Blog > Komentarze do wpisu

"Kedi - sekretne życie kotów" (2016)

Zupełnym przypadkiem obejrzałem ten film. Spodobał się mnie, spodobał się też mej siedmioletniej córce, co uważam za najlepszą rekomendację (a pięcioletni hiperaktywny syn wytrzymał bez marudzenia ponad połowę filmu, co stanowić może kolejną). A dla ponad miliona polskich widzów, którzy ruszyli szturmem do kin w ostatnich dniach, mogę dodać, że są w tym filmie ujęcia z drona i brak jest składnej fabuły. I że "żadna wypowiedź nie została wymyślona".

Przypadkiem, bo tytuł zauważyłem w od niechcenia wertowanej gazecie, gdy dumałem nad zapewnieniem dzieciom weekendowych atrakcji. Jest o kotach, Rozczochrana akurat uwielbia koty (Rozczochrany raczej zaledwie je lubi), więc będzie w sam raz, pomyślałem. Dopiero odbierając zarezerwowane bilety spojrzałem dokładniej i ujrzałem, że film jest od lat 15. Cóż, pomyślałem, będę dzieciom zakrywał oczy podczas wszelkich strasznych scen, a w razie czego wyjdziemy z kina. O tym, że film jest od lat piętnastu, bo nie ma dubbingu ni lektora, tylko napisy, pomyślałem dopiero gdy siedzieliśmy na sali kinowej. I faktycznie, miał napisy. A wszyscy w filmie mówili po turecku.

Co, prawdę mówiąc, niewiele zmieniało odbiór filmu. Film spodobałby mi się tak samo i bez napisów. Choć miałbym wtedy problem odpowiadać na pytania dzieci, jak nazywają się koty.

O ile bohaterami filmu są koty wałęsające się po stambulskich ulicach, to wypowiadają się osoby nimi opiekujące. I skutkiem tego więcej mówią o kotach, a mniej (ale także, tłumacząc m.in. jak koty pomogły im wyjść z psychicznych dołków) o sobie. Rozszerza to odbiór, ale już same ujęcia kotów często wystarczały.

Wyjątkiem jest ładna legenda o tym, skąd się wzięło tyle różnych kotów w Stambule. Bez napisów nijak bym tej opowieści nie pojął.

Mimo cezury wiekowej, nie ma w filmie grama przemocy (ani razu nie musiałem dzieciom oczu zasłaniać). Pokazywanie walki kotów kończy się w chwili prężenia przed walką, syczenia i machania pazurami w powietrzu, szczur spokojnie się oddala przed polującym na niego kocurem, większość wzmianek o przemocy wobec kotów to pojedyncze zdania w opowieściach pojedynczych opiekunów. Wyjątkiem jest scena, gdy podczas wywiadu przynoszą jednemu z nich kociaka, którego poranił dorosły kot. Nawet ten wątek jest jednak delikatny raczej niż brutalny i z zakończeniem zawieszonym nieco w próżni pozostawia widza oczekującego raczej szczęśliwego zakończenia tej historii.

Tempo filmu jest powolne. Zdarza się, że przez całe minuty z ekranu nie pada ani jedno słowo. Wtedy jednak kamera towarzyszy kotu (lub kotom) w jego podróży przez miasto i nie odczuwa się tego milczenia jako problemu. A nawet wręcz przeciwnie, lektor mógłby widza rozpraszać (sprawdzić, czy nie sir David Attenborough).

Co, po prawdzie, dobrze oddają oba ujrzane (post factum) trailery filmu. Ten film cały tak wygląda, tylko miast dwóch trwa osiemdziesiąt minut. Jak ktoś lubi koty, nad wyraz przyjemnych. Jak nie lubi, to ani chybi jest antysemitą i niech cierpi. Lub ekscytuje się ujęciami z drona.

wtorek, 10 października 2017, nieuczesany23

Polecane wpisy

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA