubą warstwą makijażu); przez chwilę wydawało mi się, że w szóstym odcinku roli Marvolo, czarodzieja na poziomie 16, występuje Jack Black, ale to tylko strasznie do niego podobny/-a Jordan Raskopoulos; w czwartym odcinku rolę przybyłego z innego świata barbarzyńcy Bronlo Zabójcy gra sam barbarzyńca Spartacus (ten gorszy, z dwóch ostatnich sezonów serialu). Rozpoznałem go natychmiast, choć nie wyróżniał się jakością gry aktorskiej wśród reszty obsady.

To nie jest Jack Black. To nawet nie jest mężczyzna.

Która skądinąd była nad wyraz dobra. Reszta aktorów jest całkiem niezła, choć nieco dziwi, bo jest praktycznie nieznana - jeden aktor drugoplanowy grał epizod w jednym odcinku "Pacyfiku", dzięki czemu dowiedziałem się o serialu (nie rozpoznałem, bo gra tu człowieka-rekina), a inny grał rzecznika Saurona we "Władcy Pierścieni" (nie rozpoznałem, bo miał tam maskę zasłaniającą połowę twarzy i sztuczne zęby). Dla twórcy i odtwórcy głównej roli to jedyna rola w życiu i połowa napisanych w życiu scenariuszy i wyreżyserowanych filmów (druga połowa to obejrzana już kiedyś krótkometrażówka "Time Trap"), a jednak gra lepiej niż wspomniany Spartacus w "Spartacusie". Zwłaszcza przekonująco wychodzą mu momenty załamania i stresu, podczas scen złości jednak nieco widać, że to nie jest zawodowy aktor.

rekin biznesu

Terry, człowiek-rekin.

Dobre też nad wyraz, co dziwi mnie mniej po obejrzeniu "The Justice Lease", było też poczucie humoru. Odcinki są zabawne (zwłaszcza drugi, gdy czarodziej Jack usiłuje złożyć wniosek o przyznanie śmietnika), a twórcy nie boją się żartować nawet z takich ikon Australii jak Mel Gibson. Podczas oglądania kilkukrotnie dosłownie LOL-łem, czym wzbudziłem popłoch wśród rodziny, a to naprawdę rzadko się zdarza (zwykle najwięcej, co jest w stanie wywołać u mnie program komediowy, to LQTM).

Bardzo lubi dzieci. Zwłaszcza w buraczkach.

Raz, gdy ujrzałem ten nabijający się z telewizyjnych ekspertów podpis.

Serial kończy się w nietypowy - z punktu widzenia widza amerykańskich seriali - sposób, nie rokując większych szans na kontynuację. A szkoda, obejrzałbym z wielką chęcią. Pozostaje mi teraz tylko zacząć szukać innych produkcji z kontynentu XXXX i liczyć, że będą równie udane.

Tagi: fantasy
09:38, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 kwietnia 2017

Tak się składa, że mam dzieci. Dzieci mają swe fascynacje i obsesje, a moim akurat przyszło na fascynację Kosmosem, co skrzętnie hoduję. Skutkiem tego, gdy dzieci zażądały filmu o Układzie Słonecznym puściłem im powyższy.

Budowę Układu Słonecznego poznałem w dzieciństwie dość dobrze, bo był to wtedy jedyny znany ludzkości układ planetarny. Gdy przestał i zrozumiałem, że nie jest to uniwersalny wzorzec powstawania układów planetarnych, przestałem się nim interesować. Interesowały mnie ogólne modele, nie chciałem tracić czasu na szczegółową analizę jednostkowego przypadku. Moja wiedza na jego temat jest więc nieco przedwczorajsza (a jej trzon pochodzi z końcówki lat 60-tych, lat 70-tych i 80-tych ubiegłego wieku). Obejrzałem tym chętniej, że akurat przed projekcją Rozczochrana mnie spytała, która planeta powstała pierwsza i nie znałem odpowiedzi, bo w książkach wdanych jeszcze za czasów PRL-u jej nie było.

Przekonany byłem, że proces łączenia planetozymali i protoplanet mniej więcej wszędzie wyglądał podobnie czasowo, a tu dowiedziałem się, że wpierw powstały gazowe giganty, a gdy one się ustabilizowały, ciała niebieskie bliższe Słońcu wciąż jeszcze były na etapie protoplanet. Tak więc nie wszystkie planety powstały równocześnie (o tym, że Ziemia, po której stąpamy, to "Ziemia 2.0", powstała na skutek zderzenia "Ziemi 1.0" z Theją, wiedziałem; mógłbym od biedy "Ziemię 2.0." uznać więc za młodszą od sąsiednich planet, ale tylko wtedy, gdybym miał pewność, że w przypadku innych planet tak nie było; a dziwaczne obroty Wenus i Urana według wyczytanych wtedy hipotez takimi zderzeniami mogły być spowodowane), a moje dzieci wiedzą o tym w wieku, w którym ja jeszcze sądziłem, że Pluton to planeta (albo, co bardziej prawdopodobnie, nie wiedziałem nic o obiektach w zewnętrznej części Układu Słonecznego).

Drugą nieznaną mi wcześniej ciekawostką była informacja, że Uran i Neptun zamieniły się kolejnością na liście planet: na skutek synchronizacji wpływów grawitacyjnych Jowisza i Saturna ich orbity uległy takiej destabilizacji, że Uran wylądował bliżej Słońca.

Ciekawi mnie, czego nowego się dowiem, jak przez ten etap fascynacji otaczającą rzeczywistością przechodzić będą moje wnuki. I czy wreszcie pojawią się programy, w których nie rozpoznam z twarzy żadnego z zaproszonych naukowców (tu po raz kolejny widziałem i natychmiast rozpoznałem Aleksieja Filippenkę i Clifforda V. Johnsona).

19:40, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 marca 2017

Ha! Wreszcie pojawia się i Murdoc!

Gdy tylko okazało się, że nad wyraz tajemniczy płatny zabójca dostał zlecenie na MacGyvera, pomyślałem, że pewnie to Murdoc. W środku odcinka się nieco zmartwiłem, bo dokumenty z jego zdjęciem podpisane były innym nazwiskiem - ale po chwili się okazało, że podpisane były kilkoma różnymi nazwiskami. A na koniec sam schwytany przyznaje, że ze wszystkich używanych nazwisk najbardziej oswoił się z nazwiskiem Murdoc.

"Portret Murdoca", Angus MacGyver; 2017, spinacz

Niestety, ten ponoć wyśmienity płatny morderca jest fatalny w swej profesji. Oddaje w stronę Mac'a i ekipy podczas pierwszej strzelaniny kilkanaście strzałów i ani razu w nikogo nie trafia. Podczas drugiej strzela w MacGyvera ciężkim pistoletem maszynowym przewieszonym przez ramię, podczas gdy drugą rękę zajętą ma panelem sterowniczym automatycznych strzelb. Może dlatego nie trafia ani razu mimo kilkudziesięciu wystrzelonych pocisków.

A na koniec, mając MacGyvera na muszce podchodzi do niego na bliską odległość, czym daje szansę reszcie ekipy, by go obezwładnić. A przy tym cały czas gada i gada... Niemniej jednak przyznać trzeba, że do postaci znudzonego życiem i pracą płatnego mordercy takie manieryzmy nawet pasują.

Mac nie jest jakoś specjalnie od niego lepszy - jego inteligentny sposób na użycie scyzoryka polega na tym, by otworzyć ostrze i rzucić scyzorykiem w odległą o parę metrów gumową rurę, którą ostrze przetnie, uwalniając parę i dając mu zasłonę dymną. Zaiste, plan ten wymaga Umiejętności Strzeleckich godnych Szczały - a jednak oczywiście się udaje.

W ramach fabuły współlokator i wieloletni przyjaciel MacGyvera, robiący w serialu za comic relief, dowiaduje się prawdy o swym przyjacielu. Co też pozwala protagoniście zadać sobie pytanie o swój stosunek do okłamywania bliskich po tym, jak okłamała go była dziewczyna. A skoro padło o niej słowo w odcinku, musiała pojawić się i ona, ostrzegając MacGyvera, że mocodawcy Murdoca wyślą kolejnych na jego miejsce.

Budżet serialu jest iście telewizyjny, co wychodzi fabularnie wielokrotnie - tu złapać niebezpiecznego płatnego zabójcę jedzie wyłącznie trójka agentów Feniksa zamiast całej ekipy FBI i CIA, bo tylko na tę trójkę starczyło budżetu.

Intrygującą swymi szeroko rozstawionymi oczyma twarz Murdoca ujrzę jeszcze jako Abra Kadabrę we "Fleszu" i Dwighta Polarda w "Gotham", a widziałem już jako Kurta w "Ant-Manie". Reszty nowych twarzy nie widziałem i pewnie już nie ujrzę.

PS. Imię MacGyvera pada w odcinku tylko raz i to w sposób znaczący, bo wypowiada je Murdoc, uznający wyższość swej niedoszłej ofiary. To wyraźna poprawa względem poprzednich odcinków, bo imię to nie padło także w poprzednim odcinku. Wygląda na to, że po nakręceniu pięciu pierwszych odcinków scenarzyści wreszcie odrobili pracę domową.

17:12, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 54

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA