Blog > Komentarze do wpisu

"Konkwistador po polsku. Krzysztof Arciszewski" (2003)

Choć XVII wiek to nigdy nie był moją ulubioną epoką historyczną (jakkolwiek dekadę temu mą ulubioną epoką były czasy o kilka dekad wcześniejsze), tak się akurat obecnie złożyło, że stłoczyło mi się kilka pozycji z lub o owej epoce w krótkim okresie czasu. Zaczęło się od "Żywota Łazika z Tormesu" (ISBN: 83-05-11909-2), który choć pochodzi z owego wcześniejszego, swego czasu przeze mnie preferowanego, okresu II połowy XVI wieku (z roku 1554, dokładnie rzecz ujmując), to uzupełniony był długim wstępem o literaturze pikardyjskiej Złotego Wieku Hiszpanii, czyli już XVII-wiecznej. "Żywot Łazika" (który kupiłem na Allegro dekadę temu pod błędnym tytułem "Żywot Kazika z Torresu") uzupełniłem zeszytem "Wiedzy Powszechnej" z 1948 roku (brak ISBN) o teatrze hiszpańskim wieku złotego autorstwa Kazimierza Zawanowskiego, a gdy zmienić chciałem zupełnie klimat i sięgnąłem po książkę o tytule "Lucyfer" (ISBN: 97883-242-0655-1) - okazała się ona sztuką niderlandzkiego literata ze złotej epoki Holandii, która czasowo zbiegła się w czasie ze złotą epoką Hiszpanii (oraz, na przykład, Gdańska), Joosta van den Vondela z 1654 roku. Film o polskim konkwistadorze, żyjącym w latach 1592-1656, idealnie się w ten trend wpasował.

Ale prawdę mówiąc, obejrzałem go raczej ze względu na tytuł, jako że ćwierćwiecze temu byłem członkiem commodorowskiej demogrupy o takiej nazwie, a o Arciszewskim nie wiedziałem nic (i sądziłem, że będzie raczej korsarzem późnosiedemnastowiecznym lub wręcz osiemnastowiecznym.

Dokument jest drastycznie różny od większości filmów dokumentalnych, które w ostatnich latach widziałem. Były to bowiem bardziej współczesne produkcje amerykańskie, produkowane na inny rynek, dla innego widza i przez to z wykorzystaniem innych środków stylistycznych.

Przykładem takiej wyraźnej różnicy jest brak jakiegokolwiek CGI. Brak ten jest rekompensowany współczesnymi ujęciami z miejsc (Warszawa, Amsterdam, Pernambuco) lub uroczystości (latynoamerykańska fiesta), o których w dokumencie mowa oraz scenkami z udziałem aktorów we wnętrzach i strojach z epoki. Brzmi to nieco paździerzowato (i może nawet jest, skoro obejrzenie pięćdziesięciominutowego dokumentu musiałem sobie podzielić na trzy części), ale jest ożywczą zmianą. A ujęcia holenderskich kanałów, brazylijskich rzek i fortów lepiej ukazują prawdę o miejscu akcji niż w pełni komputerowo stworzone prostokąty armii walczące na wyssanym z palca grafika terenie. Nie uświadamiałem sobie, na przykład, że pełna rzek Brazylia jest tak płaska.

Niestety, w Warszawie nie spytano o zdanie prof. Warszawskiego.

typowy mieszkaniec Pernambuco

Są obecne oczywiście, jak to w dokumentach bywa, gadające głowy. Tu też ciekawym pomysłem jest to, że o dziejach Arciszewskiego w danym miejscu opowiada osoba tam mieszkająca. Poza, co mnie zdumiało, szantymenem, który na małym akordeonie akompaniuje sobie do śpiewanej szanty o Arciszewskim. Tego się nie spodziewałem.

A szanty po holendersku, którą można usłyszeć w okolicy ósmej minuty, już zupełnie. Nie sądziłem, że w tym języku w ogóle da się szanty śpiewać.

Mimo nietypowej i nieco niedzisiejszej formy, gdy już przebrnąłem przez dokument, okazało się, że co nieco z wtłoczonej w ten sposób wiedzy z mej głowie pozostało. Zorientowałem się, że Arciszewski bliski był Żoużanom[citation needed], po wygnaniu z kraju z katolikami walcząc przeciw protestantom, a z protestantami - przeciw katolikom. Może to dlatego, że był wychowany w wierze ariańskiej, zakazującej wszelkiej wali zbrojnej, a może - na co wskazywałby przykład Joosta van den Vondela - kwestie wiary w siedemnastowiecznej Holandii były nad wyraz skomplikowane.

Dowiedziałem, że że wyspa Nassau, znana mi doskonale z gry "Pirates!" na Commodore C-64, nazwę swą wzięła od europejskiej dynastii, której przedstawicielem był m.in. gubernator holenderskich kolonii w Brazylii, skłócony z Arciszewskim, ale poza tym nad wyraz wychwalany przez historyków i autochtonów.

Zorientowałem się, że Arciszewski poza tym, że wojował, także obserwował ludność tambylczą i słał swe obserwacje do Europy. Ukazały się drukiem w dziele Grarrda Vossa "De theologia gentili et physiologia christiana sive de origine et progressu idolatriae", ale potem ponoć uległy zapomnieniu.

A na koniec się zorientowałem, że jak się zostało w XVII-wiecznej Polsce skazanym na infamię i banicję za morderstwo, to wystarczyło zostać wodzem naczelnym innego państwa w koloniach, by po 23 latach zostać przez kolejnego króla ściągniętym z powrotem i uznanym za godnego dowodzenia artylerią koronną. Nic dziwnego, że Arciszewski - jak śpiewa w jednej ze zwrotek szantymen - "chciał sławy, a złoto miał w dupie, ahoj!". Złotem by się do kraju nie wkupił.

W roli Krzysztofa Arciszewskiego - Donald Tusk z "Ile waży koń trojański?". W roli zamordowanego przez niego prawnika - zmiennik Jacek ze "Zmienników". W rolach gadających głów: czterech profesorów, jeden doktor, jeden archeolog, jeden dyrektor muzeum, jeden "aptekarz i historyk - amator", jeden pułkownik armii brazylijskiej polskiego pochodzenia i jeden szantymen z miniaturową harmonią.

niedziela, 24 września 2017, nieuczesany23

Polecane wpisy

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA