RSS
poniedziałek, 07 sierpnia 2017

Był taki odcinek oryginalnego serialu (01x15, "The Enemy Within"), gdzie MacGyver jedzie na masce pędzącego samochodu i naprawia auto - a dokładniej hamulce. Tu odcinek zaczyna się historią podobną, ale miast hamować, MacGyver auto jeszcze przyspiesza. Ciekawe nawiązanie. Warto też zauważyć, że o ile trzydzieści lat temu otwarcie maski w czasie jazdy sprawiło, że pęd powietrza natychmiast wyrzucił ją w powietrze, o tyle współczesna ma przeciw temu zabezpieczenie i MacGyver musiał jej w tym pomóc, wysadzając jej zawiasy.

Fabuła odcinka toczy się w dawnej szkole MacGyvera (w Mission City; nazwa w sam raz pasowałaby do Flarrowverse), do której ów wraca, by zrobić lekcję pokazową dzieciom. A wśród tych znajduje swego młodego odpowiednika - podobnie jak on z niepełnej rodziny, podobnie jak on spędzającej długie godziny po lekcjach w szkolnym laboratorium i podobnie jak on chłonącego wiedzę ze wszystkich dziedzin - tyle, że w odróżnieniu od niego jest to dziewczyna. I owa młoda geniuszka od razu po pokazowej lekcji MacGyvera zostaje porwana przez czterech dryblasów. Nasza dzielna drużyna oczywiście rozgryza, kto za tym stoi, odbija uczennicę i wydaje złoczyńców w ręce policji. Za co MacGyver i Jack Dalton trafiają do aresztu, bo policjantem przybyłym na miejsce zdarzenia okazuje się były kolega MacGyvera ze szkoły, który go tam prześladował.

Jest taka maniera w popularnym kinie amerykańskim, że jak jeden z dyskutantów używa zbyt wiele żargonu technicznego, to drugi go prosi, by mówił po angielsku. Pamiętam przejawy tego w "Total Recall 2070" i nowych "Star Trekach", zwykle w postaci "Say it in English" lub jeszcze prostszego "In English, please". Tu ten sam motyw kończy się frazą Jack Daltona "Coversational English, please", co uznaję za miły dodatek do tego trendu.

Imię MacGyvera pada tu trzykrotnie, ale zważywszy na okoliczności jego pojawienie się nie razi: raz tak nazywa go dyrektor jego szkoły, drugi raz Bozer tym imieniem tłumaczy, czemu w szkole Angus był ofiarą prześladowań, a trzeci raz imię to wypowiada aresztujący MacGyvera policjant - kolega ze szkoły. Za to ani razu MacGyver nie ma okazji z nudów zrobić żadnego odwołującego się do fabuły symbolu ze spinacza, więc wyjątkowo ten komentarz do odcinka serialu będzie pozbawiony dodatku graficznego.

W roli dyrektora szkoły - ojciec dr Watson z serialu "Elementary" i ojciec Kevina Samego W Domu. Jako ojciec porwanej uczennicy - T.S. Quint z "Mallrats", a jako przywódca gangu jej porywaczy - John Silver z "Black Sails". W pozostałych rolach równie dobrze mogłyby występować pacynki, tak mało pojawiają się na ekranie.

22:50, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 lipca 2017

Obejrzałem ten film z przyjaciółmi, z którymi dwie dekady temu oglądałem "Trainspotting". I po projekcji pomyślałem, że może to dlatego, że oglądam dużo seriali typu "Szczała" czy nowy "MacGyver" i mam przez to zawyżoną poprzeczkę, ale film nie przypadł mi do gustu - brakło mi w nim fabuły. Fabularnie całość się opierała na ponownym spotkaniu czwórki bohaterów, którzy zupełnym przypadkiem w odstępie paru dni znaleźli się w tej samej okolicy. Taki typowy sequel, w który wrzuca się jak najwięcej obrazów i wątków z pierwszej części (jest nawet kilka wyraźnie wyeksponowanych kolaży ze scenami z oryginału), licząc na nostalgię widza, niż oferuje coś ciekawego per se.

Nostalgia. To ona widza tu przygnała.

Co doskonale podsumował Sick Boy.

Przyznam bez chwili wahania, że jest to film dobrze nakręcony. Ma kilka naprawdę ładnych i wymownych kadrów,

Takich jak ten, z cieniem w miejscu brakującej matki bohatera, będący zarazem nawiązaniem do niemal identycznego kadru z poprzedniej części.

ma kilka fantastycznych wątków ("1690") i ma Spuda, który wśród bardziej znanych aktorów

(Miło mi słyszeć szkocki akcent Jonny Lee Millera; mimikę i manieryzmy gry aktorskiej ma podobne, co w "Elementary" (co dziwnym nie jest, tam też gra byłego heroinistę, okazjonalnie wciąż dającego sobie w żyłę), ale akcent jest ładny; ponadto bez telewizyjnego makijażu wygląda tu o parę lat starzej niż tam; zdumiałem się też, jak się zmienił od czasu "Trainspotting" - do dzisiejszej jego twarzy zdążyłem się przyzwyczaić, tamta sprzed lat mnie zdumiewa;

Ewan McGregor to Ewan McGregor. Jak się jest Obi-Wanem Kenobim, to nie sposób nie być rozpoznawalnym.

Uważam, że Robert Carlyle ma strasznie sympatyczną twarz, co wykorzystywano wielokrotnie obsadzając go w roli sympatycznych zbirów (widziałem "The 51st State"), czy w znanej reklamie "Johny Walkera" i odwalił tu kawał dobrej roboty (niewykluczone, że z dużą pomocą ekipy od charakteryzacji), by takim nie być i mieć twarz równie niesympatyczną co charakter Begbiego.

Gdy oglądałem dzień wcześniej urywki "Trainspotting", zastanowiło mnie, czemu twarz Tommy'ego wydaje mi się taka znajoma. Sprawdziłem i okazało się, że to sam Lucius Vorenus z serialu "Rzym".)

ma najbardziej fascynującą twarz.

Strasznie spodobała mi się aktualna wersja monologu "Choose life". Równie bardzo jak dwie dekady temu ówczesna.


I chose life, apparently.

Jak wspomniałem, nie spodobało mi się to, że fabularnie był to typowy sequel. Spodobał mi się za to strasznie sposób ogrania tego Spudem piszącym memuary.

To nie jest więc tak, że mi się film całkiem nie podobał, brakowało mi jednak tych wybornych fragmentów dobrego połączenia. A potem obejrzałem film, skacząc po scenach, po raz drugi i stwierdziłem, że te "nieliczne dobre sceny" stanowią przeważającą większość czasu filmu i zacząłem się zastanawiać, czy owa "fabuła" by temu filmowi nie zaszkodziła.

Gdy jednak za dwadzieścia lat nakręcą "T3. Trainspotting", nie będę się już spodziewał arcydzieła. Choć jestem przekonany, że znajdzie się tam kilka scen i dialogów celnie oddających rzeczywistość mniej więcej 60-latków, którymi wtedy i my z przyjaciółmi i bohaterowie filmu (Renton wprost mówi, że ma 46 lat, ale podczas akcji "Trainspotting" dwadzieścia lat wcześniej Tommy umarł w wieku 23 lat; są więc od nas o parę lat starsi, ale nie jest to różnica pokoleniowa) będziemy.

10:17, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 czerwca 2017

W czasach kawalerskich miałem wstydliwy być może zwyczaj oglądać filmy tylko i wyłącznie ze względu na urok i uroki występujących tam pań (nie piszę aktorek, bo nierzadko widać było, że ich kariera na ekranie przeminie wraz z ich urodą). Oglądałem z takich filmów tylko jedną lub kilka scen, gdzie owe panie występowały. Podobnie jak teledyski urodziwych piosenkarek, oglądałem je bez fonii, bo do niczego potrzebna mi nie była. Płyty DVD z takimi filmami opatrywałem napisem "GŁUPIE" (np. "GŁUPIE filmy DVD 6"), nie trudząc się nawet zapisywaniem tytułów i trzymałem w jednym pudle z pornografią.

Sprzątając stare płyty trafiłem na jedną taką, a na niej na powyższy film. Pamiętam doskonale, że nigdy nie przebrnąłem poza trzecią scenę walki. Teraz wreszcie się udało. I było to miejscami zdumiewające widowisko.

Księżniczka Ninja

Na przykład zdumiał mnie opis postaci.

Film stylizowany jest na "Mortal Kombat" - rozgrywany jest wielki turniej wśród najlepszych fighterów świata, a zabicie przeciwnika jest dopuszczalne - ale w gruncie rzeczy jest opowieścią o kobiecej przyjaźni trzech uczestniczek turnieju. Trzy uroczo i w wielu momentach półnagie wojowniczki szybko dochodzą do wniosku, że dalej zajdą, gdy będą sobie pomagać, a gdy wszystkie trzy dochodzą do półfinału turnieju o jakiejś bezdennie głupiej i w jednym miejscu błędnej (Max wygrał z Baymanem, a jednak to Bayman walczył w kolejnej rundzie) drabince turniejowej, turniej zostaje przerwany wielkim finałem, który wszystkie razem wygrywają.

Po drodze ukazana jest najmniej krwawa grupowa walka na naostrzone jak brzytwy katany - mimo, że jedna z bohaterek macha na lewo i prawo dwiema katanami, pokonując przy tym gdzieś tak z setkę podobnie uzbrojonych sługusów złego, na ekranie nie pojawia się choćby kropla krwi z rozbitego nosa.

Fantastyczna jest scena walki Kasumi z Leonem. Gdy ów dostaje serię kopnięć w twarz stoi niewzruszony, by po chwili napiąć obręcz barkową, wydając przy tym odgłos jak przy przeładowywaniu shotguna i ruszyć do ataku. Być może wcale nie jest trudno oglądając tę scenę nie wybuchnąć śmiechem, mnie się jednak nie udało.

Pamiętam, jak kolega ze studiów polecił mi film "Starship Troopers" słowami: "To film romantyczny. Idź z dziewczyną!". Ten film mógłbym zarekomendować dziewczynom słowami: "Prawdziwe Girl Power! W sam raz na kobiecy wieczór z koleżankami!".

W roli pań paradujących w stanikach te same panie, co zwykle. Jest Jaime Pressly, która się wtedy chyba specjalizowała w takich rolach (a przynajmniej ja ją w takich tylko widywałem). Jest Devon Aoki, która - jak właśnie wyczytałem - grała kapral Valerie Duval w "Kronikach Mutantów" z 2008 roku (wygląda na kolejny film do koniecznego obejrzenia). Jest urocza Holly Valance, której kariera aktorska umarła po 28. urodzinach. Jest mniej urocza Sarah Carter w roli córki właściciela turnieju, która ma na karku wytatuowany kod do sejfu (tak jak fani "Matrixa" powtarzali "There is no spoon!", tak fani tego filmu powinni powtarzać "Helena is the key"). Jest Nattasia Malthe, znana z tytułowej roli w kolejnych częściach serii "BloodRayne" (widziałem kiedyś fragmenty pierwszej części i mnie nie zachwycił, ale teraz przeczytałem streszczenie trzeciej części i się zauroczyłem). 

Dużo o filmie mówi fakt, że tych pięć aktorek portal IMDB wymienia w pierwszej kolejności. Reszta jest dla nich tylko tłem. Tak jak Max, którego ujrzeć wcześniej mogłem jako School Boy'a w "Johnie Rambo". W roli głównego złego - jeden z głównych złych w "The Dark Knight". W karykaturalnie przerysowanej postaci informatyka - Stan Helsing ze "Stana Helsinga". W roli uczestnika turnieju zakochanego w jednej z protagonistek - Seraph z trzeciej części "Matrixa" braci rodzeństwa sióstr Wachowskich.

Do tego w epizodycznej roli dżentelmena - Pete z "Timecop" z Jean-Claude van Dammem. W równie epizodycznej roli pielęgniarki - tancerka z odcinka 05x08 "Keeping Up Appearances". A w humorystycznej roli pirata, któremu tyłek skopuje bohaterka Tina - sam Liu Kang z "Mortal Kombat" i "Mortal Kombat: Annihilation". I niech to będzie najlepszym dowodem na to, który turniej i film był lepsiejszy.

22:53, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 maja 2017

Przez kolejnych kilka odcinków serialu nic zaskakującego się zbytnio nie dzieje.

W odcinku dziewiątym przyjaciel MacGyvera okazuje się mieć przydatne umiejętności, dzięki czemu miast aresztowany zostaje przyjęty do supertajnej rządowej organizacji. Tycząca reszty drużyny rzecz dzieje się na Łotwie, czyli nigdzie

kajdanki dla krasnala

Akcja ekipy polegać ma na schwytaniu i zakuciu w kajdanki łotewskiego terrorysty, jednak nie udaje się do końca, skutkiem czego drużyna zwiewa do amerykańskiej ambasady i bierze udział w jej oblężeniu przez kolegów pojmanego terrorysty. 

O realizmie serialu najlepiej poświadczyć może fakt, że podczas sceny strzelaniny na Łotwie usłyszałem z ekranu gromkie "Kurwy syn!". O braku zaś tego realizmu fakt, że ambasada ta składa się z jednego budynku, chronionego przez ledwie czterech marines. Ambasadorka tłumaczy, że to tylko pokojowo nastawiona ambasada w mało znaczącym państewku. Serio? To nie jest rok 2012, Łotwa, będąc z dużą dozą prawdopodobieństwa kolejnym celem Rosji, nie jest już mało znaczącym państewkiem.

23:46, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 maja 2017

Odcinek otwiera długa sekwencja zdjęć archiwalnych z frontu radziecko-niemieckiego z tamtej epoki (tj. z dn. 19 lutego 1945 roku i kilku poprzednich). 

Gdy - z przyczyn naturalnych - umiera wieloletni tajny współpracownik Stirlitza, a raczej pułkownika Isajewa, ów udaje się na jego pogrzeb. Rozumiem poczucie straty, ale gdybym był tajnym agentem zdało by mi się to niepotrzebnym ryzykiem.

Eismann przyznaje, że wraz ze Stirlitzem przeżył bombardowanie pod Smoleńskiem. To dopiero musiała być dla niego atrakcja: być bombardowany przez swoich w czasie atakowania swojej ojczyzny.

Pada w odcinku słowo "sukinsyn", ale z dopiskiem, że to cytat z Puszkina. Tłumacz nie daje rady, a szybkie zerknięcie w sieć sugeruje, że mógł to być cytat z "Córki kapitana" (może to znak, by przeczytać, skoro akurat czytam fantasy o piratach i piratkach?), fragment tego akapitu:

– Ach, łotr – rzekła komendantowa – cóż to on nam śmie proponować! Wyjść na spotkanie i złożyć u jego nóg sztandary! Ach, sukinsyn! Lecz czyż on nie wie, że my od czterdziestu lat jesteśmy na służbie i rozmaite, chwała Bogu, widzieliśmy rzeczy? Zali naprawdę znaleźli się tacy komendanci, co usłuchali tego zbója?
[Aleksander Puszkin, "Córka kapitana"]

Stirlitz ma swój ulubiony bar, w którym Centrala zorganizowała mu dziesięć lat temu spotkanie z żoną. Narrator już kilka razy podkreślił, że Stirlitz jest tajnym agentem od dwudziestu lat. To nawet w mych oczach nieco umniejsza me parutygodniowe rozłąki z rodziną. Tym bardziej, że to "widzenie się" - ukazane w całej okazałości scenką reminescencyjną - polegało na niemym wpatrywaniu się w siebie nawzajem z przeciwnych krańców sali piwiarni przez jakieś dwie-trzy minuty.

Dodatkowym smaczkiem tej reminescencyjnej sceny jest widok, jak do żony pułkownika Isajewa zaleca się towarzyszący jej mężczyzna. Ciekawe, czy po finale rozgrywki z nazistami Isajew wróci do domu, by przekonać, że żona od niego odeszła. To by było dopiero zaskakujące zakończenie!

W owym ulubionym barze Stirlitz - który jest tam wszystkim znany jako Bolzen - w uroczo obcesowy sposób zbywa banalnie uroczą stenotypistkę.

Powiedzenie, że w tym serialu są dłużyzny, nie nie powiedzenie. Ten serial składa się tylko z dłużyzn! Sceny ciągną się minutami, podczas których jest wiele ciszy. Zdawało by się, że będzie mnie to drażnić - a wciągnęło.

I nie tacy głupi ci Niemcy, jak w polskich filmach wojennych. Co prawda Stirlitz cieszy się nieposzlakowaną opinią wśród kolegów (jeden nawet składa pisemne oświadczenie, że nie wierzy w żadne podejrzenia dotyczące Stirlitza), ale wewnątrzogranizacyjne gierki i spory sprawiły, że Naczelnik Wydziału jednemu pracownikowi każe zbadać sprawy Stirlitza z poprzedniego roku, a drugiemu - śledzić go bez chwili przerwy. Co zapewne przysporzy mu wielu kłopotów w kolejnych odcinkach.

Tagi: Stirlitz
21:09, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 maja 2017

Pochopnie obsztorcowałem standardführera Stirlitza. Okazało się, że popiół z karki z szyfrem spalonej w popielniczce wsypał do kopery, którą po tym zwinął w kulkę i wrzucił do kominka. Rozumiem potrzebę podwójnego zabezpieczenia się w przypadku tajnego agenta, sam bym wolał od razu pozbyć się śladów dowodu, bo pierwsze chwile po sygnale są najbardziej prawdopodobnym momentem akcji kontrwywiadu wojskowego.

W pierwszym odcinku by Hitler, w tym jest Stalin. Wiedząc o jego niedowładzie lewej ręki, starannie przez niego ukrywanym, chciałem się przekonać, jak ukaże to radziecki film. Otóż, tak jak cała oficjalna ikonografia Stalina, ukazał Stalina trzymającego cały czas w lewej dłoni fajkę, a scena kończy się chwilę przed tym, jak ma ją zapalić, co by uczynić naturalnie, musi unieść lewą rękę.

Narrator jest aż namolny. Ale trudno mu się dziwić, jak na ekranie przez długie minuty (w ilości sztuk siedem) widzimy tylko milczącego Stirlitza. Ów milczy i myśli, ale by nieco wspomóc narratora, szkicuje udatne karykatury Goeringa, Goebelsa, Borhmanna i Himmlera, z których jeden ma być celem jego kolejnej wywiadowczej akcji.

Znów za comic relief robi staruszka grająca ze Stirlitzem w szachy, w którą wciela się Kobieta Pracująca:

Jak w każdym innym odcinku, ma ona tu dwie profesje: poza partnerką do szachów dla tajnych agentów wróży też ona z ręki klientom baru.

Tak jak w pierwszym odcinku przedstawiano postacie drugoplanowe przez archiwa Gestapo, tak tu postacie pierwszoplanowe z punktu widzenia całej wojny pokazuje się za pomocą kronik drugowojennych.

Ubawiło mnie wygłoszone na końcu długiej listy tytułów i stanowisk, które posiadał Goering, "...i Wielki Łowczy Niemiec" ("Glawny Leśniczy Germaniji").

Stirlitz tym dał się zauważyć kontrwywiadowi, że gdy w lutym 1945 roku wszyscy wkoło niego psioczyli na władzę i stan upadającej Rzeszy, on na nic nie narzekał i wciąż odpowiadał: "Bzdura! Jest w porządku. Wszystko jest jak należy". Aż się inwigilujący go kontrwywiad zaczął zastanawiać, czy Stirlitz autentycznie nie zgłupiał.

Ach, to nazwisko z początku pierwszego odcinka to nie rosyjskie "Bolcen", ale niemieckie "Bolzen". Pod takim nazwiskiem pracuje dla wywiadu standartenführer SS Stirlitz, które to nazwisko jest przykrywką dla pracy w radzieckim wywiadzie pułkownik Maksym Maksymowicz Isajew. 

Nie sądziłem, że kiedyś ujrzę sympatycznego nazistę.

Ten uśmiechnięty mały chłopczyk jeszcze nie wie, że za 68 lat znudzi mu się bycie papieżem.

Okazuje się, że oprócz ratowania Krakowa przed wysadzeniem Stirlitz zajmował się też tajemnicą zaginionej V-2.

W finale Stirlitz zabija konfidenta, który dla niego... nie, inaczej Maksym Isajew niszczy dowody sprawy i zabija konfidenta pracującego dla standartenführera Stirlitza, który - tak się składa - jest tą samą osobą.

Tagi: Stirlitz
23:34, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 maja 2017

Serial otwiera czteroipółminutowa podniosła scena przylotu bocianów wiosną i Stirlitza wpatrującego się w ich klucz, a później przechadzającego się po lesie i głaszczącego rosnące na gałęziach bazie przy akompaniamencie muzyki fortepianowej. Nie pada jednak nazwisko Stirlitz, a Bolcen. Skąd więc wiem, że to on? A komu innemu, jak nie Hugo Protagoniście poświęcona mogła być taka scena?

Potem zaś pojawił się comic relief w postaci spacerującej po lesie staruszki, która zaczęła opowiadać Stirlitzowi o ziołolecznictwie.

Pierwszy odcinek seriali zwykle jest obarczony koniecznością wprowadzenia w fabułe za pomocą infodumpów. Tu poradzono sobie z tym z typową radziecką gracją: ukazując spore kawałki autentycznych materiałów filmowych z epoki, a podczas prezentacji głównych bohaterów serialu - odczytując ich akta w Archiwum SS.

W tym natłoku fajnym wprowadzeniem są trzy kroniki wojenne z czasu akcji, czyli 17 lutego 1945 roku: amerykańska, niemiecka i radziecka (czy też: aliancka, nazistowska i sowiecka, jak kto woli). Przynajmniej częściowo musiały być autentyczne, bo wątpię, by ZSRR był w stanie nakręcić tak amerykańską w stylu kronikę. Amerykańska też, jako jedyna, dawała się obejrzeć. Niemiecka za to pozwoliła mi od teraz mówić, że tak jak inni uczyli się łaciny z mów Cycerona (ISBN: 83-908047-4-3), tak ja niemieckiego z przemów jakiegoś übernazisty i drugowojennych nazistowskich kronik filmowych.

Schranke wygląda jak ktoś w połowie drogi między Daną Elcarem ze starego "MacGyvera" a pułkownikiem z "Czterech pancernych i psa".

Oglądając ogromne lecz puste przestrzenie sal w gmachach III Rzeszy nie wiem, czy faktycznie tak skąpo wyglądało ich umeblowanie u krańca II Wojny Światowej, czy też tak uboga była scenografia w produkcjach telewizyjnych ZSRR.

O, z dialogu wynika, że przez rozpoczęciem akcji seriali Stirlitz mógł być odpowiedzialny za niezniszczenie Krakowa. Akcja spaliła na panewce, a on tam - nie do końca upoważniony - był.

Używając slangu nikotynistów, o ile Hans Kloss popalał, tak Stirlitz pali. Niemal wręcz odpada jednego papierosa od drugiego.

Chcący pozbyć się dowodów Stirlitz kartkę z szyfrem pali w niemal pustej popielniczce, gdzie charakterystyczny popiół po kartce papieru będzie długo widoczny, choć kilka scen wcześniej pokazany jest palący się w jego domu kominek.

Przyznam szczerze, że o ile pierwszy odcinek Klossa był słaby, to ten serial razi miejscami swą łopatologią. Ale liczę, że tak jak kolejne "Klossy" były lepsze, tak i tu nastąpi w dalszych odcinkach jakaś poprawa, gdy już wszyscy gracze zostali przedstawieni.

W rolach głównych: jako Stirlitz - Karol Wielki z "Zabić smoka" i Andriej Nikołajewicz Bołkoński z ekranizacji "Wojny i pokoju". W roli Hitlera - Hitler z "Bojowników o wolność", "Wyzwolenia", "Wielkiego pułkownika Grigorija Żukowa", "Wyboru celu", "Ja, sprawiedliwości", "Zamrożonych błyskawic" i "W walce z Hitlerem" (dziwne; poza wąsem, fryzurą i posturą niezbyt był podobny do führera). Żadnej z tych ról jak i innych pierwszoplanowych postaci prawdę powiedziawszy, nie widziałem. Drugo-, trzecio- i czwartoplanowych tym bardziej.

Tagi: Stirlitz
23:04, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 maja 2017

[CLICK TO ENLARGE YOUR VIN DIESEL!!!]

W tym kadrze znajduje się Vin Diesel. Serio.

Fajne wprowadzenie. I widowiskowe (z chęcią obejrzę jeszcze raz na większym ekranie) i tłumaczy, czemu Vin Diesela ubić się po prostu nie da. 

O rany, pierwszą napotkaną przez Vina Diesela (ta postać ma pewnie jakieś imię, a w scenariuszu nawet może i osobowość; ale to jest Vin Diesel i nic tego nie jest w stanie zmienić - może poza dolepioną brodą i peruką w otwierającej scenie) osobą we współczesności jest Sin, przyjaciółka Czarnego Kanarka i kumpela Roy'a ze "Szczały".

Vin Diseel wywód o kamieniach kontrolujących pogodę kończy słowami "It's simple science". W tym momencie zacząłem sądzić, że ten film jest postironiczny.

O rany, Alfred. Znaczy Michael Caine. Poznałem go, prawdę powiedziawszy, po głosie raczej niż twarzy.

Wygląda na smutnego, że przyszło mu kończyć karierę filmową w takich dziełach.

O rany, Frodo! Znaczy, Elijah Wood. Doprawdy, obsada jest zaiste wyborowa.

my preciousss...

Zamienił niziołek pierścionek na krzyżyk.

O rany, Ygritte z "Gry o Tron" (mimo nieco innej stylówy, poznałem ją natychmiast). Jestem doprawdy zdumiony obsadą.

You know nothing, Vin Diesel.

W odróżnieniu od obsady, fabuła specjalnie nie zaskakuje: jest droga z przeszkodami i obowiązkowym jednym zwrotem akcji (umiarkowanie zaskakującym) do wielkiego finału i wielka rozpierducha z Vinem Dieselem potem. Hugo Protagonista by zwyciężyć musi na zawsze poświęcić to, co czyni go wyjątkowym - po czym oczywiście utrzymuje swe moce, bo po co zamykać drogę do sequela?

Tagi: fantasy
20:37, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 kwietnia 2017

Połowa Polaków czerpie swą wiedzę o świecie z TVN-u, "Gazety Wyborczej" i portalu gazeta.pl, wobec czego z dnia na dzień coraz bardziej żyją w przekonaniu, że żyjemy w ustroju totalitarnym, a nawet wręcz w państwie wyznaniowym.

Druga połowa Polaków czerpie swą wiedzę o świecie z TVP, "Do rzeczy" i "Uważam Rze" i... i właściwie nie wiem, skąd ci ludzie biorą wiedzę w Internecie, ale zapewne mają swoje miejsce w sieci (może konto Twittera któregoś z uznanych tam publicystów?). Dzięki temu z dnia na dzień coraz bardziej żyją w przekonaniu, że grozi nam najazd muzułmanów i/lub odgórny przymus wprowadzania u nas cywilizacji śmierci.

Ja zaś czerpię swą wiedzę o świecie głównie* z anglojęzycznych programów satyryczno-rozrywkowych. Wszystkie te Johny Olivery, Conany O'Brieny, czy nawet Bille Mahery - a po tej stronie sadzawki cała plejada brytyjskich komediantów obsadzających niezliczone klony programów rozrywkowych, w których zabawnie puentują wydarzenia ostatnich dni lub tygodni - sprawiły, że do spraw wewnątrzkrajowych nabrałem ogromnego dystansu (wraz z wiedzą, jak bardzo są to sprawy lokalne i jak bardzo nie obchodzą 99,9949 procent ludzkiej populacji). Humor zaś prowadzących - oraz zaproszonych gości - pozwala mi rozkoszować się popcornem, gdy patrzę, jak zaczyna płonąć świat.

Czuję się więc nie wyobcowany ze spotykanych czasem w sieci flamewar'ów i shiststorm'ów, bo nie do końca wiem, czego tyczą, a próba dowiedzenia się samych faktów (tylko faktów, ale też wszystkich faktów), bez narzuconych opinii i faktów do prezentacji wyboru jest czasem niemożliwa, a czasem tylko uciążliwa. Uczestnicy owych dysput najwyraźniej zdają sobie sprawę, bo nie trafiłem na przypadek, by ktoś pod wpływem faktu podanego przez drugą stronę zmienił swe zdanie.

Mniej wiem więc niż przeciętny obywatel o półświatku polskiej polityki,

(gdy ostatnio w radiu usłyszałem, że na jakiś temat wypowie się Ziobro, zdumiałem się, że Jacek Ziobro ciągle jeszcze występuje; gdy parę tygodni później ujrzałem Ziobro Zbigniewa w telewizorze, zdziwiłem się, jak się zmienił odkąd go ostatnio widziałem w telewizorze w 2007 roku (nie, żebym nie rozpoznał, ale widać upływ tych lat na jego twarzy))

za to dużo więcej wiem o problemach światowych - zwykle świata anglojęzycznego, ale "Last Week Tonight" John'a Oliver'a opowiada o sprawach też i innych zakątków globu (na przykład ostatnio by dobry odcinek o Dalajlamie). Dzięki nim nabieram też poglądu na owe sprawy, nieskażonego wewnątrzpolskim filtrem na użytek lokalnej kopaniny o władzę i rząd dusz ("Jak możesz tak myśleć? Tak myślą przedstawiciele tej partii, której nie lubimy!"). 

O wielu z usłyszanych spraw bym w Polsce nie usłyszał, bo co niby mieszkańca Polski interesować mogą sprawy brytyjskich polityków, więc nie ma sensu o tym tu pisać i mówić. A jednak humor pozwala mi te wiadomości przyjąć dużo lepiej niż gdybym miał oglądać polskich komików opowiadających o problemach polityki tyczących mnie znacząco bardziej.

Czasem dodatkowym plusem jest sznyt prowadzącego. Na przykład o tym, co się dzieje obecnej w Wielkiej Brytanii, dowiedziałem się z piątkowego programu z cyklu "Have I Got A Bit More News For You". Nigdy wcześniej go nie widziałem, ale rozpoznałem kilka z twarzy owych rekurencyjnych komików i postanowiłem obejrzeć. Szału nie było (to nie jest mój ulubiony sort komików brytyjskich; owi występują u Dary Ó Briaina w "Mock The Week"; polecam), ale się dowiedziałem kilku ciekawych rzeczy (włącznie z wątkiem slut-shaming'u Theresy May), a program elegancko prowadził Patrick Steward, znany szerzej jako kapitan Picard oraz profesor Charles Xavier:

(BONUS TRACK)

Jedną z niespotykanych u nas rzeczy, którą brytyjska telewizja wciąż mnie zaskakuje, jest długowieczność ich programów. Udostępniony powyżej odcinek rozpoczynał 53.(!) sezon programu, który trwa nieprzerwanie od 1990 roku. Wobec czego popularny portal z filmami zasugerował mi odcinek 04x09 z grudnia 1992 roku, w którym jednym z gości komentujących rzeczywistość był Douglas Adams. Niestety - przynajmniej w pierwszych minutach - wypadł na żywo poniżej mych oczekiwań i nie zdzierżyłem obejrzeć całości. Może się jeszcze skuszę, żarty o tym, że księżna Diana po ogłoszeniu separacji została zaproszona na królewskie polowanie jako cel, nabrały po latach drugiego dna:

 

* - poza tym oglądam wykłady geopolityczne, ze szczególnym uwzględnieniem wykładów i prelekcji Jacka "Mecenasa" Bartosiaka, bo w odróżnieniu od innych nie stęka, się nie jąka, nie robi co chwilę ćwierćminutowych pauz i zwykle mówi na temat.

10:42, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 kwietnia 2017

Oglądając jedną z amerykańskich gal filmowych (co zdarza mi się regularnie, odkąd często zaczął je prowadzić Ricky Gervais), ujrzałem, jak Sylvester Stallone odbiera nagrodę za rolę drugoplanową za rolę Rocky'ego Balboy (Balboi?) w filmie, którego jeszcze nie widziałem. Czym prędzej postanowiłem nadrobić tę zaległość.

W kolejnym filmie o universum Rocky'ego Balboa nie ma jego imienia w tytule i może dlatego sekwencja treningu nie porywa. A gra aktorska jest taka, że się na jej tle pozytywnie wyróżnia sam Sylvester Stallone.

Nie, serio, kilka scen gra naprawdę nieźle. Aż zacząłem przypuszczać, że może faktycznie ową ujrzaną nagrodę dostał za grę aktorską, a nie za życiowe zasługi.

Rola była drugoplanowa, bo pierwszoplanową gra nieślubny syn Apollo Creeda z czterech pierwszych części sagi, urodzony już po jego śmierci. Historia tej postaci jest odpowiednio skomplikowana (gdy odrzeć poprzednie odsłony sagi z widowiskowości pojedynków bokserskich, to nie są to hurraoptymistyczne opowiastki), a finał - oczywisty dla każdego, kto pamięta, że i w pierwszym "Rocky'm" i obecnie przedostatnim "Rocky'm Balboa" główny bohater po efektownej walce (w odróżnieniu od sceny treningu wzbudzającej u widza emocje) przegrywa pojedynek na punkty "by split decision" sędziów. 

Czy tak, jak ojciec prowadzi swą córkę do ołtarza w dniu jej ślubu, tak samo prowadzi swego syna w dniu jego pierwszej walki bokserskiej o tytuł mistrzowski? Jeśli tak, to w tym obowiązku zmarłego ojca protagonisty doskonale zastępuje jego najlepszy przyjaciel, Rocky Balboa.

W roli Rocky'ego Balboa - Rambo. W roli Adonisa "Creed'a" Johnsona - Johnny Storm z "Fantastic Four". W roli jego uroczej ukochanej - Walkiria z nadchodzącego "Thor: Ragnarök".

Gdy ujrzałem twarz wdowy po Apollo Creed'zie, przybranej matki protagonisty, pomyślałem: "Skądś znam tę twarz! Czy to pani doktorowa Huxtable, serialowa żona Billa Cosby'ego z jego telewizyjnego show?". Okazało się, że tak, to ona.

W roli bokserów - faktyczni bokserzy. Młodzi, więc jeszcze nie mający problemów z dykcją, a Tony Bellew (który zdobył pas mistrzowski federacji WBC kilka miesięcy po premierze filmu) w roli mistrza "Pretty" Ricky'ego Conlana jest naprawdę niezły. Do tego ma cudowny liverpoolski akcent, którym beszta pretendenta do tytułu w czasie konferencji przed walką.

W roli felczera w narożniku Creed'a - autentyczny bokserski felczer. (BTW, fantastyczna jej scena z testem na widoczność podbitego oka przed ostatnią rundą walki. Trzy sekundy, a wiele mówią o tym sporcie.) W roli komentatorów, sędziów, innych felczerów i widzów - naturszczyki, prywatnie będący komentatorami, sędziami, felczerami i widzami bokserskimi.

Jako trener w filadelfijskiej hali, gdzie zatrudnia się Adonis - Czeczen z "The Dark Knight". Jako trener finałowego przeciwnika protagonisty - Dwalin.

W jednej z epizodycznych ról - Kay z nowego "Dredda", w innej - Karim z najgorszego serialu o Robin Hoodzie, a w jeszcze innej - snajper z trzeciego odcinka nowego "MacGyvera", a w kolejnej - anonimowy Arab z "Zohana". A do tego dwie kopy twarzy, których nigdy wcześniej ujrzeć nie miałem okazji i których pewnie już nigdy nie ujrzę.

11:59, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 54

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA