Blog > Komentarze do wpisu

"13 Trzynastka" (1996)

Film nakręcony w Polsce, za  mojego życia - ba, większość bohaterów jest młodsza ode mnie, a czuję się jakbym oglądał program na Discovery o egzotycznych plemionach na drugim krańcu świata.

Jak z tytułu i pierwszych scen się szybko idzie domyśleć, film opowiada o rodzinie z trzynastką dzieci. Jakby rodzicom (a właściwie samotnej rodzicielce) tego było mało, trzymają w domu jeszcze psy (doliczyłem się czterech) i koty (też co najmniej cztery). Koty te w pierwszej scenie biorą udział w powietrznych walkach, przy których wszystkie ujęcia walk zwierzęcych na Animal Planet bledną jak wszystkie hollywood'zkie sceny wyścigów przy scenie z "Sarniego Żniwa". A równocześnie znów na myśl przychodzi program Discovery o egzotycznych (które to słowo jest eufemizmem, zastępując określenie "prymitywnych") plemionach.

Gdy na ekranie w mieszkaniu rodziny pojawił się królik, złapałem się za głowę. "Niektórzy to chyba nie lubią mieć spokoju", pomyślałem. Ale chwilę potem jeden z najstarszych synów w obejściu zabija go trzema plaskaczami w kark. "Egzotyka", pomyślałem, po czym ujrzałem scenę dzielenia oskórowanego kicaka i już tylko programy Cejrowskiego równały do tego poziomu egzotyki. Późniejsza scena, gdy dzieci "pstrykają" sobie po stole odciętą głowę ryby wciąż próbującej złapać dech, bije brutalnym realizmem nawet i je.

Oglądając ten film, nakręcony niecałe dwie dekady temu w głowie zabrzmiała mi fraza "It's like I've landed on a different planet". Może dlatego, że na ekranie widać było prawdziwą XX-wieczną zimę z prawdziwym śniegiem po kolana.

Często się zastanawiam, na ile dokumenty takie jak ten są wiernym odwzorowaniem świata, a na ile jego wersją "podrasowaną", "podkręconą" dla zwiększenia emocji u widza. Tu dumałem nad tym przy scenie powrotu ze sklepu spożywczego. Czy naprawdę najkrótsza czy też najlepsza droga z domu rodziny wielodzietnej do najbliższego sklepu prowadzi prowadzi przez rzeczkę, przez którą można malowniczo przeskoczyć z worem wypełnionym chlebami? Naprawdę nie ma w okolicy drogi, mostku lub choćby kilku przerzuconych przez ciek wodny kłód?

W pewnym momencie filmu usłyszałem, że nie jest to rodzina 2+13, tylko 1+13. Przy tej samotnej matce Supermen to pikuś.

Patrząc na agresywne zachowania dzieci myślałem: "jak szczury zamknięte w za małej klatce". Co ciekawe, pamiętam, że w roku kręcenia tego dokumentu myślałem tak samo o swojej rodzinie, mimo że mieliśmy wielokrotnie więcej przestrzeni per capita.

Film ten dowodzi, że może być w domu bieda, można jeść tylko chleb i złapane w sidła zające, ale pieniądze na fajki i wódkę zawsze się znajdą.

W scenie z obcinaniem włosów jednemu z synów widać, że dzieci w tej rodzinie głosu nie mają. Co w rodzinie 1+13 oznacza, że Głos jest Jeden.

Zdumiewające. Zdumiewające jest pomyśleć, że dwie dekady temu ludzie w moim wieku żywili się suchym chlebem i złapanymi we wnyki zającami, skórowanymi na ich oczach lub złowionymi w przeręblu i własnoręcznie zabitymi rybami. Moje problemy egzystencjalne wydają się przy tej historii typowymi first world problems, mimo że mieszkam raczej w drugim świecie (no, po '89 zbliżamy się do statusu świata półtornego).

I zastanawiające. Zastanawiające jest, jak dalej potoczyły się losy rodzeństwa. Mimo podzielania przekonania samotnej matki, że rodzina winna się trzymać razem, obawiam się, że przez brak możliwości rozwijania swych umiejętności i fatalną dietę w okresie dorastania dzieci nie prowadzą teraz pełnego, szczęśliwego życia, a raczej wegetują gdzieś na obrzeżach społeczeństwa. Naprawdę chętnie bym się dowiedział, że się w swych obawach mylę.

czwartek, 26 lutego 2015, nieuczesany23

Polecane wpisy

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA